W liturgii chodzi o „opowiadanie tego, co się zdarzyło”. A kapłan – niczym wykonawca koncertu Chopina – jest opowiadaczem, narratorem, którą włączą w swą opowieść słuchaczy.

Istotną trudność w sprawowaniu, a także w uczestnictwie we Mszy świętej stanowi uświadomienie sobie relacji do tego, w czym się bierze udział, a w konsekwencji określenie samego siebie jako podmiotu tego, w czym się bierze udział. Już wyjaśniam, o co chodzi.

O księdzu sprawującym odprawiającym Mszę świętą mówi się, że czyni to in persona Christi – w osobie Chrystusa, to znaczy, że sam Jezus w nim działa. Czasami słyszymy także, że kapłana określa się mianem alter Christus, co już jest trochę trudniejsze do przetłumaczenia, bo przecież nie jest „innym Chrystusem”. No dobrze, ale co on takiego w tej Mszy robi? Sprawuje, celebruje, odprawia, przewodniczy. Ale przecież Msza święta nie jest „nabożeństwem” jak inne. Jest ofiarą, ucztą i – co bardzo ważne – pamiątką.

Chrześcijanie to ludzie pamięci, pamiętający o śmierci i zmartwychwstaniu

Do zrozumienia tego, co się dzieje, i tego, kim się jest, w tym, co się dzieje – kluczowe wydaje mi się słowo „pamiątka”. Ono zbyt dobrze po polsku nie brzmi, coś jak suwenir, pamiątka z wyjazdu, z podróży, ze spotkania. Pamiątka to rzecz, a przecież tu nie o rzecz, a o relację chodzi. Zresztą słowa polskiego tłumaczenia „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19) też nie brzmią dobrze, wszak chodzi o żywą pamięć – pamiętanie o tym, co się wówczas wydarzyło – a nie o martwą pamiątkę (choć trzeba przyznać, że słowniki notują także znaczenie pamiątki jako „zapamiętany obraz przeszłości, pamięć o kimś lub o czymś, wspomnienie”, ale z kwalifikatorem „dawny”). Św. Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia pisze: „Gdy Kościół sprawuje Eucharystię, pamiątkę śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i «dokonuje się dzieło naszego Odkupienia»”.

Teologia na ten sakramentalny mechanizm ma swoje określenie: anamneza. To greckie słowo oznacza tyle, co przypominanie, ale w słownikach teologicznych często jest tłumaczone jako „przypominanie uobecniające”, wszak – jak mówi teologia, o czym przypomniał Jan Paweł II – jest to takie przypominanie, które czyni obecnym to, co jest przypominane. Tak więc Msza niczego nie ponawia, nie powtarza, nie mnoży, nie multiplikuje, nie czyni na nowo.

Jan Paweł II pisze tak: „Msza święta uobecnia ofiarę Krzyża, nie powiększa jej, niczego jej nie dodaje ani jej nie mnoży. To, co się powtarza, to sprawowanie memoriale, «ukazanie pamiątki» (memorialis demonstratio), przez co jedyna i ostateczna odkupieńcza ofiara Chrystusa zawsze uobecnia się w czasie”. Po co więc gromadzimy się na Mszy świętej? Aby „sprawować memoriale”, aby wspominać, przypominać, czynić pamięć. Liturgia eucharystyczna określa biorących w niej udział jako memores […] mortis et resurrectionis eius, to znaczy „pamiętających o Jego śmierci i zmartwychwstaniu”. Przychodzimy, bo pamiętamy, ale przychodzimy także, by wspomnieć, by – powiedzmy krótko – powspominać. Chrześcijanie to ludzie pamięci, ludzie pamiętający o śmierci i zmartwychwstaniu.

Duchowość liturgiczna „starej Mszy” (tzw. przedsoborowej) dawała sobie z tym radę za pomocą mechanizmu alegorezy. Podstawą dla tej metody było założenie, że słowa i ryty w liturgii, prócz dosłownego, mają jeszcze znaczenie duchowe, pneumatyczne. Każdemu elementowi liturgii przyporządkowywano więc jakiś fragment męki Pańskiej. I tak na przykład: Gdy kapłan idzie do ołtarza – Chrystus idzie do Ogrójca na modlitwę. Gdy kapłan zaczyna Mszę św. – Chrystus modli się w Ogrójcu. Gdy kapłan odmawia spowiedź powszechną – Chrystus krwią się poci i upada na twarz w Ogrójcu. Gdy kapłan całuje ołtarz – Judasz zdrajca pocałowaniem wydaje Chrystusa Żydom. Gdy kapłan idzie na koniec ołtarza – Chrystusa prowadzą do Annasza. Gdy kapłan czyta Introitus – policzkują Chrystusa w domu Annasza. Gdy kapłan mówi „Panie, zmiłuj się nad nami” – Chrystusa prowadzą do Kajfasza, a Piotr się Go wypiera itd.

Czy była to zła metoda? „W ten sposób – pisze ks. Wacław Schenk – lud obecny na ofierze Mszy św. mógł – zależnie od znajomości podanych przez kaznodziejów myśli i od osobistej pobożności – przez rozważanie życia i męki Chrystusa Pana brać udział we Mszy”. To bardzo ważne stwierdzenie. Alegoreza pozwalała wiernemu uczestniczyć we Mszy świętej nie w sposób bezpośredni, a więc poprzez odpowiedzi i śpiewy mszalne, ale pośrednio – poprzez rozważanie życia Chrystusa, a dokładnie Jego męki i śmierci, co miało odwzorowanie w tajemniczym rytmie liturgii. Słusznie pisał ks. Michał Janocha: „Alegoreza rememoratywna Mszy świętej, zrodzona z kontemplacji biblijnej i myślenia symbolicznego, skutecznie wypełniła lukę, jaka wytworzyła się w liturgii mszalnej pomiędzy treścią a znakiem. Stała się dla szeregu pokoleń doskonałą szkołą modlitwy myślnej, umożliwiając każdemu wiernemu osobiste uczestnictwo we Mszy świętej poprzez rozważanie wydarzeń z historii zbawienia”.

„Nowa Msza” zmienia radykalnie sposób uczestnictwa w niej. Soborowy postulat participatio actuosa, czyli uczestnictwa czynnego, został skonkretyzowany poprzez wprowadzenie języków narodowych oraz strukturę dialogową liturgii, gdzie kapłan „rozmawia” z ludem. Nie ma już czasu i potrzeby sięgać do przypominania sobie poszczególnych epizodów pasyjnych, by za ich pośrednictwem uczestniczyć w liturgii. Teraz trzeba uczestniczyć bezpośrednio: słuchając, odpowiadając, wspólnie śpiewając czy recytując. Ale przecież Msza święta nie przestała być wspomnieniem wydarzeń zbawczych. Czy ktoś ją tak dzisiaj przeżywa? I – co ważniejsze- czy ktoś ją tak dzisiaj sprawuje? Czy jesteśmy na niej memores (tymi, którzy pamiętają, wspominają), a kapłan – memor (tym, który pamięta, wspomina)? Czy tak o niej myślimy?

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Wraz ze zmianą struktury komunikacyjnej Mszy świętej zmieniła się także rola kapłana, który nie tylko ją sprawuje, celebruje czy odprawia, ale jej także przewodniczy. A przewodniczy jej w bardzo ważnym aspekcie – przewodniczy wspominaniu. To już nie sami wierni muszą sobie alegorycznie wspominać śmierć i zmartwychwstanie Pana, by w ten sposób uczestniczyć w liturgii, ale – i tu jest ta radykalna zmiana! – kapłan winien teraz przewodniczyć wspólnemu wspominaniu Wieczernika i Kalwarii. Tylko jak to zrobić? Jak uczynić Mszę świętą wspomnieniem?

Narzędziem przydatnym do tego, aby coś wspomnieć, powspominać jest opowiadanie. I tym jest dla mnie właśnie – w płaszczyźnie komunikacyjnej – Msza święta: jest opowiadaniem, które czyni obecnym to, co jest opowiadane, czyli wspominane. Kapłan jest tym, który temu wspominającemu opowiadaniu przewodniczy. Co więcej, tylko on – i to wystarczy za całą jego godność – otrzymuje na mocy święceń kompetencję, sakramentalną zdolność, by tak opowiadać, aby to, co wspominane, stało się obecne. Nikt inny tylko on. Bez niego można powspominać, ale wspominane nie uobecni się.

I tutaj dochodzę do genezy tegoż wpisu na blogu. Otóż wracając ostatnio z Warszawy, czytałem w pociągu książkę wydaną właśnie w Bibliotece „Więzi” pt. „Jak słuchać muzyki” autorstwa Piotra Wierzbickiego. Ten wybitny krytyk muzyczny pisze między innymi o tym, jak należy wykonywać koncert fortepianowy e-moll Fryderyka Chopina. Otóż stanowczo sprzeciwia się on próbom wcielania się przez pianistę w jakiegoś bohatera i wyrażania jego wzruszeń przez na przykład wzdychanie i szlochy.

Wierzbicki pisze tak: „Muzyka pierwszej części koncertu e-moll nie próbuje odgrywać, kopiować, wyrażać domniemanych romansowych przeżyć: ona o nich natomiast opowiada, daje relacje już z pewnego oddalenia, żywi się pamięcią. To – słowem – muzyka wspomnienia; nie uczestnik zdarzeń uchwycony w ich czasie teraźniejszym jest jej obiektem, lecz opowiadacz, narrator. Muzykę wspomnienia konstytuuje dystans, kompozytor sytuuje się więc nieco z boku czy też z góry i tę samą perspektywę wypada przyjąć wykonawcy, co rzecz jasna, w żadnym wypadku nie oznacza, iż antidotum na sentymentalne ochy i achy ma być bezduszne, mechaniczne sztywniactwo, narracja to wszak cały wielki spektakl, narrator zapowiada opowieść, zbiera siły, może mieć chwile wahania, przystępuje do rzeczy, podnosi głos, zdarza mu się przyspieszyć, zdarza mu się wybuchnąć, ale przywołuje się zaraz do porządku (tu już wszystko przecież się zdarzyło), trzeba opowieść dokończyć i dodatku w sposób właściwy ją zakończyć” (s. 44).

Gdy czytałem te zdania, pomyślałem, że wreszcie znalazłem właściwe słowa, by powiedzieć, o co chodzi w liturgii: „o opowiadanie tego, co się zdarzyło”. A kapłan – niczym wykonawca koncertu Chopina – jest opowiadaczem, narratorem, którą włączą w swą opowieść słuchaczy. Ta świadomość jest – moim zdaniem – kluczowa i dla księdza, i dla wiernych.

Niejednokrotnie byłem świadkiem złych liturgii, i to w dwojakim sensie. Czasami zdarzało się, że ksiądz miał się za naśladowcę Chrystusa: popadał w egzaltację, a wychodziła z tego nędzna imitacja. On nie opowiadał, on odgrywał, stawał się aktorem. A czasami z kolei ksiądz popadał w drugą skrajność: tworzył zupełnie nową – swoją – narrację; improwizował, dodawał, wymyślał. W obu przypadkach kapłan popełniał ten sam błąd. Nie wystarczała mu już skromna – a jakże wielka! – funkcja narratora in persona Christi. Jeden chciał się wręcz wcielić in persona Christi, a drugi wmówił sobie, że już jest alter Christus. Żaden nie czynił najważniejszym opowiadania, lecz samego siebie. Nie opowiadał, nie wspominał. I nie pozwolił wspominać innym. A przecież po to przyszli. Przyszli, bo pamiętają. Bo są memores Christi.