Idąc do Aleppo, ratujemy nie tylko nadzieję Syryjczyków, ale też siebie i swój odruch człowieczeństwa.

Dzień po doniesieniach o zacieśniającym się oblężeniu Aleppo odbieram telefon, który brzmi podobnie jak trzy poprzednie: – Wpłaciłam na Białe Hełmy i na Save The Children; wsparłam PCPM; rodzinę przekonałam, żeby adoptowała syryjską rodzinę przez Caritas; napisałam do Waszczykowskiego, do Tuska i nawet do papieża. Co mogę jeszcze zrobić? Przecież musi być jakiś sposób na zakończenie tej wojny!

Jest. Odruch: wstać i pójść z pomocą

„Nie znamy idealnego rozwiązania konfliktu w Syrii. Ale wiemy, że ta wojna musi się skończyć! Zatrzymać ją może kilka podpisów złożonych na papierze. Jednak nawet jeśli na to musimy jeszcze poczekać, nie możemy siedzieć z założonymi rękami i patrzeć na cierpienie mieszkańców Syrii” – pod tymi słowami manifestu podpisało się już 2,5 tys. osób, które wybierają się w Obywatelskim Marszu z Berlina do Aleppo.

Wyruszają 26 grudnia. Trasa prowadzi przez Czechy, Austrię, Bałkany, Grecję i Turcję. Do jej przejścia potrzeba więcej niż trzech miesięcy. Uczestnicy zaproszeni są do wzięcia udziału w dowolnej długości odcinku. Mogą dołączyć na miesiąc, tydzień, dzień, a nawet na dwugodzinny spacer. Organizacją marszu zajmuje się grupa kilkudziesięciu wolontariuszy. To znajomi oraz znajomi znajomych Anny Alboth, mieszkającej na stałe w Berlinie blogerki („Rodzina bez Granic”), znanej z akcji zbierania śpiworów dla uchodźców. W dużej części są to Polacy.

W bezsilności pojawiła się myśl: może tam do nich po prostu pójść?

Pomysł na marsz zrodził się z bezsilności. – Byłam po całym dniu spędzonym w obozie dla uchodźców, gdzie słuchałam historii moich znajomych – opowiada Ania Alboth. – Pokazywali mi zdjęcia rodzinne: uśmiechnięte twarze, radosne momenty, a potem dodawali „ten człowiek zginął w zeszłym tygodniu”, albo „o, a to wujek, zginął niestety wczoraj rano”. Wróciłam do domu, usiadłam przed komputerem i zaczęłam oglądać filmy. Te filmiki z Syrii, na których widok zazwyczaj przewijamy stronę w dół. Płakałam.

Wyobraziłam sobie moją rodzinę w takiej sytuacji, w Berlinie podczas wojny, bez dachu nad głową, z ostatnimi zapasami żywności, skulonych w jedynym ocalałym pokoju, gdzie dochodzą nas odgłosy bombardowań. Gdy jedyne, co mamy, to połączenie ze światem. Wyobraziłam sobie, że to ja piszę na Twitterze i Facebooku prośby o pomoc, opowiadam o cierpieniu, o strachu i głodzie, a ludzie po drugiej stronie… po prostu tam siedzą, słyszą mnie, żałują, płaczą, współczują, ale nie robią nic więcej. Wtedy poczułam, że po prostu więcej tego nie zniosę. A gdyby tam do nich po prostu pójść?

Idziemy!

Pomysł Anny wywołał falę entuzjazmu. Stopniowo coraz więcej osób dowiadywało się o nim i ofiarowywało ręce do pracy. – To było jak manna z nieba. Wydawało się, że właśnie na to wszyscy czekaliśmy. Poruszeni losem cywilów w Syrii, oburzeni bombardowaniem szpitali, a jednocześnie pokornie uznający, że może nie pojmujemy meandrów wielostronnego konfliktu, byliśmy bezsilni wobec wojny, która jest tak daleko, a jednocześnie dzieje się na naszych oczach. Mieliśmy tego dość! Chcieliśmy działać – mówi członek ekipy organizującej. W ciągu 24 godzin kilkanaście osób było już zaangażowanych w planowanie trasy, logistykę i transport, organizację noclegów, obstawy medycznej, pozwoleń od policji, zapraszanie VIP-ów.

O „Polce z Berlina i jej szalonym pomyśle” można przeczytać niemal w całej Europie i wysłuchać na kazaniach

Ustalona została data wymarszu na miesiąc później, w drugi dzień świąt. Nie za późno, bo nie ma chwili do stracenia i nie za wcześnie, żeby zdążyć wszystko przygotować. Ruszyły pierwsze oficjalne kanały – strona internetowa, profile na Twitterze i Facebooku, a z nimi pierwsze komentarze. Pomiędzy „dlaczego tak późno?”, „to i tak nie ma sensu” i „dlaczego akurat do Aleppo?” pojawiły się wiadomości od Syryjczyków, przesyłane spod bomb: „Już dawno nie słyszałem takiej świetnej nowiny!”, „Naprawdę do nas idziecie? A więc jest jeszcze sens opatrywać rany, bo może doczekamy końca tej wojny?”. Wraz z kolejnymi zapisującymi się na marsz Niemcami, Polakami i Słoweńcami odzywali się Kanadyjczycy, Amerykanie i Australijczycy – z prośbą o zgodę na organizowanie równoległych tras już nie do, ale dla Aleppo pod szyldem #CivilMarchForAleppo.

Anna odbyła dziesiątki spotkań, udzieliła kilkudziesięciu wywiadów, do idei marszu przekonuje w Brukseli i Watykanie. 2,5 tys. osób zapowiedziało, że weźmie udział, kolejne 9 tys. bacznie obserwuje przygotowania. O „Polce z Berlina i jej szalonym pomyśle” można już przeczytać niemal w całej Europie, a nawet wysłuchać na kazaniach w polskich kościołach.  

Dla kogo i po co ten marsz?

Marsz to wyraz solidarności z Syryjczykami, nie tylko tymi w Aleppo, ale wszystkimi, którzy przez wojnę domową stracili najbliższych, dach nad głową oraz podstawowe poczucie bezpieczeństwa. To protest przeciw barbarzyństwu wojny i wyraz solidarności obywateli państw, które szczęśliwie tego barbarzyństwa nie znają, z tymi, którzy doświadczają go w najokrutniejszej postaci. Organizatorzy nie kierują się poglądami politycznymi ani nie popierają żadnej ze stron konfliktu, występują „jako ludzie, którzy chcą okazać współczucie innym ludziom”.

– Codziennie otrzymujemy dowody na to, że nasza pamięć o tych, którzy czekają na śmierć w oblężeniach i pod bombami, dodaje im nadziei – mówi Anna. Organizatorzy wierzą też, że marsz przykuje uwagę opinii publicznej i decydentów, którzy staną na wysokości zadania i przyczynią się do zaniechania przemocy wobec niewinnych cywili. I to mogłoby wystarczyć za powód, aby ruszyć tłumnie w zimowy dzień z białymi flagami w kierunku Aleppo.

Ale jest jeszcze drugi powód, osobisty. To konieczność zadbania o wiarę w swoje sprawstwo i walka o zachowanie w sobie odruchów ludzkiej przyzwoitości. – Prawda jest taka, że ten marsz nie mógłby się odbyć wcześniej. Ludzie byli jeszcze zbyt mało przejęci sytuacją w Syrii. Sądzę, że dopiero wieść o bombardowaniu szpitali dziecięcych wyzwoliła oburzenie na tyle silne, żeby ogłoszenie o marszu miało uzasadnienie – mówi jedna z wolontariuszek.

Empatia w warunkach globalnych jest szalenie trudna. Zrozumiałe jest, że oniemiali na widok okrucieństwa, jakie człowiek zadaje człowiekowi, odcinamy się od obrazów wojny, a przez to ignorujemy nasz potencjalny wpływ na zmianę sytuacji. Aż do momentu, gdy okrucieństwo przybiera skalę tak nieprawdopodobną, że jego obrazy zaczynają otaczać nas zewsząd, zalewają ekrany, biją po oczach, docierają do najbardziej odciętych od informacji osób, dopominają się o uwagę. Wtedy przychodzi moment, gdy stać nas na to, aby pozwolić zadziałać swoim ludzkim odruchom – tak jak w każdej sytuacji, gdy dzieje się krzywda – wstać i pójść z pomocą.

Chcesz wziąć udział w marszu? Więcej informacji na stronie Civilmarch.org oraz na Facebooku