Rażą mnie dyskusje z udziałem samych mężczyzn. Ale dlaczego należy zapraszać kobiety? Jako „przedstawicielki kobiet” z ich specyficzną wrażliwością, czy – jak zwyczajowo traktuje się mężczyzn – jako „przedstawicielki ludzi”? 

Co jakiś czas w Polsce ożywia się dyskusja o tym, że skład prelegentów zapraszanych na publiczne konferencje nie odzwierciedla faktu emancypacji kobiet. Było tak na przykład przy okazji debaty organizowanej 27 stycznia przez Instytut Wolności „Jakiego modelu demokracji chcemy?”, w której grono prelegentów ograniczało się do pięciu mężczyzn. Jednak w poszukiwaniu przykładów nie trzeba przedzierać się przez medialne archiwa i słynny profil FB „Nie chodzę na panele, w których występują tylko mężczyźni”. Najlepszym dowodem na ogromną skalę problemu nieobecności kobiet w publicznych debatach – mimo ich równego z mężczyznami zaangażowania w życie społeczne i naukowe – jest to, że przykłady dyskusji bez kobiet same wpadają w ręce.

W pierwszych dniach listopada zupełnie przypadkiem natknęłam się na trzy informacje o takich spotkaniach. Obie premiery rocznika „Teologia Polityczna” – w Warszawie 6 listopada i w Krakowie 8 listopada – odbywały się z udziałem wyłącznie męskich prelegentów. W stolicy zaproszeni zostali dr Dariusz Karłowicz, ks. prof. Jan Sochoń i Wojciech Stanisławski. Pod Wawelem prelegentami byli profesorowie Marek Cichocki, Bogusław Dopart i Krzysztof Koehler. A przeglądając „Politykę” (nr 45/2016), zauważyłam sprawozdanie ze zorganizowanej przez redakcję debaty o węgierskiej rewolucji 1956 roku. Pod napisem „Paneliści Polityki” widnieją zdjęcia pięciu osób, oczywiście wyłącznie mężczyzn: profesorów Andrzeja Friszkego, Karola Modzelewskiego, Krzysztofa Pomiana, Janusza Reykowskiego oraz Andrzeja Werblana.

Schody zaczynają się jednak, kiedy nie zatrzymujemy się na wymienianiu konkretnych przypadków paneli bez kobiet i próbujemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie często czujemy niesmak, widząc grono prelegentów złożone z samych mężczyzn. Nie zauważyłam, aby ktokolwiek zwracał uwagę, że w problemie debat bez kobiet jak w soczewce widać spór o feminizm: czy w imię szeroko pojętych poglądów feministycznych chcemy, aby w debatach kobiety pojawiały się jako „przedstawicielki ludzi”, a nie jedynie jako „przedstawicielki kobiet”, czy też idziemy w stronę stereotypowej narracji o potrzebnym na debatach wdzięku płci pięknej?

Łatwo popaść w stereotypy

Istnieją sytuacje, w których obecność kobiet w debacie rzeczywiście jest uzasadniona właśnie odwołaniem do kobiecych cech biologicznych oraz do radykalnie innej od męskiej sytuacji społecznej w pewnych obszarach życia – chodzi tu o różnorakie dyskusje o macierzyństwie, łączeniu rodzicielstwa z pracą zawodową, a także o antykoncepcji i przerywaniu ciąży; w przypadku Kościoła katolickiego można dodać debaty o m.in. możliwości wprowadzenia diakonatu i kapłaństwa kobiet. Tu chcę jednak odnieść się do paneli dyskusyjnych o kwestiach dotyczących każdego człowieka bez względu na płeć: o podatkach, zmianach ustrojowych, edukacji, polityce międzynarodowej. Zastanawiające jest bowiem, że według wielu osób powołujących się na feminizm, kobiety powinny być zapraszane do udziału w tego rodzaju debatach ze względu na ich rzekomą „wyjątkową kobiecą perspektywę”, „koncyliacyjność” czy „ogromną wrażliwość na relacje międzyludzkie”.

Dzieje się tak mimo tego, że postrzeganie i ocenianie kobiet przede wszystkim według cech przypisanych ich płci jest podstawowym wyróżnikiem tzw. patriarchatu – systemu społeczno-kulturowego, z którym ruch feministyczny walczy. Jak pisze Maciej Gdula, „Fundamentem patriarchatu jest uznanie mężczyzny za człowieka, a kobiety za istotę płciową. Mężczyzna reprezentuje w kulturze to, co uniwersalne i ogólne. Gdy tworzy dzieło sztuki, realizuje potencjał ludzkiego ducha. Gdy dokonuje naukowych odkryć, posługuje się rozumem i dokłada cegiełkę do ogólnego gmachu wiedzy. Gdy uprawia politykę, wpływa na dzieje powszechne. Kobieta zabiera głos i słuchana jest wyłącznie jako kobieta. Ktoś partykularny i określony przez swoją cielesność, wrażliwość, [kobiece – przyp. AC] cechy charakteru i społeczne przeznaczenie”.

Mówienie o „kobiecym spojrzeniu na świat” otwiera drzwi hasłom o „pokrętnej kobiecej logice”

Tymczasem odwołania do „kobiecej wrażliwości” są z łatwością – być może bezrefleksyjnie, co dowodziłoby zwycięstwa patriarchatu – wypowiadane w imię feminizmu przez osoby popierające udział kobiet w życiu publicznym. Magdalena Środa pisze: „Dlaczego więc same kobiety pokornie obśmiewają kwotę [tzw. parytety – przyp. AC], choć dzięki niej miałyby władzę? Może polityka byłaby wtedy mniej śmieszna, za to bardziej skuteczna w rozwiązywaniu ludzkich problemów, może nie byłaby bardziej sprawiedliwa, ale na pewno inna, bo – jak wskazują badania Kurczewskiego – kobiety wnoszą do polityki takie cechy, jak skrupulatność, skupienie na konkretach, rozsądek, altruizm, mniejszą dbałość o własną karierę, bezstronność, gospodarność, a do tego «łagodność, wrażliwość, uprzejmość»”. Z kolei Marcin Chałupka z „Krytyki Politycznej” uważa, że „zwiększenie udziału kobiet w debacie publicznej jako istotnego głosu eksperckiego może tę debatę przede wszystkim wzbogacić o nowe, dotychczas niezauważane wątki”. Od 2012 roku nie mogę też zapomnieć o tekście socjolożki i znanej feministki Agnieszki Graff pt. „Więcej niż równy kawałek tortu”. Autorka przypisuje w nim „wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne” właśnie kobietom, które jej zdaniem zostały skrzywdzone przez „promocję indywidualizmu”.

Przytoczone wypowiedzi wpisują się w iście XIX-wieczne twierdzenie o istnieniu odrębnych rzeczywistości – „świata kobiecego” i „świata męskiego”. W tym ujęciu kobieta żyje w swoim świecie opartym na „innym sposobie myślenia” i skupionym na emocjach, relacjach międzyludzkich i opiekuńczości – i właśnie przez to może wnieść do debaty nowe wątki.

„Kobiecy geniusz” nie tylko w Kościele

Zwróćmy uwagę, że podobnie jak Środa odwołująca się do „kobiecego altruizmu”, Graff przyznaje się do wyznawania stereotypu kobiety antyindywidualistycznej, która preferuje rodzinę i inne wspólnoty, a mniejszą wartość przyznaje swojemu własnemu dobrobytowi – rozwijaniu zainteresowań, satysfakcjonującej pracy, niezależności od społecznych, wspólnotowych konwenansów. Wydawałoby się, że taka niezależność kobiety od stereotypów i konwenansów – kwestionujących prawo kobiety do indywidualizmu i nakazujących płci żeńskiej zachowywanie się zgodnie z przypisaną kobietom „wrażliwością”, „altruizmem” czy „wspólnotowością” – jest niekwestionowanym postulatem feminizmu. Okazuje się jednak, że we współczesnej światowej literaturze silnie obecny jest zwrot feminizmu w stronę podkreślania specyfiki „kobiecej duszy”.

Główną osią argumentacyjną tego zwrotu w feminizmie jest właśnie krytyka indywidualizmu, pierwszeństwa realizacji własnych planów i marzeń, dążenia do spełniania się w pracy zawodowej oraz dbania o własny dobrobyt ekonomiczny jako postaw narzucanych kobietom przez kulturę zdominowaną przez mężczyzn. Jedną z najbardziej znanych na świecie autorek wyznających taki pogląd jest amerykańska socjolożka Nancy Fraser, która pisze o tym, że „neoliberalizm” promuje wśród kobiet „maskulinistyczną koncepcję wolnej, nieskrępowanej ograniczeniami, samokształtującej się jednostki”. W innym swoim tekście Fraser w następujący sposób krytycznie pisze o przemianach, jakie jej zdaniem zaszły w feminizmie: „Kultura polityczna, która kiedyś ceniła sobie wartości takie, jak troska i współzależność, kładzie dzisiaj nacisk na osobisty sukces i system wartości, który zapewnia awans w oparciu o indywidualne talenty i zasługi”. A zatem to „troska i współzależność” są prawdziwymi cechami kobiet, w przeciwieństwie do indywidualizmu i realizacji talentów. Tego rodzaju poglądy do bólu przypominają katolicką koncepcję „kobiecego geniuszu”, sformułowaną przez Jana Pawła II i krytykowaną przez katolickie feministki na całym świecie, które nie chcą, aby ich decyzje i działania były w świetle nauki Kościoła tłumaczone teorią opartą na budowie układu rozrodczego kobiety i na jej biologicznej zdolności do macierzyństwa.

Panele z samymi mężczyznami sugerują, że kobiety nie mają nic do powiedzenia

„Społeczeństwo najwięcej zawdzięcza geniuszowi kobiety właśnie w tym wymiarze, który bardzo często urzeczywistnia się bez rozgłosu, w codziennych relacjach międzyosobowych” – pisał Jan Paweł II w „Liście do kobiet” z 1995 roku. Filozofka Justyna Melonowska, znawczyni i krytyczka myśli polskiego papieża, tłumaczy, że według Jana Pawła II „geniusz kobiety” opiera się na jej „relacyjności”, wyrażanej przez cechy takie jak „oddanie, wdzięk, z natury uczuciowość, podleganie wzruszeniom, pragnienie bliskości i wywoływanie miłości w innych, przyjmowanie macierzyństwa”. Okazuje się, że według Jana Pawła II kobieta ze swojej natury charakteryzuje się takimi macierzyńskimi cechami nie tylko w życiu rodzinnym, ale także w zaangażowaniu zawodowym i społecznym. Potwierdza to dalszy fragment „Listu do kobiet”: „Dziękujemy ci, kobieto pracująca zawodowo, (…) za niezastąpiony wkład, jaki wnosisz w kształtowanie kultury zdolnej połączyć rozum i uczucie, w życie zawsze otwarte na zmysł «tajemnicy», w budowanie bardziej ludzkich struktur ekonomicznych i politycznych”.

Łatwo zauważyć, że wskazywane przez Jana Pawła II wyróżniki „kobiecego geniuszu” są mniej więcej takie same jak cechy kobiecości afirmowane przez odległe od Kościoła „antyindywidualistyczne” feministki: kobieta charakteryzuje się zmysłem wrażliwości, troską o innych, skupieniem na relacjach międzyludzkich i wspólnotowości (papież dodaje jeszcze „tajemniczość”, tak jakby nie istniał ktoś taki jak tajemniczy mężczyzna).

Broń obróci się przeciwko kobietom

Można jednak zadać pytanie, czy odwoływanie się do narracji o „kobiecej perspektywie i wrażliwości” rzeczywiście jest czymś złym? Czy nie jest tak, że wszystko rozbija się tutaj o kwestię gustu? U niektórych kobiet (i mężczyzn) stosowanie stereotypowych argumentów w walce o większy udział kobiet w publicznych debatach może budzić niesmak, podczas gdy inne osoby mogą mieć silnie zakorzenione przekonanie o „inności kobiety”, które może im się wydawać idealnym argumentem na rzecz różnorodności dyskusji publicznej.

Używanie argumentów o „kobiecej specyfice” jest jednak obiektywnie niebezpieczne. Po pierwsze, narracja feministek o „kobiecej trosce i współzależności” przeciwstawianej „maskulinistycznemu indywidualizmowi” oraz nauczanie Kościoła katolickiego, według którego prawdziwe kobiece zaangażowanie w życiu społecznym opiera się na opiekuńczości, ograniczają charakter, w jakim kobiety mają pojawiać się w przestrzeni publicznej. Zgodne z kobiecą naturą jest tu występowanie w roli nakierowanej na wspólnotowość, troszczącej się o wszystkich opiekunki, a udział kobiety w debacie publicznej jako naukowej ekspertki, pozbawionej elementu „kobiecej troski” albo wręcz promującej rozwiązania wspierające indywidualizm, jest już przejawem maskulinizacji i zaprzeczenia kobiecej naturze. Wiele ateistycznych feministek zgodziłoby się tutaj z papieżami.

Po drugie, stosowana w walce o zapraszanie kobiet do udziału w panelach narracja o „inności kobiety” i żeńskiej „specyficznej wrażliwości” stanowi generalizację, która spycha na drugi plan jednostkowe cechy i osiągnięcia ekspertki. Kobieta ma uczestniczyć w publicznej debacie ze względu na te cechy, jakie jej się (czasem niesłusznie) przypisuje, a jej dorobek zawodowy i konkretne poglądy są tylko dodatkiem do symbolu pod tytułem „kobieta na debacie”.

Taką samą generalizację stosują męscy szowiniści, którzy twierdzą, że pewne „naturalne” cechy kobiet wykluczają je z możliwości posługiwania się racjonalnością i mądrością. Przykładowo: „Teologia Polityczna” mimo swojej filozoficznej powagi od czasu do czasu promuje na swojej stronie internetowej skandaliczny tekst Pawła Paliwody pt. „Snobka filantropka – wykształciuch w spódnicy, w którym możemy przeczytać, że przyrodzone kobietom „wrażliwość” i „ludyczność” przeciwstawiają się „sokratejskiemu racjonalizmowi fallokratycznemu” (sic!), opartemu na „rygorze logiki formalnej, cnót obywatelskich i rycerskich”…. Oczywiście taka natura kobiety nakazuje wykluczać ją z poważnego traktowania w debacie publicznej: „Wrażliwość kobiet zaczyna narzucać cywilizacji kryteria i oceny, które muszą być przez mężczyzn traktowane ze śmiertelną powagą – pod groźbą zarzutu dyskryminacji” – pisał Paliwoda.

Po trzecie, jak zresztą widać w cytatach z powyższego autora, stosowana przez współczesne „antyindywidualistyczne” feministki narracja o szczególnej wrażliwości osób płci żeńskiej budzi demony powrotu powszechnego dyskredytowania poglądów kobiet ze względu na ich rzekomą „słabą kobiecą naturę” – zjawiska zniwelowanego w XX wieku właśnie dzięki ruchowi feministycznemu. Oczywiście opinia, że potrzebujemy prelegentek na debatach ze względu na ich łagodność, wrażliwość na innych i bogatszą emocjonalność, jest przez zwolenników feminizmu wygłaszana z dobrymi intencjami oraz w sposób afirmujący kobiety. Łatwo może jednak dojść do sytuacji, w której ta broń, stosowana przez zwolenniczki i zwolenników równouprawnienia, może obrócić się przeciwko nim: jakiś szowinistyczny mężczyzna może powiedzieć, że nie ma sensu, aby w debacie uczestniczyły ekspertki, „bo to tylko takie gadanie rozchwianych emocjonalnie kobiet”, „nie ma tu miejsca na kobiecą wrażliwość i łagodność”, albo: „bo kobieta ma w głowie chaos, więc nie będzie potrafiła skupić się na omawianym problemie”.

Co się dzieje w głowie kobiety?

Temu trzeciemu zagrożeniu warto poświęcić więcej uwagi. Jeżeli prelegentki będą zapraszane do udziału w dyskusjach w atmosferze zapewniania dostępu do „kobiecej inności”, uprawomocnione zostanie także odnoszenie się do tej inności choćby za pomocą żartów deprecjonujących kobiety. Podczas paneli dyskusyjnych eksperci płci męskiej, zamiast odwoływać się do merytorycznych argumentów, mogą komentować wypowiedzi kobiet zdaniami typu „ja sobie nie mogę wyobrazić, co się dzieje w głowie kobiety”. Narracja o „kobiecym spojrzeniu na świat” otwiera drzwi hasłom o „pokrętnej kobiecej logice”.

Zresztą rozpowszechnienie się przekonania, że kobieta ma uczestniczyć w publicznych debatach z powodu swojego „kobiecego punktu widzenia” i „wrażliwego spojrzenia na świat” na zasadzie kontrastu spowoduje, że to mężczyzna będzie jawił się jako ten, którego przemyślenia i wiedza są uporządkowane, racjonalne i analityczne. Takie rozróżnienie automatycznie będzie stawiało kobiety w niższej pozycji wobec mężczyzn. Podczas debaty mężczyzna zyska przewagę, gdyż to on będzie postrzegany jako ten, który ma w głowie wszystko „poukładane”, w przeciwieństwie do żeńskich prelegentek, których główną przyczyną obecności na debacie – według popularnej narracji – był „wrażliwy kobiecy punkt widzenia” (mimo że – jak pokazują choćby moje obserwacje – emocjonalne awantury mogą być cechą mężczyzny, a analityczna rozwaga – wyróżnikiem kobiety).

Telewizyjne programy z wyłącznym udziałem kobiet powstają z myślą zapewnienia paniom pewnego żartobliwego pseudoprzywileju

W polskiej debacie publicznej miały już miejsce przypadki obrócenia się narracji o „kobiecej perspektywie” przeciwko zaangażowaniu kobiet w społeczne debaty. Weźmy jako przykład burzę wokół styczniowej konferencji Instytutu Wolności. Mityczny „kobiecy punkt widzenia” był częstym argumentem za zaproszeniem ekspertki na spotkanie. „Apelujemy o uwzględnienie perspektywy kobiet w debatach o demokracji” – komentowali na instytutowym Facebooku przedstawiciele „Akcji Demokracji”. „Wiele naukowczyń, praktyczek demokracji, dziennikarek, badaczek mogłoby z powodzeniem wystąpić w roli ekspertek na spotkaniu, gwarantując jego różnorodność i poszerzenie punktu widzenia” – pisała Agnieszka Ziółkowska, lewicowa publicystka i działaczka miejska z Poznania. Odpowiedź Igora Jankego z Instytutu Wolności obracała afirmatywną narrację o kobiecej wrażliwej perspektywie w jej szowinistyczną wersję, kojarzącą mężczyznę z wiedzą, inteligencją i racjonalną analizą, a kobietę z istotą, u której te intelektualne przymioty są zastąpione innymi cechami, np. wrażliwością i łagodnością. Komentarz Jankego sugeruje bowiem, że – w porównaniu z mężczyznami – bardzo mało jest kobiet „inteligentnych” i „ciekawych”, które nadają się do zaproszenia ich na debatę: „O Jezusie, Maryjo! Wyjaśniam, że zaprosiłem do debaty pewną bardzo inteligentną panią, ale trafiło, że jest w Oxfordzie i nijak nie może. Nie wpadłem na to, że powinienem (…) zapraszać kobietę za kobietę. (…) Kultura Liberalna jest czysta jako ta lilija – redaktor naczelny zasugerował mi zaproszenie pewnej ciekawej pani, problem w tym, że byłoby już zbyt wielu panelistów, a wtedy dyskusja nie ma sensu”.

Innym przypadkiem zastosowania narracji o „kobiecej specyfice” przeciw intelektualnej działalności kobiet jest choćby felieton o. Jana Góry z 2010 roku. Autor pisał w nim, że „Kościół chroni kobietę [przed] pobudzaniem jej do rozwoju poza rodziną”. „Geniusz” wrażliwej i opiekuńczej kobiety zostaje tu wykorzystany do nakazania jej dystansu wobec „rozwoju poza rodziną”: zaangażowania zawodowego, społecznego, politycznego…

Jakie argumenty pozostają?

Problem paneli bez kobiet stanowi wyzwanie dla tych, u których dyskusje bez prelegentek budzą niesmak, ale którzy odrzucają narrację o „wyjątkowości kobiety” i stanowczo wolą, aby kobieta biorąca udział w publicznych debatach była traktowana nie jako „przedstawicielka kobiet”, ale – tak jak zwyczajowo traktuje się mężczyzn – jako „przedstawicielka ludzi”. Skoro narracja o „wyjątkowym, kobiecym spojrzeniu” jest niebezpieczna i w dodatku często zakłamuje rzeczywistość, przypisując kobietom (i przy okazji mężczyznom) nieposiadane przez nich cechy, powstaje pytanie, jakich argumentów można użyć w celu rozwiązania frapującego problemu debat bez kobiet? Można wyróżnić trzy rozsądne sposoby argumentacji.

Pierwszym argumentem jest statystyka: kobiety to połowa społeczeństwa, a ich aktywność zawodowa, naukowa, społeczna i polityczna nie odbiega drastycznie od męskiej. Według Eurostatu wskaźnik zatrudnienia wśród mężczyzn w wieku 20-64 lat w 2015 roku wyniósł w Polsce 74,7 proc., a wśród kobiet 60,9 proc.. Zatrudnienie kobiet jest niższe o 14 pkt proc., co stanowi pewien problem społeczno-ekonomiczny, ale nie zmienia faktu, że zarówno większość aktywnych zawodowo mężczyzn, jak i kobiet pracuje. W 2014 roku 58,4 proc. osób studiujących na uczelniach wyższych stanowiły kobiety, a na uczelniach technicznych odsetek kobiet wyniósł 36,8 proc..  Nawet jeżeli wziąć pod uwagę, że tylko 23 proc. parlamentarzystów w Sejmie i Senacie to kobiety, to i tak nie jest to jakaś zatrważająca mniejszość, jaką byłby wskaźnik 5-procentowy. Ponadto należy mieć na uwadze zaangażowanie wielu kobiet w politykę na niższych szczeblach ugrupowań. Podobnie z działalnością społeczną o charakterze wolontariatu: w 2013 roku angażowało się w nią 37 proc. kobiet i 31 proc. mężczyzn.

Zatem często spotykane panele, w których występuje np. czterech-pięciu mężczyzn i ani jedna kobieta, zakłamują fakt, że kobiety są – w teorii i praktyce – pełnoprawnymi uczestnikami życia społecznego, a co czwarty parlamentarzysta jest kobietą. Przy tak dużym zaangażowaniu kobiet w życie społeczne, ekonomiczne i polityczne statystycznie niemożliwy jest również brak prelegentek, i to w sporej liczbie, z odpowiednimi kompetencjami czy ciekawymi poglądami. Panele z samymi mężczyznami sugerują, że rzeczywiście kobiety nie mają nic do powiedzenia.

Zaprosiliśmy inteligentnego pana

A może rzeczywiście niektórzy organizatorzy dyskusji mają wdrukowane przekonanie, że kobiety nie są wystarczająco mądre, aby wypowiadać się w ważnych kwestiach społecznych? Tutaj przechodzimy do innego sensownego argumentu za zapraszaniem kobiet do udziału w dyskusjach: walki z traktowaniem wypowiedzi kobiet z przymrużeniem oka.

Kiedyś w pracy brałam udział w dyskusji, w której uczestniczyli także były wiceminister finansów oraz znany ekspert dużej organizacji pracodawców. Choć krytykując pewien ich pomysł dotyczący podatków, nie mówiłam nic śmiesznego, panowie patrzyli na mnie z uśmieszkiem pełnym rozbawienia, a w ramach wyjaśnień nie odnieśli się do moich argumentów. Dobrym przykładem traktowania kobiet z przymrużeniem oka jest też przytoczona wcześniej wypowiedź Igora Jankego, który mówił, że było planowane zaproszenie na debatę Instytutu Wolności „inteligentnej pani” czy „ciekawej kobiety”. W ten sposób Janke puszcza oko do widowni, sugerując, że mało jest inteligentnych i ciekawych kobiet. Czy o którymś z prelegentów styczniowej debaty redaktor powiedziałby „zaprosiliśmy inteligentnego pana”, „przyszedł do nas ciekawy mężczyzna”?

Jednym z najjaskrawszych przejawów pobłażliwego traktowania poglądów wygłaszanych przez kobiety jest istnienie programów publicystycznych, w których gośćmi są wyłącznie panie. „Damski punkt widzenia, czyli to, co jest naprawdę ważne. (…) Próba spojrzenia na najważniejsze wydarzenia tygodnia z innej perspektywy” – tak program „Babilon” reklamuje TVN24. „Kobiety (…) będą na żywo komentowały bieżące wydarzenia polityczne i społeczne, najważniejsze z punktu wiedzenia kobiet” – taką zaś zapowiedź „Rzeczpospolitej babskiej” słyszymy ze strony TVP Info. Mężczyźni nigdy nie zgodziliby się na istnienie programu opisywanego słowami: „Męski punkt widzenia. Mężczyźni będą na żywo komentowali sprawy najważniejsze z punktu widzenia mężczyzn”, gdyż de facto jest to opis ironiczny. Dzięki takiej przeróbce łatwiej dostrzec, że programy i dyskusje oparte na idei „kobiecej perspektywy” są przygotowywane z myślą zapewnienia kobietom pewnego żartobliwego pseudoprzywileju („kobietki niech sobie w swoim programie mówią o tym, co dla nich ważne!”).

Trzecim, najbardziej praktycznym, argumentem za zapraszaniem kobiet do udziału w panelach dyskusyjnych jest podkreślanie, że konkretne prelegentki mogą wnieść do debaty swoje kompetencje i oryginalność myślenia – nie dlatego, że są kobietami i mają „specyficzną wrażliwość”, tylko dlatego, że są ciekawymi i wykształconymi ludźmi. Sposoby interpretacji przez daną osobę różnych ważnych decyzji i projektów społeczno-politycznych są wynikiem wielu zmiennych, takich jak cechy charakteru, doświadczenia z przeszłości, przeczytane książki, wykształcenie, zafascynowanie konkretnymi tematami i osobistościami. Kobiecość także może mieć znaczenie, ale jest ona tylko jedną z wielu cech, a nie wyróżnikiem przeważającym.

Wydaje się także, że odwołania do „specyficznej kobiecej wrażliwości” jako argumentu na rzecz zapraszania kobiet na publiczne debaty tracą sens, jeżeli przyjrzymy się literaturze z epoki romantyzmu: tam mężczyzna niejednokrotnie zachowuje się bardziej uczuciowo i wrażliwie od kobiety. Osobom, które twierdzą, że kobieta powinna być zapraszana na panele ze względu na swoją wyjątkową opiekuńczość, wrażliwość i tajemniczość, aby stanowić przeciwwagę dla egoizmu, chłodu i cynizmu mężczyzny – warto wspomnieć choćby o „Wielkiej Improwizacji” z Mickiewiczowskich „Dziadów”, gdzie męski bohater mówi, że chce być wobec narodu opiekuńczy – nie tylko w sensie ojcowskim, ale także matczynym.