Żaden „jeden człowiek” nie ocalił jeszcze świata, choć już tak wielu obiecywało. Nikt, prócz jednego. A my możemy być Jego naśladowcami.

Pod datą 24 grudnia 1941 roku, gdy na świecie szalała II wojna światowa, Karol Ludwik Koniński, zapomniany już dzisiaj pisarz religijny z początku XX wieku, notował w swoim dzienniku: „Religia Dobrej Woli. Potrzeba mi napełniać się dobrą wolą – skąd ją brać będę? Z siebie, tylko z siebie? Dobra wola potrzebuje dobrych myśli. A takie myśli są już w historii. Czy tylko w chrystianizmie? Nie. Ale gdybym Chrystusa Jezusa chciał obejść – zgrzeszyłbym” (Uwagi, s. 166).

Pisarz – jak się zdaje – zbyt wiele złej woli widział wkoło siebie. Toczyła się przecież wojna. Niedawno wkroczyła do niej Japonia. Kilka dni wcześniej Koniński notował: „Olbrzymie potęgi ruszyły się – i kiedy się zetrą?” (s. 165). Zanim przyszedł pokój, trzeba było czekać jeszcze dobrych kilka lat. Ale czy to na pewno przyszedł pokój? Historia powojenna uczy nas, że to było raczej zawieszenie broni, chwilowy rozejm, wszak wojny wciąż tu i ówdzie powracają. Pokój jest dziełem Boga, a nie owocem wojny.

Dobrej woli czy Bożego upodobania?

Koniński ten wpis o „Religii Dobrej Woli” poczynił w Wigilię Bożego Narodzenia. Nie bez powodu. To oczywiste nawiązanie do słów wyśpiewanych przez aniołów nad grotą w Betlejem, gdzie właśnie rodził się Jezus Chrystus Zbawiciel. Przez lata słyszeliśmy w czytaniu z Ewangelii św. Łukasza, jak to aniołowi zwiastowali ziemi radość wielką w słowach: „Chwała Bogu na wysokościach, a pokój ludziom dobrej woli”.

W tej wersji ten śpiew aniołów utrwalił się w liturgii i wszedł na stałe do hymnu „Gloria in excelsis Deo”: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli” – jak to śpiewamy co niedzielę. I śpiewaliśmy podczas pasterki, kończąc tym samym adwentowe, niedzielne milczenie.

Bóg ma upodobanie we wszystkich, a nie tylko w niektórych

Ale od jakiegoś jednak czasu tłumacze proponują nam inną wersję tego fragmentu Ewangelii. Już nie idą za św. Hieronimem, który w swojej Wulgacie słowa aniołów przetłumaczył następująco: Gloria in altissimis Deo et in terra pax in hominibus bonae voluntatis. Oto homines bonae voluntatis, czyli „ludzi dobrej woli”, do których tak bardzo się przyzwyczailiśmy, zastąpili „ludzie, w których [Bóg] ma upodobanie”. Nowe tłumaczenie – jak przekonują bibliści – jest bliższe prawdy. Bóg jest bowiem źródłem pokoju dla wszystkich, a nie tylko dla tych, o których można by powiedzieć, że są ludźmi dobrej woli. Bo Bóg ma upodobanie we wszystkich, a nie tylko w niektórych, przecież „On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 4, 45). I to właśnie z powodu tego upodobania do człowieka, przychodzi na świat z Maryi w Betlejem.

Kto nas pojedna?

Dobra wola. Słusznie pytał Koniński: „Potrzeba mi napełniać się dobrą wolą – skąd ją brać będę? Z siebie, tylko z siebie?”. Wielu powołuje się na swoją dobrą wolę, na tę braną „z siebie”.

Wystarczy tylko przyjrzeć się naszym rodzimym sporom politycznym, które z dnia na dzień pogłębiają podziały wśród Polaków. Czy któraś ze stron przyzna się do złej woli? Czy ktoś – przynajmniej w jego przekonaniu – przyzna się, że chce źle? Przecież każdy będzie się powoływał na tę dobrą wolę, na dobre chęci i dobre cele. Nie bez przyczyny polskie przysłowie mówi, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Myślę, że tego przysłowia można użyć także i w tym kontekście. Źle pojęta dobra wola spowodowała już niejedno nieszczęście.

Chrześcijaństwo nie jest religią dobrej woli człowieka; jest religią woli Boga

Wkraczamy w te święta Bożego Narodzenia podzieleni tak jak już dawno nie byliśmy. I jedni i drudzy żyjemy ostatnio z coraz bardziej rosnącym poczuciem krzywdy. Jedni mówią, że dotychczas im zabierano niepodległość, drudzy – że oto dzisiaj zabiera się im demokrację. Nie mnie rozstrzygać spór, kto ma rację, tym bardziej, że ksiądz ma być ojcem wszystkich, a nie tylko niektórych. Sądzę, że trafnie ten problem sformułował Andrzej Leder w książce „Prześniona rewolucja”: „Problem polega […] na tym, że poczucie krzywdy w Polsce nie stworzyło języka politycznego. Owszem, operuje językiem żałobnym, językiem wykluczenia moralnego, wreszcie językiem odwetu »przywracającego ład moralny«, ale żaden z nich nie stwarza płaszczyzny współistnienia” (s. 37).

Myślę, że ta konstatacja równie dobrze odnosi się do obu zwaśnionych obozów, które posługują się językiem wykluczenia, a nie współistnienia, wzajemnie sobie odmawiając prawa do bycia pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. W ten dyskurs wzajemnego wykluczenia wszyscy dajemy się wciągnąć. Boję się, że, jak to bywa, politycy się kiedyś dogadają, a my – zwykli Polacy – pozostaniemy jeszcze bardziej podzieleni i nosić będziemy w sobie jeszcze boleśniejsze poczucie krzywdy.

Nie dajmy się skłócić, bo kto nas pojedna? Sama ludzka „dobra wola” jest za słaba i okazuje się zbyt egoistyczna. Nie, chrześcijaństwo nie jest religią dobrej woli człowieka – jak chciał Koniński. To za mało! Chrześcijaństwo jest religią woli Boga. A co jest Jego wolą?

Chuck Norris i pragnienie ocalenia

Przed kilkoma dniami kupiłem nowy, powracający w po latach „Przekrój”, obecnie wydawany jako kwartalnik. Na ostatniej stronie znalazłem wiersz Ludwika Jerzego Kerna „Trailer” (trailer to zwiastun filmu, który jest wyświetlany w kinie przed seansem). Poeta pisze tak:

Na trailerach (przynajmniej tych z USA)
Muzyka tak ładnie gra
I pokazują, że chodzi o los całej ludzkości
I o JEDNEGO CZŁOWIEKA, co wszystkich nas ocali.

Co ważne, te dwa słowa – „jednego człowieka” – autor zapisał w całości wielkimi literami. Popkultura, zwłaszcza amerykańska, która tak silnie jest osadzona w religijnych mitach i narracjach, okazuje się świetnym wyrazicielem powszechnego pragnienia ludzkości, którym jest pragnienie ocalenia. Spiderman, Batman, Kapitan Ameryka, a może nawet i sam Chuck Norris – oto współcześni, popkulturowi zbawcy świata. Jeden człowiek, który jest przeciw całemu światu, wszelkiemu złu ludzkości – czy to będzie atak obcych, nagłe zlodowacenie, wybuch wulkanu czy inna apokalipsa, przejęcie władzy przez szaleńca podkładającego bomby.

Chuck Norris albo jeden z jego kolegów ocali nas wszystkich, całą zagrożoną ludzkość. Tak jest przynajmniej na amerykańskich filmach. I tylko na filmach. Żaden „jeden człowiek” nie ocalił jeszcze świata, choć już tak wielu obiecywało. Nikt, prócz jednego.

Swoi Go nie przyjęli

Dla człowieka wierzącego, święta Bożego Narodzenia to święta narodzin Zbawiciela, tego „Jednego Człowieka”, co wszystkich nas ocali. A ocali dlatego, że będąc człowiekiem, był także i Bogiem. I tylko dlatego mógł się przeciwstawić całemu złu świata.

W kazaniu na IV Niedzielę Adwentu (zob. „Pan Bóg niegrzecznych”) mówiłem, że greckie słowo sōtēría, które na język polski tłumaczymy jako „zbawienie”, wywodzi się z terminologii wojskowej, gdzie pierwotnie oznaczało wyzwolenie kogoś w trakcie bitwy poprzez odepchnięcie lub rozproszenie zbrojnym ramieniem wrogów, którzy zagrażają czyjemuś życiu. O przyjście takiego zbawiciela prosiliśmy jeszcze niedawno w adwentowej antyfonie:

O Adonai! Wodzu Izraela,
Coś go wybawił z rąk nieprzyjaciela:
Przybądź upadłym pod ciężkim brzemieniem,
Z silnym ramieniem.

Może trudno w to uwierzyć, gdy się patrzy na bezbronne Dzieciątko w żłobie, ale Jezus jest tym wodzem, który „silnym ramieniem” rozproszy naszych wrogów. A tym silnym ramieniem – powtórzmy raz jeszcze – będzie drzewo, na którym zawiśnie. Ta bitwa, w której On będzie wodzem, przyniesie nie tyle czasowy rozejm, zawieszenie broni, kapitulację czy nawet kompromis, ile prawdziwy, trwały pokój.

Popkultura świetnie wyraża ludzką tęsknotę za ocaleniem

Tylko On zdolny jest to zrobić, bo ma w nas upodobanie – w nas wszystkich, a nie tylko w niektórych. Każda ziemska wojna kończy się bowiem czyjąś przegraną (także ta polsko-polska, która dzisiaj się toczy nawet w naszych domach), a On chce, abyśmy wygrali wszyscy. O, jak bardzo by się chciało, żebyśmy – nie tylko politycy, ale my wszyscy – kierowali się nie tyle swoją, nawet dobrą, wolą, ale wolą Chrystusa, który przychodzi tej nocy nie po to, aby ocalić niektórych, ale aby ocalić wszystkich. Nie tylko swoich – zresztą „swoi Go nie przyjęli” – ale każdego.

Ocalajmy

Pytając siebie, skąd brać dobre myśli, pisał Koniński: „[…] gdybym Chrystusa Jezusa chciał obejść – zgrzeszyłbym”. Nie omijajmy więc Go. Życzmy sobie dzisiaj, abyśmy – wpatrzeni w to bezbronne Dziecko – stawali się zbawcami dla innych. Ono też potrzebowało zbawców: Matki, która Go nakarmi i ocali przed głodem czy okryje Go i ocali przed zimnem; ojca, który Go ukryje, by ocalić przed gniewem Heroda. Nasz Zbawiciel też potrzebował codziennego zbawienia.

Weźmy więc przykład z Maryi i Józefa i stawajmy się zbawcami dla innych. Ale nie fałszywymi zbawcami – takimi, co się sami mają za „jednego człowieka, co wszystkich nas ocali”, lecz prawdziwymi: takimi, co idą śladami „Jednego Człowieka, co wszystkich nas ocali”, Chrystusa.

Ocalajmy więc ludzi: siebie i innych, dalekich i bliskich, swoich i obcych, wrogów i przyjaciół, wszak Bóg ma upodobanie we wszystkich i jest po stronie każdego. Ocalajmy od głodu i bezdomności, od choroby i wojny, od nieszczęścia czy samotności, od wygnania i od wrogości, a w końcu od polsko-polskiej nienawiści. A w ten sposób – nawet o tym nie wiedząc – staniemy się naśladowcami „Jednego Człowieka”, co się dzisiaj rodzi w Betlejem.