Oddając całkowicie pole polityki społecznej obozowi rządzącemu, opozycja utrwala przekonanie, że PiS jest jedyną nadzieją na poprawę.

Minął rok od nadejścia „dobrej zmiany”. Warto jednak dokonać bilansu działań nie tylko rządzących, ale także opozycji. Jakość i skuteczność opozycji jest wszak istotnym czynnikiem porządku demokratycznego i życia politycznego. Tym bardziej znaczącym, gdy wiele zewnętrznych instytucji kontrolnych zostaje pacyfikowanych przez obóz władzy – a z taką sytuacją niestety mamy do czynienia od roku w Polsce. 

Niestety, w ciągu minionego roku opozycja zaprezentowała się  dość blado. Schowana  jest w cieniu władzy i wychodzi z tego cienia raczej w reakcji na działania rządu, nie zaś jako kreator politycznej agendy i debaty publicznej.

Prawdopodobnie tym, co szczególnie podcina skrzydła klubom opozycyjnym, jest bardzo silna ofensywa socjalna władzy (zarówno na poziomie przyjmowanych z impetem rozwiązań, jak i towarzyszącego temu dyskursu). W zestawieniu z programem 500+, który wiele rodzin odczuwa we własnych kieszeniach, rozpaczliwa walka o trybunał oraz standardy praworządności i przyzwoitości wydaje się drugoplanową kwestią dla tych, którzy z programu skorzystali . Rząd zręcznie zaś przedstawia tę walkę jako próbę zachowania wielkiej społecznej rewolucji, której owocami są wspomniane programy socjalne i zapowiedź kolejnych kroków. Trudno z tym przekazem konkurować.

Nie program, a narracja

Czy po stronie opozycji widać próby zmierzenia się z tym problemem? Poniekąd tak. Świadczą o tych choćby jesienne konwencje programowe Nowoczesnej  i  Platformy Obywatelskiej. Ich ważnym rysem miał być socjalny zwrot i wyeksponowanie wątków odwołujących się do jakości życia obywateli, w tym osób znajdujących się w trudniejszej sytuacji. 

Opozycja nie dość konsekwentnie punktuje słabości obecnej władzy dotykające szarego człowieka

Szkopuł w tym, że dziś już mało kto pamięta o wspomnianych wydarzeniach, a tym bardziej o poruszonych podczas nich problemach i wyzwaniach oraz propozycjach rozwiązań. Wydaje się, że same ugrupowania je prezentujące nie dość zatroszczyły się, by było inaczej. Wprawdzie, jak czytamy na stronie internetowej Platformie Obywatelskiej, organizowane są regionalne spotkania z przedstawicielami partii wokół programu.  Czy jednak ich częstotliwość i poziom nagłośnienia wystarczy? I czy każdy potencjalnie zainteresowany mógł się o tym dowiedzieć inaczej niż poprzez stronę www ugrupowania? Te kwestie w ogóle nie przedostają się do mediów, zwłaszcza głównego nurtu.

Być może w idealnym porządku demokratycznym chcielibyśmy, aby to właśnie programy ugrupowań politycznych przyciągały obywateli i skłaniały ich do dyskusji. Czy jednak w dzisiejszych realiach jest to najlepszy pomysł na przyciągnięcie obywateli do debaty? Zwłaszcza tych niezdecydowanych czy wręcz zniechęconych? Chyba niekoniecznie. Czyż nie lepiej byłoby w punkcie wyjścia debaty z obywatelami umieścić konkretne problemy i wyzwania społeczne? 

Dochodzimy tu do kluczowego zagadnienia, mianowicie rozróżnienia między programem a narracją. Wbrew pozorom Prawo i Sprawiedliwość nie zdobyło rządu dusz Polaków. A wygrało wybory nie na skutek programu, ale właśnie dzięki narracji.

Gdybyśmy rzucili okiem na program zwycięskiej partii (pochodzący jeszcze z 2014 roku) i zestawili go z tym, co w kampanijnych programach wpisały konkurencyjne partie, okazałoby się że program PiS wcale nie wyróżnia się spośród nich jakimś szczególnym „prosocjalnym rysem”. Wątków prospołecznych wcale nie ma tu zauważalnie więcej, a te, które się pojawiają (z reguły na odległych stronach dokumentu) cechuje ogólnikowość i fragmentaryczność. A jednak to właśnie Prawo i Sprawiedliwość stało się źródłem nadziei na prospołeczną zmianę – i to w czasie, gdy wcale nie było pewne, że po zwycięstwie faktycznie zostaną zrealizowane hasła wyborcze, wyrażone przecież bardziej jako ogólne idee (np. „500 złotych na dziecko”) niż dopracowane koncepcje.

Wręcz przeciwnie, znając antysocjalne poczynania pierwszego rządu PiS sprzed dekady, partia ta nie powinna jawić się jako wiarygodny budowniczy Polski solidarnej. Rządy Prawa i Sprawiedliwości w okresie 2005-2007 cechowały się brakiem większej aktywności w tej dziedzinie. Nie ma z tego okresu większych osiągnięć, które by trwale przeobraziły system polityki społecznej, brak nawet jakichkolwiek idei i koncepcji w tym obszarze, które by zakorzeniły się w debacie publicznej. Towarzyszyła zaś tym rządom polityka spłaszczania systemu podatkowego (likwidacja górnego progu podatkowego, likwidacja podatku spadkowego i zmniejszenie składki rentowej dla bogatych), co też uszczupliło publiczne zasoby, które można byłoby przeznaczać m.in. na politykę społeczną.

W roku 2014 monitorowałem dla PK EAPN (Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu) działania publiczne w zakresie polityki  społecznej. W analizowanym przeze mnie półroczu (opozycyjne wówczas) Prawo i Sprawiedliwość cechowała niewielka aktywność legislacyjna w porównaniu z innymi klubami, np. z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, powszechnie uchodzącym za formację, która odwróciła się od spraw społecznych i straciła lewicową wiarygodność. 

Jak  zatem wytłumaczyć tak rażący rozdźwięk między rzeczywistością a jej polityczno-medialnym obrazem? Wydaje mi się, że ogromną rolę odegrało tu umiejętne i konsekwentne budowanie narracji: przypominanie swych sztandarowych haseł na każdym kroku, manifestowanie niezgody na niesprawiedliwość społeczną, rozbudzanie nadziei na poprawę losu wraz ze zmianą władzy, celne punktowanie potknięć i zaniechań ówczesnej władzy na niwie społecznej oraz przemilczanie lub dyskredytowanie jej jakichkolwiek osiągnięć.

Obecna opozycja nie wyciągnęła z tego wniosków. Nie dość donośnie i nie dość konsekwentnie punktuje słabości obecnej władzy dotykające szarego człowieka. 

Niewiarygodność Platformy

Z czego może to wynikać? Postawiłbym dwie hipotezy. Po pierwsze, przyczyną tej bierności może być obawa o zarzut typu „skoro teraz jesteście tacy mądrzy i zatroskani, dlaczego dotąd nic zrobiliście, mieliście na to przecież 8 lat?”.

Wbrew pozorom, zarzut ten można częściowo odeprzeć. Czy rzeczywiście bowiem przed rokiem 2015 nie interesowano się tymi, którym wiedzie się gorzej? Nie jest to w świetle faktów tak jednoznaczne. Owszem, wiele spraw zaniedbano, ale też sporo zrobiono, zwłaszcza za czasów ostatnich rządów PO-PSL. Weźmy choćby politykę rodzinną i to tylko za czasów Ewy Kopacz na czele rządu i Władysława Kosiniaka-Kamysza u sterów resortu pracy i polityki społecznej. Radykalnie wydłużono wtedy urlopy macierzyńskie (poprzez wprowadzenie części rodzicielskiej); przyjęto tzw. kosiniakowe (1000 złotych miesięcznie na każde dziecko przez 1 rok życia); zreformowano system ulg podatkowych na dziecko, by mogli z nich skorzystać także mniej zamożni; wprowadzono zasadę „złotówka za złotówkę” względem zasiłku rodzinnego; podniesiono dwukrotnie świadczenie pielęgnacyjne dla znacznej części rodzin niepełnosprawnych dzieci; wprowadzono ustawę o Karcie Dużej Rodziny oraz darmowe podręczniki. Ponadto w ciągu całego okresu rządów PO-PSL dokonał się ogromny skok, jeśli chodzi o dostęp do opieki przedszkolnej.

Zapewne gdybyśmy bliżej przyjrzeli się polityce rodzinnej do roku 2015, doszukalibyśmy się w niej wielu luk i aspektów wymagających dalszego rozwijania lub modyfikacji. PO i PSL nie powinny więc uciekać się do bezkrytycznego samochwalstwa, ale jednak mają prawo umiejętnie przypominać, że stworzono pewien zaczyn kompleksowej polityki rodzinnej. Na to osiągnięcie główna siła opozycyjna powinna się odważnie powoływać, wskazując konieczność dalszych usprawnień. Powinna to robić i w kampanii przed wyborami, i teraz, i przy okazji dyskusji o programie 500+, i wówczas, gdy taka dyskusja się nie toczy.

Zamiast licytowania się z rządem, kto da więcej – lepiej pokazać mądrą alternatywę

Platforma Obywatelska jednak nie wykorzystuje swoich atutów, a nieraz wręcz pogrąża się w niewiarygodności. Przykładem były wypowiedzi przedstawicieli PO w czasie debaty o 500+, sugerujące, że należy wprowadzić kwotę 500 złotych na każde dziecko. Rozwiązanie takie – nawet jeśli bardziej sprawiedliwe niż obecnie obowiązujące – byłoby jednak bardzo groźne dla budżetu, o ile nie podniesiono by podatków (czego PO nie postulowała). Niewiarygodność tej narracji Platformy jest tym większa, że partia ta hołdowała dotychczas innemu, bardziej ostrożnemu stosunkowi do wydatków publicznych. Zamiast więc pokazywać, że politykę rodzinną można widzieć inaczej niż hojne programy transferowe – tzn. jako wypadkową wielu działań, które w sumie tworzą kompleksową całość – Platforma Obywatelska zdecydowała się wówczas na dość populistyczną  i nieskuteczną „licytację” z władzą, kto chciałby dać obywatelom więcej pieniędzy.  Tymczasem zamiast się przelicytowywać, lepiej pokazać alternatywę – niekoniecznie damy więcej, ale damy inaczej, rozsądniej.

Można inaczej 

Drugi powód niewystarczającej aktywności opozycji (nie tylko tej parlamentarnej) na niwie polityki społecznej może tkwić w uznaniu, że skoro Prawo i Sprawiedliwość przejęło inicjatywę w sprawach społecznych i na tym polu osiąga sukcesy, przynajmniej jeśli chodzi o poparcie społeczne dla swych poczynań – to lepiej przerzucić się na krytykę w innych obszarach. Tym bardziej, że tam ewidentnie jest co krytykować, a zagrożenia płynące z obecnie realizowanej polityki są bardziej dostrzegalne i wcześniej mogą o sobie dać boleśnie znać.

Jest to podejście tyleż zrozumiałe, co niebezpieczne. Oddając całkowicie pole polityki społecznej obozowi rządowemu, zwiększa się ryzyko, że bez opozycyjnej kontry przyjmowane programy będą nie do końca przemyślane, reprezentujące partykularny punkt widzenia jednej z politycznych opcji. Co gorsza, utrwala się wówczas w ludziach – zwłaszcza wśród tych, dla których sprawy społeczno-ekonomiczne są pierwszoplanowe – przekonanie, że obóz rządzący jest jedynym dysponentem nadziei na poprawę. Tym samym utrwala się przewaga władzy nad opozycją, a wówczas (skądinąd uzasadnione) zajmowanie się zagrożeniami poza sferą polityki społecznej skazane jest na nieskuteczność.

Opozycja powinna znacznie odważniej wejść w szranki z władzą na osi spraw społecznych. Ważne jednak, by krytyka nie odbywała się z pozycji klasycznie liberalnych i w oparciu o kryteria ekonomiczne. Dopóki opozycja będzie krytykowała rząd za program 500+, akcentując, że jest on ekonomicznie słabo zbilansowany, niesie obciążenia dla finansów publicznych, odbiera pracodawcom potencjalnych pracowników czy stanowi nieracjonalne rozdawnictwo – niewiele na tym ugra, bez względu na to, na ile słuszne mogą być poszczególne twierdzenia.

Argumenty ekonomiczne powinny być formułowane ewentualnie w drugim szeregu, a na pierwszy plan należałoby wysunąć pytania o to, czy program 500+ w obecnym kształcie jest sprawiedliwy, czy skutecznie służy społecznym celom, czy nie ma lepszych dróg ich osiągnięcia i czy nie ma innych potrzebujących grup, które nie skorzystały na obecnych zmianach. Pytaniom zaś powinny towarzyszyć przekonujące odpowiedzi, z których wyłoniłaby się opozycyjna alternatywa dla polityki obozu władzy.