Bez żalu nie będzie chęci zmiany czy poprawy. A życie społeczne domaga się jeszcze jednego – sprawiedliwości.

Na łamach „Rzeczpospolitej” z 13 grudnia Tomasz Krzyżak pochyla się nad Stanisławem Piotrowiczem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, a wcześniej prokuratorem z okresu stanu wojennego.

Jak sugeruje tytuł, Piotrowicz „odkupił winy”, co – tak rozumiem intencje autora – powinno wystarczyć jako rehabilitacja za niechlubną przeszłość i dawać mu prawo nie tylko do sprawowania mandatu posła RP, ale także przewodniczenia sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Redaktor „Rzepy” – biorąc pod uwagę, że, jak pisze, „zdecydowana większość naszej klasy politycznej” deklaruje przynależność do Kościoła – odwołuje się do zasad moralności chrześcijańskiej. I tu niestety misterny plan rehabilitacji Piotrowicza pada, ponieważ te zasady brzmią trochę inaczej, niż chciałby pan Krzyżak.

Czytam w „Rzeczpospolitej”: „Podstawowa zasada odpuszczenia win w Kościele rzymskokatolickim […] zakłada, że za ich wyznaniem idą pokuta i zadośćuczynienie”. Dziennikarz „Rzepy” skupia się na tym ostatnim elemencie w życiu Piotrowicza, które ma być przykładem „człowieka upadłego, ale w pewnym momencie przechodzącego przemianę i radykalnie zmieniającego swoje postępowanie”.

Warunkiem, by dostać rozgrzeszenie, jest żal za grzechy

Jak rozumiem, chodzi tutaj o zastosowanie analogicznych zasad jak te, które funkcjonują przy okazji sprawowania sakramentu pokuty i pojednania, a które tradycyjnie nazywamy warunkami dobrej spowiedzi. Sęk w tym, że nie można patrzeć wyłącznie na to, co idzie „za ich [grzechów] wyznaniem”, ale także co idzie przed tymże wyznaniem, a jest tam warunek, który brzmi: „żal za grzechy”. To warunek, by dostać rozgrzeszenie. Bez żalu nie będzie chęci zmiany czy poprawy. A i zadośćuczynienie bez uprzedniego żalu będzie nieszczere i koniunkturalne. Tak musi być w konfesjonale – ale życie społeczne domaga się jeszcze jednego: sprawiedliwości.

Czy Piotrowicz ma za co żałować? Nie dociekałem i nie dociekam. Ale chyba coś jest na rzeczy, skoro według samego dziennikarza „Rzepy” „działalność [Piotrowicza] po 1989 r. można zatem traktować jako formę zadośćuczynienia, które trwa już o wiele dłużej aniżeli jego służba w okresie PRL”. Trudno wszak pokutować czy zadość czynić za dobre uczynki. Skoro zatem aktualna działalność dawnego prokuratora ma być – jak sugeruje dziennikarz – formą odkupienia win, to, jak rozumiem, Krzyżak zakłada, że takie winy pan poseł na sumieniu ma.

Sam Piotrowicz mówi o swej przeszłości różnie. Raz: „Są momenty, których się wstydzę. Wstydzę się, że należałem do PZPR-u i nie zachowałem się w tamtym czasie heroicznie”. Z kolei innym razem: „Nie mam powodów, aby się wstydzić; podczas pracy w prokuraturze zawsze zachowywałem się przyzwoicie; zawsze zmierzałem do prawdy i sprawiedliwości”. „Jako prokurator nigdy nikogo nie skrzywdziłem” – twierdzi poseł PiS. Są jednak tacy, którzy mówią, że tak dobrze jednak nie było, wszak podpis na akcie oskarżenia Antoniego Pikula widnieje podpis Piotrowicza. Bez względu na okoliczności złożenia tego podpisu, co do jednego możemy się chyba zgodzić: aktem heroizmu to nie było. Tak jak aktem heroizmu nie było podpisywanie lojalki przez tajnych współpracowników SB, bez względu na okoliczności, które – być może – wiele wyjaśniają, ale nie usprawiedliwiają moralnie.

Sam wielokrotnie pisałem, że miłosierdzie jest bezwarunkowe. I nadal tak twierdzę. Jest bezwarunkowe, ponieważ jest uprzednie. Tak jest u Boga i tak powinno być u ludzi. Przebaczyć można nawet bez wyznania winy przez grzesznika. Istotne pozostaje pytanie, kto ma prawo szafować miłosierdziem i w czyim imieniu?

Ks. Józef Tischner w szkicu pod tytułem „Robespierre i siostra Faustyna” pisze: „Ogólny punkt widzenia jest taki: zasada sprawiedliwości rządzi społecznym współżyciem ludzi, natomiast zasada miłosierdzia rządzi bezpośrednimi relacjami osobowymi”. Mówiąc inaczej, miłosierdzie jest zastrzeżone dla tego, kto został skrzywdzony. Wybaczyć – jeśli mają co – Piotrowiczowi mogą jedynie ci, którzy zostali przez niego skrzywdzeni. I nie wolno tego robić za nich. Jak pisał Herbert w „Przesłaniu Pana Cogito”: „i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy / przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”. Tamte krzywdy z okresu stanu wojennego – jeśli takowe były – mogą odpuścić Piotrowiczowi jedynie ci, których skrzywdził. Miłosierdzie bowiem może się zrealizować tylko w indywidualnych, międzyosobowych relacjach. Na przykład w mojej do posła Piotrowicza, jeśli uznam, że mnie skrzywdził.

Natomiast społeczeństwo domaga się sprawiedliwości, której żywiołem nie jest ani wybaczanie, ani miłosierdzie. Sprawiedliwość oddaje to, co słuszne: nagrodę za dobro, karę za zło. I takie jest zadanie władzy, która działa ze społecznego mandatu. Aby oddać zadość prawu i sprawiedliwości, trzeba najpierw osądzić i wydać wyrok, a dopiero potem można okazać łaskę, ale to naprawdę nie ma nic wspólnego z miłosierdziem, do którego władza nie ma żadnego prawa. Władza może (choć nie musi) okazać łaskę, ale – i o tej różnicy trzeba pamiętać! – łaska dotyczy jedynie kary, a nie winy, którą się wybacza w akcie miłosierdzia. I źle się dzieje, gdy te sfery ulegają pomieszaniu, gdy łaskę władzy myli się z miłosierdziem człowieka.