Ks. Draguła bliski jest popełnienia błędu wspólnego wszystkim ikonoklastom – zdaje się wierzyć, że przedstawienia wizualne są obdarzone jakimś osobowym bytem; że działają z określonymi intencjami i sprawują rodzaj władzy nad widzem.

„[Obrazy] wciągają nas, nie pozostawiają miejsca na osąd, są źródłem zgubnej strategii zaprzeczania zasadzie rzeczywistości i zasadzie prawdopodobieństwa” – pisał na początku lat 80. najważniejszy ze współczesnych ikonoklastów, Jean Baudrillard [1]. W nadmiernym podobieństwie do rzeczywistości –  francuski socjolog nazywał to zjawisko „hiperrealizmem” – widział „niemoralność” i „przewrotność” nowoczesnych obrazów medialnych.

Reprezentacje wizualne potrafią jedynie imitować, upodabniać się do realnych przedmiotów, wydarzeń, twarzy, a widz – popełniając fundamentalny błąd – bezgranicznie ufa ich realizmowi. Są diaboliczne, bo nieustannie się mnożą, jak zjadliwe wirusy. I stale – na coraz doskonalsze sposoby – rozpuszczają nić łączącą nas z tym, co Prawdziwe. „Niemal całkowicie i nieodwracalnie zatarła się granica między sferą obrazów i sferą rzeczywistości, której istotę coraz trudniej przychodzi nam uchwycić” [2] – brzmi diagnoza Baudrillarda.

Takie, zbliżone do Baudrillardowskich, nowoczesne wersje starych ikonoklazmów – platońskich z ducha – najłatwiej zaobserwować przy okazji jakichś silnych napięć politycznych. Większość rewolucji rozpoczyna się od zmiecenia z powierzchni ziemi całej galerii „złych obrazów”. Wybuch wojny, akt terroru, kryzys społeczny – obecnie wydarzenia hipermedialne – prawie zawsze nastawiają człowieka przeciwko obrazom: albo „kłamliwym” (bo nie potrafią oddać CAŁEJ PRAWDY o cierpieniu i przemocy), albo „niemoralnym” (bo pokazują jej ZBYT WIELE, bez komentarza, bez wyłuszczenia przyczyny). Chcielibyśmy więc obrazy ukarać: za kłamstwo, wszechobecność, wywoływanie znieczulicy, milczenie.

„Coraz rzadziej oglądam telewizję. Traktuję ją coraz bardziej wybiórczo. Jestem coraz bardziej radykalnym ikonoklastą” – przyznał niedawno na łamach „Laboratorium Więzi” ks. Andrzej Draguła. Jego „Manifest ikonoklastyczny” przynosi refleksje wyjątkowo symptomatyczne dla czasów głębokiego niepokoju egzystencjalnego. Kiedy znajomy świat chwieje się w posadach, a nasze możliwości wpływu na stan rzeczy wydają się coraz mocniej ograniczone, odruchowo poszukujemy pisanej wielką literą Prawdy – jakiejś „praprzyczyny” rozgrywającego się na naszych oczach dramatu. Składową tych poszukiwań jest szczególne wyczulenie na fałsz, pozór, który można łatwo zdemaskować i napiętnować. Jego ofiarą pada to, co w istocie jest słabe i zależne od sposobów użycia, ale czemu jednocześnie przypisujemy – w naszej kolektywnej wyobraźni – szczególną potęgę i możliwość (zwodniczego) działania. A co oddala nas bardziej od rzeczywistości, jeśli nie obraz – ten najmarniejszy z (nie)bytów?

Czy bez zdjęć gruzów i lejów po bombach tragedia Aleppo w ogóle mogłaby do nas przemówić?

Autor „Manifestu…” przyjmuje więc, że obrazy posiadają „moc” mamienia, manipulowania i budzenia negatywnych emocji: pragnienia odwetu, nienawiści, strachu. Relacje z egzekucji ISIS czy z bombardowania Aleppo są w tej optyce wirusem „nie do odzobaczenia”, który wgryza się w pamięć i nakręca spiralę przemocy. Taki zły obraz – obraz medialny – „na pewno nie uczy miłosierdzia ani przebaczenia. Po prostu nie może”. A nie może, bo – powiada Draguła – obrazu „nie trzeba rozumieć”; obraz działa wyłącznie na poziomie elementarnych emocji, jest „bodźcem domagającym się natychmiastowej reakcji”. W hierarchii mediów zajmuje pozycję poślednią – daleko za racjonalnym słowem, które zmusza do refleksji i pozwala uodpornić się na uwodzicielską moc „mirażu”,  na kruchość i irracjonalność tego, co dostępne w nagim postrzeżeniu.

Wbrew deklaracjom, że obrazy postrzega wyłącznie jako „narzędzia” – bez kontekstu pozbawione znaczenia – ks. Draguła jest bliski popełnienia błędu wspólnego wszystkim ikonoklastom. Zdaje się on wierzyć, że przedstawienia wizualne są obdarzone jakimś osobowym bytem; że działają z określonymi intencjami i sprawują rodzaj władzy nad widzem.

Na paradoks zakrawa więc fakt, że autor „Manifestu ikonoklastycznego” powołuje się w swojej refleksji na W.J.T. Mitchella – amerykańskiego teoretyka kultury wizualnej i wielkiego krytyka nowoczesnych ikonoklazmów. W książce „Czego chcą obrazy?” – tej samej, którą cytuje Draguła – Mitchell pisze, że „jako krytycy obrazów chcemy być może, by były one silniejsze, niż w rzeczywistości są, ponieważ wówczas przeciwstawianie się im, demaskowanie ich lub wychwalanie da nam poczucie władzy” [3]. „Przedstawienia wizualne często wskazuje się jako wrogów politycznych, ponieważ można im się twardo przeciwstawić, a zarazem, ostatecznie, niewiele to zmienia. [Obrazy] można odrzucać po wielokroć, nie powodując żadnego widocznego efektu ani w kulturze wizualnej, ani politycznej” [4] – konkluduje.

Reprezentacje wizualne nabierają faktycznej siły dopiero w sposobach użycia

Ikonoklazm jest problematyczny także dlatego, że – wbrew formułowanym przekonaniom o potędze obrazów i sile spojrzenia – odmawia temu, co wzrokowe, statusu jednego z równorzędnych sposobów poznania rzeczywistości. Jeśli już obraz i oko mają jakąś siłę, to jest to moc czynienia świata pozornym. „Na podstawie kilku fotografii kształtuje się nasza wiedza o konflikcie w Syrii” – ocenia Draguła. Pytanie, czy wiedza oparta na emocjach i uproszczeniach nie jest lepsza od całkowitej niewiedzy? Czy bez zdjęć gruzów i lejów po bombach tragedia Aleppo w ogóle mogłoby do nas przemówić jako konkret, a nie odległa abstrakcja?

Czy takie postawienie problemu nie wpisuje ikonoklazmu autora w strategię „krytyki dla samej krytyki”, która nie proponuje żadnej alternatywy i nie rozważa – jak chce Mitchell – „widocznych efektów”? Bo słowo taką alternatywą na pewno nie jest i być nie może – wbrew pozorom, podobnie jak obrazy, również musimy przyjąć je „na wiarę”. Uwierzyć „na słowo”, że nie wyczerpuje się w zgrabnej retoryce. Chyba najdobitniej pokazała to niedawna kampania prezydencka w USA, gdzie liczba artykułów opartych na półprawdach albo całkowitym fałszu, krążących w mediach społecznościowych, była nie do odsiania przez przeciętnego odbiorcę. Czy w tym konkretnym przypadku jeden obraz nie powiedziałby więcej niż tysiąc kłamliwych słów? Oczywiście – również nie, bo wiara w „pozytywną moc” obrazów to jedynie rewers tego samego błędu ikonoklastycznego.

„Wszystkie te zdjęcia mają uwodzicielską wręcz siłę przekonywania – dlatego tak ważne jest, kto ich użyje i w jakim kontekście” – pisze dalej Draguła i w tym jednym zdaniu zarazem ma rację i jej nie ma. Nie ma, bo same obrazy nie mogą knuć czy posiadać zwodniczych intencji – nie są ani idealną kopią rzeczywistości, ani technologiczne zapośredniczonym fałszem. Ma, bo reprezentacje wizualne nabierają faktycznej siły dopiero w sposobach użycia. W tym miejscu pełna zgoda – ten, kto dzierży obraz, może zyskać dzięki niemu władzę. Podobnie jak ten, kto włada słowem. I nie chodzi mi wcale o to, żeby obrazów w ogóle nie wartościować, nie dzielić na „złe”, „dobre”, „brzydkie”, „piękne”, ale żeby „zła” – zwodniczości, zmysłowości, hiperrealizmu  – nie czynić ich istotową właściwością, sensem istnienia.

W dzisiejszej rzeczywistości społecznej – coraz bardziej usieciowionej i zglobalizowanej – „czyste słowo” i „czysty obraz” zdają się jednak tracić na znaczeniu. Internet faworyzuje hybrydy – mieszaniny tekstu i obrazu – i to ich rosnącej potędze powinniśmy się uważnie przyglądać. Sam ikonoklazm – oparty na przekonaniu o oszukańczej naturze obrazu i lęku przed nią –  niewiele już może wskórać, co najwyżej spotęguje naszą niepewność w i tak już niepewnej rzeczywistości. A zaufanie jest przecież tym, czego w dzisiejszych czasach potrzebujemy chyba najbardziej.

[1]  J. Baudrillard, „Zły duch obrazu”, [w:] „Film na świecie” 2000, nr 401, s. 42.
[2] Tamże, s. 33.
[3] W.J.T. Mitchell, „Czego chcą obrazy?”, przeł. Ł. Zaremba, Warszawa 2013, s. 70.
[4] Tamże, s. 69.

Tekst ks. Andrzeja Draguły, z którym polemizuje Marcin Stachowicz, znajdą Państwo tutaj.