W świecie „House of Cards” i postprawdy o tym, czym powinna być polityka, nieoczekiwanie przypomina dziś amerykański musical.

Od skonfudowanego Obamy, poprzez niespodziewany brodwayowski hit na jeden z wydawałoby się najnudniejszych możliwych tematów, do apelu w stronę siedzącego na widowni przyszłego wiceprezydenta Mike’a Pence’a, wezwanie przez amerykańskich konserwatystów do bojkotu i ostatnią szansę na powstrzymanie Trumpa przed prezydenturą – Aleksander Hamilton ponad dwieście lat po swojej śmierci nie przestaje zaskakiwać

Kiedy w roku 2009 Lin-Manuel Miranda, współtwórca hitowego musicalu „In the Hights”, wyszedł na scenę w Białym Domu, wyglądał na wyraźnie stremowanego. To był wieczór poezji i słowa mówionego. Lin podziękował za zaproszenie i powiedział, że właśnie pracuje nad concept albumem poświęconym życiu kogoś, kto stanowił ucieleśnienie hip-hopu – pierwszemu sekretarzowi skarbu Alexandrowi Hamiltonowi. Na sali wybuchła salwa śmiechu.

Nic dziwnego. Czytając o Hamiltonie, łatwiej o zaśnięcie niż o ekscytacje. Jasne, był uczestnikiem rewolucji amerykańskiej i zginął w pojedynku z wiceprezydentem Aaronem Burrem, ale pomiędzy tymi wydarzeniami jego życie wypełniały niezliczone pamflety, prasowe polemiki i polityczne kłótnie z innymi Ojcami Założycielami. A jego największym życiowym osiągnięciem było utworzenie amerykańskiego systemu finansowego. Nudy.

Potem Miranda zaczął rapować i koniec końców zebrał słuszną porcję oklasków. Ale widok najpierw skonfudowanego, a potem rozbawionego prezydenta Obamy wyraźnie wskazywał, że sala traktowała występ w kategorii żartu. Tymczasem siedem lat później obsypany nagrodami „Hamilton: an American Musical” jest jednym z największych broadwayowskich hitów, a jego obsada spowodowała jeden z pierwszych skandali po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta.

Co stoi za sukcesem „Hamiltona”? Na pewno zwrócił na siebie uwagę tematyką i – co tu dużo ukrywać – w większości kolorową obsadą. George’a Washingtona grał czarnoskóry Christopher Jackson, Thomasa Jeffersona Daveed Diggs, którego matka jest Żydówką, a ojciec Afroamerykaninem. Sam Lin Manuel Miranda (Hamilton) jest Latynosem. Ale dużo ważniejsza jest muzyka i scenariusz. Mirandzie udała się rzecz niesamowita. Tchnął życie w spiżowe postacie Ojców Założycieli. To już nie są nobliwi panowie w przyprószonych pudrem perukach, ale ludzie przepełnieni dziką ambicją, bezlitośnie walczący ze sobą  i nie szczędzący sobie wyzwisk na łamach ówczesnej prasy.

Widok Thomasa Jeffersona pląsającego i śpiewającego o południowych w d… j…nych demokratycznych republikanach (wolny przekład autora tekstu) może szokować, ale tylko do momentu, kiedy zrozumiemy, co się kryje za tymi słowami. A jest to fundamentalny spór o wartości. Pytanie, według jakich zasad powinniśmy żyć i budować państwo. W świecie postprawdy „Hamilton” przypomina, czym naprawdę powinna być polityka i jakie jest jej znaczenie. A widowni oglądającej „House of Cards”, dla której słowo „polityk” jest synonimem określenia „cynik”, przypomina, że Ojcowie Założyciele przy wszystkich swoich wadach byli przede wszystkim idealistami.

„Hamilton” dał swojemu bohaterowi drugie życie. Przed premierą spekulowano o tym, że jego podobizna zniknie z banknotu dziesięciodolarowego (skąd pewnie najwięcej Amerykanów go zna). Po premierze nie ma o tym mowy. Zamiast tego to prezydent Andrew Jackson ma ustąpić miejsca  na dwudziestodolarówce Harriet Tubman (czarnoskóra abolicjonistka i sufrażystka).

Natomiast około miesiąc temu o spektaklu zrobiło się znowu głośno, kiedy na widowni zasiadł przyszły wiceprezydent Mike Pence. Po przedstawieniu na scenę wyszła cała obsada i jej przedstawiciel zwrócił się bezpośrednio do Pence’a. Wyraził obawę, czy nowa administracja będzie dbała o ich bezpieczeństwo. A także nadzieję, że Pence – zainspirowany musicalem – będzie pracował na rzecz wszystkich Amerykanów, niezależnie od koloru ich skóry.  Oświadczenie nie spodobało się oczywiście na prawicy, która ogłosiła bojkot „Hamiltona”. Tyle że bilety są wyprzedane na co najmniej pół roku do przodu, więc, jak to ujął jeden z komentatorów, wygląda raczej na to, że to „Hamilton” bojkotuje prawicę, a nie na odwrót.

Nazwisko Aleksandra Hamiltona pojawia się obecnie jeszcze w jednym kontekście. To właśnie on jest prawdopodobnie autorem eseju 68. ze zbioru „Federalista” (zbiór pism, które broniły projektu amerykańskiej konstytucji), w którym opowiada się za systemem elektorskim. W skrócie polega on na tym, że wyborcy nie głosują na konkretnego kandydata, ale na stanowych elektorów, którzy zobowiązują się głosować na kandydata danej partii. I powinni to zobowiązanie wypełnić, ale nie muszą tego robić. Zalety tego systemu? Miałby on być ostateczną gwarancją, że prezydentem nie zostanie człowiek, który nie nadaje się na to stanowisko – demagog i populista.

Argument ten był ostatnio podnoszony: Christopher Suprun, republikanin i jeden z elektrów, ogłosił na łamach „New York Timesa”, podpierając się esejem 68., że 19 grudnia nie odda swojego głosu na Trumpa. Wezwał do szukania innego kandydata. Oczywiście, szansa na to była minimalna.