Rodzący się już niedługo w Betlejem Bóg nie będzie się pytał: „A byłeś grzeczny?”. Bo wie, że nie byliśmy. I właśnie dlatego przychodzi.

W dzisiejszej Ewangelii pada jedno z najważniejszych słów dla człowieka wierzącego. To słowo „zbawienie”, a dokładnie: „zbawić”. „Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” – tak dzisiaj mówi anioł do św. Józefa o dziecku, które już wkrótce ma się narodzić z Maryi. Te dwa pokrewne słowa: „zbawić” i „zbawienie” bardzo często pojawiają się w słowniku katechetów, kaznodziejów, teologów. Jezus jest zbawicielem – mówimy. Jezus nas zbawił, wierzymy w zbawienie, pragniemy zbawienia itd. Ale co to dokładnie znaczy? Chyba rozumiemy te słowa raczej intuicyjnie niż dokładnie odczytujemy ich sens.

Problem z tymi słowami polega na tym, że poza słownikiem religijnym nie pojawiają się już prawie wcale. Jeszcze w wieku XVII mówiono na przykład „Zbawiłeś mię tego nieszczęścia” w znaczeniu „wybawiłeś mnie od tego nieszczęścia”. Ale czy ktoś z nas jeszcze mówi – a takie zdanie znalazłem w słowniku – „Wyjazd był dla niej zbawieniem”? Nie, tak już nie mówimy. A nawet, gdy mówimy, że ktoś chce „zbawić świat”, to od razu kojarzy nam się ta wypowiedź religijnie. Czasami jeszcze zdarzy się nam powiedzieć, że jakaś rada była zbawienna, jakaś myśl albo czyjaś pomoc. „Zbawienna” to znaczy przynosząca ratunek, pożyteczna, dobroczynna w skutkach.

Mówię o tym wszystkim, abyśmy powrócili do pierwotnego sensu słowa „zbawić”. A „zbawić” to tyle co „ocalić, uratować od czegoś, wybawić, wyzwolić”. Również dzisiaj można kogoś zbawić: wybawić od nieszczęścia, ocalić od śmierci, uratować od głodu, wyzwolić z niewoli. Po to przychodzi Jezus: „zbawić swój lud od jego grzechów”. „Od zła wszelkiego” wybawić, „od każdego grzechu” uratować, „od zasadzek szatana” ocalić, „od śmierci wiecznej” wyzwolić – jak śpiewamy w Litanii do wszystkich świętych.

„Zasłużyliśmy” już na zbawienie wszyscy – naszym grzechem

Tak właśnie było rozumiane to słowo także w języku greckim, w którym spisano Ewangelię. Greckie słowo sōtēría, które tłumaczymy jako „zbawienie”, wywodzi się z terminologii wojskowej, gdzie pierwotnie oznaczało wyzwolenie kogoś w trakcie bitwy poprzez odepchnięcie lub rozproszenie zbrojnym ramieniem jego wrogów, którzy go otaczali i zagrażali jego życiu. Ten, komu się to udawało, nazywany był „zbawcą”. (I trudno mi w tym kontekście nie pomyśleć, jak bardzo Polska nie chce być zbawcą dla tych ludzi, którym wciąż śmierć zagraża w Aleppo, jak wielu z nas nie chce być dla nich zbawcami). Ale po to właśnie przychodzi Jezus. Aby stać się naszym zbawcą. Aby swoim „zbrojnym ramieniem”, a będzie to ramię rozciągnięte i przybite do krzyża, rozproszyć wszelkie zło, które nas otacza i zagraża naszemu życiu. To on ocali nas z tej bitwy. Nikt inny.

Po raz kolejny wracam do ks. Grzegorza Strzelczyka, który w książce „Wielkie tematy teologii” pisze, że mamy współcześnie do czynienia „z kryzysem odczuwania i rozumienia potrzeby oraz idei zbawienia”. Dlaczego tak się dzieje? Potrzeba zbawienia jest nieodłączna od wcześniejszej świadomości zagrożenia. Trzeba mieć od czego być zbawionym, wyzwolonym, ocalonym. Przed chwilą powiedziałem, że Jezus przychodzi, by rozproszyć wszelkie zło, które nas otacza. Tak, to prawda. Będziemy przecież o Nim śpiewać „zwycięzca śmierci, piekła i szatana”. Ale zło jest nie tylko wokół nas, ale także w nas samych. To grzech, rodzący w nas poczucie winy.

„Dzięki przebaczeniu darowanemu nam w Chrystusie potrafimy się rzeczywiście zmierzyć z problemem winy, czyli odpowiedzialności za zło, którego jesteśmy autorami” – jak to formułuje ks. Strzelczyk. Zbawienia może potrzebować i oczekiwać jedynie ten, kto ma świadomość grzechu i jego konsekwencji, a więc ten, kto rozpoznaje w sobie zło, z którym sam sobie nie poradzi. Nie potrzebuje ocalenia ten, kto się czuje cały; wyzwolenia – ten, kto się czuje wolny; ani wybawienia – ten, kto się bawi.

Zło jest nie tylko wokół nas, ale także w nas samych. To grzech, rodzący poczucie winy

Niedawno odkryłem zapomnianego autora, który często podejmował tematy religijne. To Karol Ludwik Koniński. W jego opowiadaniu „Straszny czwartek w domu pastora” jest scena rozmowy pastora Hubiny z katolickim proboszczem, ks. Jerzym. Rzecz dzieje się w roku 1912. Pastor mówi, że obaj mają szczęście żyć harmonijnie, łagodnie, przyzwoicie, pobożnie. „[…] mamy nadzieję, że całe nasze życie spłynie jak rzeka do spokojnego morza” – deklaruje pastor Hubina. Prowadzą bezpieczne życie, a Bóg oszczędza im trudnych egzaminów, co do których nie wiadomo, czy by je zdali. Żyją „w uporządkowanym społeczeństwie”. Ale przecież nie wszędzie tak jest. Na świecie żyją ludzie, którzy poddawani są torturom i innym katuszom. „I dopiero, kto taki egzamin złożył, może sobie pochlebiać, że zasłużył na zbawienie” – mówi pastor. Mylił się pastor Hubina, myśląc, że na zbawienie trzeba zasłużyć jakimś egzaminem polegającym na konieczności cierpienia. Że trzeba je cierpieniem okupić. „Zasłużyliśmy” już na zbawienie wszyscy – naszym grzechem. I nie trzeba żadnej innej zasługi, by przyszedł Zbawca. Grzech jest naszą „zasługą”.

Niedawno na pewnej konferencji jeden ksiądz dzielił się swoimi wrażeniami z reakcji na homilię, którą wygłosił w którąś z niedziel adwentu. A mówił wtedy o sensie prezentów pod choinkę. Że ich istotą jest darmowość, bo darmowe jest zbawienie. Że nie daje się ich nikomu „za coś”, na przykład, że ktoś był grzeczny. Te prezenty pod choinką to nie powinna być nagroda za przyzwoitość czy dobre, przykładne życie, ale dary – coś darmowego, niezasłużonego, które daje się bez względu na kondycję obdarowywanego. Ich sensem jest to, że się na nie „nie zasługuje”.

Mówił ów kaznodzieja, że teza ta wywołała negatywne reakcje. Że to takie niewychowawcze, bo przecież rozsadza cały system mikołajowo-choinkowy prezentów oparty na pytaniu „A byłeś grzeczny?”. Ale miał rację ten ksiądz. Miał. Tak właśnie działa Bóg. Ofiaruje nam swoje zbawienie, zanim cokolwiek zrobimy, by je otrzymać. Nie, ten rodzący się już niedługo w Betlejem Bóg nie będzie się pytał: „A byłeś grzeczny?”. Bo wie, że nie byliśmy. I właśnie dlatego przychodzi. Do niegrzecznych, bo grzeczni nie potrzebują wybawienia. „Nie potrzebują wszak lekarza zdrowi, ale ci, co się źle mają” (Mt 9, 12).

Przyjdź, Panie Jezu, bo się źle mamy!