Obrazy „nie są żywe”, nie mają duszy, ale oddziaływają na nas „jak żywe” ze względu na naszą psychiczną konstrukcję. W tym właśnie znaczeniu mają moc uwodzicielską: dobrą i złą.

W tekście „Miraże ikonoklastów” Marcin Stachowicz pisze: „Wbrew deklaracjom, że obrazy postrzega wyłącznie jako »narzędzia« – bez kontekstu pozbawione znaczenia – ks. Draguła jest bliski popełnienia błędu wspólnego wszystkim ikonoklastom. Zdaje się on wierzyć, że przedstawienia wizualne są obdarzone jakimś osobowym bytem; że działają z określonymi intencjami i sprawują rodzaj władzy nad widzem”. Mój polemista zarzuca mi, że w „Manifeście ikonoklastycznym” niebezpiecznie zbliżam się do jakiegoś ikonograficznego animizmu. Obdarzam obrazy życiem, mocą, przypisuję im intencjonalne działanie i chęć sprawowania władzy nad człowiekiem.

Szczęśliwie, w opinii Stachowicza jedynie się do tego zbliżam, ale błędu nie popełniam, bo to zarzut poważny. Przeniesiony na grunt teologii, byłby zarzutem popełnienia dwóch grzechów: ikonolatrii, z której rodzi się zabobon. Źródłem ikonolatrii, czyli bałwochwalstwa, jest właśnie przekonanie o życiu obrazu: jakimś niezależnym, samoistnym, domagającym się od widza posłuszeństwa i bez mała czci.

Uporządkujmy raz jeszcze dyskusję. Zacznę od psychologii. Stachowicz pisze: „Ikonoklazm jest problematyczny także dlatego, że – wbrew formułowanym przekonaniom o potędze obrazów i sile spojrzenia – odmawia temu, co wzrokowe, statusu jednego z równorzędnych sposobów poznania rzeczywistości”. Sęk w tym, że w psychologii dominuje przekonanie, iż wzrok (i obraz w relacji do niego) wcale nie jest jednym z równorzędnych sposobów poznania rzeczywistości. Można by tutaj przytoczyć choćby efekt McGurka (o którym już wspomniałem), który mówi o tym, że mózg daje pierwszeństwo bodźcom wzrokowym nad słuchowymi, i to tak dalece, że może to zupełnie zniekształcić przekaz werbalny. Psychologia zna także picture superiority effect, według którego w zapamiętaniu ważniejszą rolę spełnia obraz niż słowo (tego, co się zobaczyło, już się nie „odzobaczy”…).

„Wiedział” o tym bardzo dobrze Bóg w Starym Testamencie, zakazując czynienia wizualnych przedstawień samego siebie, ale także jakichkolwiek stworzeń. Kiedy Żydzi odwracali się od Boga Jedynego w kierunku bałwanów, czynili sobie ich materialne wyobrażenia, czego emblematycznym przykładem był złoty cielec ulany w drodze do Ziemi Obiecanej. Obraz był zawsze bardziej pociągający niż słowo…

Zapanować nad obrazem

Przechodząc z płaszczyzny psychologii do antropologii kultury, trzeba powiedzieć, że taki jest właśnie fundament owego przekonania o mocy obrazów. Ma ono swoje uzasadnienie w naturze, w ludzkim sposobie percypowania świata. Od samego początku, nie znając jeszcze mechanizmów poznawczych człowieka, istniało przekonanie o zniewalającej mocy obrazów. I to przekonanie nie maleje.

W Dekalogu Bóg kazał burzyć obrazy; ja jestem mniej radykalny

Kiedy w późnej starożytności rozpoczyna się konflikt o rolę obrazów w wierze, czyli spory ikonoklastyczne, Kościół – bazując na filozofii platońskiej – szczęśliwie wypracował taką koncepcję, która pozwoliła uniknąć niebezpieczeństwa idolatrii (ikonoklazm jest ikonolatrią à rebours). Sobór w Nicei w roku 787 stwierdził, że cześć oddana wizerunkowi odnosi się do prototypu. Tym samym obraz został pozbawiony swej mocy immanentnej, a właściwie odmówiono mu teologicznej legitymizacji tejże mocy. Siła obrazu nie tkwi w nim samym, ale w relacji, jaką wiara ustanawia między nim a ideałem, prototypem, bytem idealnym. Nie obraz czcimy, ale tego, do kogo on odnosi.

Dzięki temu zabiegowi obraz nie utracił swej mocy, ale Kościół znalazł sposób, by nad nią zapanować. Czy było to łatwe? Nie. Historia Kościoła pokazuje, ile razy spór o obrazy powracał. I nie powracał bez przyczyny. Wciąż z obawy przed ich dominacją.

Świadectwem tego, jaką rolę przypisywano obrazom, jest choćby średniowieczna praktyka, w której wyróżniano dwa sposoby nauczania: słowem i obrazem. Quod est clerico littera, hoc est laico pictura, tzn. czym dla duchownego jest litera, tym dla świeckiego – obraz. Tak właśnie mówiono w średniowieczu. Niewiele się zmieniło: lud zawsze wolał obraz i sobie te obrazy tworzył – i tworzy. Do dzisiaj obraz jest w Kościele (katolickim czy prawosławnym) instrumentem sprawowania duchowej władzy.

Podwójna świadomość

Od zawsze o tej niezwykłej władzy obrazów wiedziała retoryka, która postulowała obrazowanie. Już Horacy mówił: Pictura plus videtur movere animum quam scriptura. Obraz bardziej porusza niż pismo, gdyż obraz stawia rzeczy przed oczyma, unaocznia. To za nim szedł św. Bonawentura, pisząc, że to, „co widzimy, bardziej pobudza emocje niż to, co słyszymy”. Dobrze to skonkludował Alain Besançon w odniesieniu do wiary: „o ile wiara rodzi się przez słuch, o tyle jej żarliwość rodzi się przez oczy”. Czy nie z tego bierze się uwodząca moc reklamy wizualnej?

Cytowany przez Stachowicza W.J.T. Mitchell pisze w sposób znamienny o swojej (nie)wierze w moc obrazów. Na stawiane mu pytanie, czy naprawdę wierzy, że obrazy czegoś chcą, Mitchell odpowiada: „[…] nie, nie wierzę. Nie możemy jednak ignorować, że istoty ludzkie (nie wyłączając mnie) uparcie wypowiadają się i zachowują się, jakby naprawdę w to wierzyły”. Mitchell nazywa to „podwójną świadomością” w odniesieniu do obrazów. I ja tę podwójną świadomość rozumiem.

Obrazy „nie są żywe”, nie mają duszy, ale oddziaływają na nas „jak żywe” ze względu na naszą psychiczną konstrukcję. W tym właśnie znaczeniu mają moc uwodzicielską: dobrą i złą, mogą wzruszać i mogą generować nienawiść. Ale można się uczyć nad nimi panować. Ja – i do tego się przyznaję – nie umiem zapominać obrazów. I wiem, jak gwałtownie – choć jedynie wewnętrznie – reaguję na obraz, jak mnie on wzrusza, bawi, denerwuje, rodzi we mnie negatywne uczucia.

Obraz jest ambiwalentny, może stać się narzędziem miłosierdzia, a może też stać się bronią

Czy obraz jest rzeczywiście potrzebny, by poznać prawdę? Jak sobie dawali radę ludzie sprzed epoki fotografii? Dramat Syrii i Aleppo jest doskonałym przykładem (i kolejnym potwierdzeniem potęgi wizerunku), jak bardzo można nim manipulować. „Na sto zdjęć (z wojny w Syrii) dziewięćdziesiąt jest nieprawdziwych – przyznaje w rozmowie z naTemat dr Wojciech Szewko, ekspert ds. bliskowschodnich. – Jednak od wczoraj trwa jakiś festiwal. Widzę pięćdziesiąt kolejnych zdjęć z Aleppo i żadne zdjęcie nie jest z tego miasta – dodaje”. Myślę, że weryfikacja prawdziwości wielu zdjęć jest po prostu niemożliwa. Słusznie więc napisał Paweł Milcarek na FB: „Ludzie tam [w Syrii] giną i potrzebują pomocy. Inna sprawa, że wojna psychologiczna zdjęciami trwa w najlepsze i nie ma co poddawać się prostym manipulacjom obrazami”.

Mniej radykalny od Boga

Kevin Cart, „Dziecko i sęp”

Kevin Cart, „Dziecko i sęp”, 1993. Obraz za: wikipedia.org.

Powtórzę raz jeszcze: obrazom dajemy wiarę, a już na pewno fotografiom. Może warto byłoby tutaj przytoczyć jeszcze historię legendarnego zdjęcia autorstwa Kevina Cartera pt. „Struggling Girl”, które poruszyło miliony ludzi. Zdjęcie zostało zrobione w Sudanie i ukazywało kucającą dziewczynkę, niedaleko której stał sęp. Temu sugestywnemu zdjęciu zarzucono nieprawdę, choć było prawdziwe. Sępy nie atakują ludzi, a obóz był niedaleko. Sam autor popełnił samobójstwo. Jedną z przyczyn miały być stawiane mu zarzuty, że postąpił nieetycznie. Faktem jest, że – jak napisał autorowi jeden z uczniów – „zostawił nam pan zdjęcie zbyt smutne, żebyśmy mogli przejść koło niego obojętnie”.

Nie ma się co oszukiwać. Na nas też obrazy działają, choć nowoczesny człowiek ma czasami trudność, by się do tego przyznać. Można by tutaj jeszcze rozwinąć wątek współczesnych bluźnierstw, które dokonują się właśnie w obszarze obrazu, a nie słowa. Że o „potędze” karykatur z islamu nie wspomnę.

Do sformułowania, że mój wpis na blogu, to „refleksje wyjątkowo symptomatyczne dla czasów głębokiego niepokoju egzystencjalnego” szeroko odnosić się nie będę. Bo jeśli polemista zarzuca mi – zapewne nieświadome – zwalanie winy na obraz za to, że „świat chwieje się w posadach”, to  chciałem powiedzieć, że nie jestem pierwszy. Już w Dekalogu Pan Bóg kazał burzyć obrazy, żeby nie zaburzyły stabilności ówczesnego świata. Ja jestem mniej od Pana Boga radykalny.

Jestem umiarkowanym ikonoklastą, który wyznaje zasadę: Nec adorare, nec frangi. Nie adorować, ale też nie burzyć. A czasami jeszcze dodaję: nec videre, nie patrzeć. Obraz jest bowiem bardzo ambiwalentny. Może stać się narzędziem miłosierdzia. A może też stać się bronią. Silniejszą od niejednego słowa.