Władzę ma ten, kto kształtuje zbiorową wyobraźnię. Obrazy formują nasze odczuwanie świata. A tego, co zobaczone, już się nie „odzobaczy”.

Istotnym narzędziem współczesnej polityki jest obraz. Postawiłbym nawet tezę, że kto ma obraz, ten ma władzę. Informacja o świecie, a właściwie sam świat, dociera do nas za pośrednictwem obrazu. Nasza wiedza o świecie, a także wyrastające z tej wiedzy postawy, wynikają w dużej mierze z tego, jakie obrazy docierają do naszych oczu. To one kształtują nasze odczuwanie świata. Dobrym przykładem jest to, jak – na podstawie kilku fotografii – kształtuje się nasza wiedza na temat konfliktu w Syrii, związków terroryzmu z islamem czy tzw. kryzysu imigracyjnego.

Wszyscy pamiętamy zdjęcia, które obiegły świat: fotografię 5-latka siedzącego w karetce, wydobytego spod ruin budynku po bombardowaniu Aleppo; zdjęcie 3-letniego Aylana Kurdi, znalezionego martwego na wybrzeżu tureckim; kadr z filmu ukazującego egzekucję 21 chrześcijan na libijskiej plaży. Do tych zdjęć można dodać wiele innych: fotografie zburzonego Aleppo, martwe ciała na Lampedusie, ale także uchodźców szturmujących pociągi ze smartfonami w ręku czy też atakujących kamieniami kierowców w Calais. Wszystkie te zdjęcia mają uwodzicielską wręcz siłę przekonywania – dlatego tak bardzo ważne jest to, kto ich użyje i w jakim kontekście. Debata na temat kryzysu uchodźczego jest debatą obrazów. Jedni będą pokazywać zdjęcia wycieńczonych dzieci, inni – zdjęcia tych uchodźców, którzy odrzucają dawane im jedzenie. A wszystko po to, by w odbiorcy wywołać określone emocje: współczucie albo niechęć. Władzę ma ten, kto kształtuje zbiorową wyobraźnię.

Obraz budzi emocje. Nie mylił się tow. Lenin, gdy pisał, że kino jest najważniejszą ze sztuk

Bohaterem powieści „Pokrzepiciel” Sandora Máraia jest młody karmelita, który przybywa z Hiszpanii do Rzymu, by poznać arkana sztuki inkwizycyjnej. Jest schyłek XVI wieku. W Rzymie spotyka on padre Alessandro, który staje się jego mentorem. Ten uświadamia młodego adepta, w jaki sposób nowe, heretyckie prądy rozprzestrzeniają się na świecie. „[…] prawdziwym niebezpieczeństwem jest książka” – instruuje padre Alessando swoich współpracowników. W czym wyrażał się jej niebezpieczny wpływ? Dotychczas ludzie „znali jedynie proste, ludowe wersje wytworów drukarskich, jak Biblia pauperum, czyli sceny z Nowego Testamentu, tłumaczone w formie niewielkich drzeworytów – te wyprodukowane dla niepiśmiennych wiernych książeczki sprzedawano na straganach na rynku, a inkwizycja tolerowała je, wszak na ilustrację wystarczyło się pogapić, nie trzeba było ich rozumieć – wszystkim dostarczało rozrywki, kiedy wieloryb wypluwał Jonasza na brzeg. Lecz książka, która chciała oddziaływać nie przekonywującymi obrazkami, tylko pojęciami ubranymi w słowa, była już niebezpieczna, albowiem pobudzała myśli”.

Stary inkwizytor bardzo dobrze zrozumiał zarówno potęgę obrazu, jak i potęgę słowa – i wiedział, że to zupełnie różne siły. Inkwizycja tolerowała obrazki, gdyż „nie trzeba było ich rozumieć”. Obraz – dobrze o tym wiedział padre Alessandro – ma niezwykłą moc przekonywania, by nie powiedzieć – uwodzenia: bawi albo wzrusza, straszy albo śmieszy. Nie trzeba go rozumieć, gdyż na obraz reaguje się emocjami. Jak pisze Hans Belting, „W końcu należało nie tylko oglądać obrazy, ale dawać im wiarę”. Belting pisze tak o obrazach przedrenesansowych, ale wydaje mi się, że czas przeszły jest już nieuzasadniony. Obrazom wciąż trzeba „dawać wiarę”.

„Wierzymy” obrazom i temu, co one pokazują. Obraz udowadnia się sam, bo przecież unaocznia rzeczywistość. I nie jest ważne dla (nieświadomego) odbiorcy, że to tylko jej wycinek. Reakcje na manipulację obrazami, ich retuszowanie, ich rekomponowanie (jak choćby w przypadku zdjęcia owego chłopca na brzegu morskim), pokazują, jak bardzo odbiorcy wierzyli tym obrazom i jak bardzo czują się teraz oszukani. „Dali wiarę” czemuś, co okazało się nieprawdziwe. Dlatego obraz jest doskonałym instrumentem sprawowania władzy. To obraz budzi w nas emocje. Nie mylił się więc tow. Lenin, gdy pisał, że kino jest najważniejszą ze sztuk. A każda władza – dodajmy – dąży do przejęcia telewizji.

Mechanizm słowa jest zgoła inny. Słowo nie przemawia bezpośrednio do wyobraźni, nie uwodzi, ale pobudza (do) myśli. Konkretny obraz zostaje zastąpiony abstrakcyjnym pojęciem, które domaga się od odbiorcy aktywnej interakcji, a nie wyłącznie reakcji na bodziec. Wobec słowa myśl jest o wiele bardziej krytyczna niż wobec obrazu. Potwierdza to zresztą psychologia, która mówi o dominacji bodźców wzrokowych w procesie wywoływania tzw. emocji pierwotnych. Są one efektem rozpoznania utajonego, które dokonuje się w mózgu człowieka, w wyniku czego ocena stanu rzeczy zostaje uprzedzona przez afekty, które bardzo silnie wpływają na kształt naszej oceny tego, co widzimy. Mądrością człowieka jest powściągliwość w reakcji na to, co dociera do naszych oczu. Nie należy się skupiać ani zatrzymywać na tym, co wizualne, na kształcie, barwie czy kompozycji, które mogą wywołać w nas natychmiastowe negatywne reakcje (na przykład kolor skóry, kształt twarzy, ubiór itd.). Trzeba poczekać na tzw. rozpoznanie jawne, gdzie afekt rodzi się dopiero po dokonaniu oceny będącej skutkiem racjonalnej analizy.

Jak mówiła na konferencji „Człowiek w sytuacji” prof. Maria Jarymowicz, emocje pierwotne, i to negatywne, są nieporównywalnie częstsze niż oceny oparte o refleksję. Pod wpływem emocji tracimy podmiotowość. A jeśli przyjąć, że nasze emocje rodzą się przede wszystkim w odpowiedzi na bodźce wzrokowe, czyli na to, co widzimy, to trzeba by powiedzieć, że bezkrytycznie wierząc obrazom, tracę swą podmiotowość. Jakie jest na to lekarstwo? Książka – mówiła prof. Jarymowicz. Książka, która pobudza myślenie.

Tak, czytanie to bardzo niebezpieczna czynność, gdyż uczy człowieka refleksyjnej reakcji na świat, nie pozwalając tym samym dawać się uwodzić mirażom. Miał rację padre Alessandro, książka jest niebezpieczna, pobudza myśli, uczy opanowania pierwotnych emocji, nie pozwala człowiekowi dać się (u)wodzić temu, co widzi.

Są obrazy, których nie potrafię zapomnieć, a bardzo chciałbym

Coraz rzadziej oglądam telewizję. Traktuję ją coraz bardziej wybiórczo. Jestem coraz bardziej radykalnym ikonoklastą. I chyba już wiem, dlaczego. Jak to słusznie ktoś powiedział, tego, co zobaczone, już się nie „odzobaczy”. Zdaję sobie sprawę, że to, co zobaczone generuje we mnie mimowolne emocje. Im więcej obrazów negatywnych, tym więcej negatywnych emocji. Obrazy śmierci rodzą we mnie uczucie nienawiści wobec tych, którzy komuś tę śmierć zadali. Obrazy przemocy rodzą we mnie chęć odwetu wobec tych, którzy komuś tę przemoc zadali. Nie inaczej.

Wciąż się zastanawiam, dlaczego niektórzy mają potrzebę oglądania filmu z egzekucji owych chrześcijan na brzegu morza? Ze współczucia dla męczenników czy z nienawiści wobec oprawców? Bo taki obraz na pewno nie uczy miłosierdzia ani przebaczenia. Po prostu nie może. Są obrazy, których nie potrafię zapomnieć, a bardzo chciałbym. Na przykład zdjęcia młodych Polaków, którzy salutują w geście nazistowskim. Ten obraz wciąż budzi we mnie mieszankę strachu i nienawiści.

Jacek Kleyff śpiewał przed laty:

W telewizji pokazali
Wczoraj kości chudych dzieci,
Zastrzelonych gdzieś w Angoli
Pokazali świeże groby.
Świeże groby zawsze wzruszą
Obojętnie, gdzie kopane,
Jak porosną, wyjdzie na jaw,
Kto szczuł i co było grane.

„Świeże groby zawsze wzruszą” – owszem, ale pod warunkiem, że pokaże je telewizja. Taka jest potęga obrazu. Dobrze, że czasami wykorzystywana jest po to, by nas uwieść i sprowokować do dobrych czynów. Czasami dajemy się jednak tym obrazom naiwnie zmanipulować. I okazuje się, że ktoś nas oszukał, licząc na nasze wzruszenie. Niejednokrotnie słyszeliśmy opowieści o żebrzącym kalece, który za rogiem porzucał kule albo wózek inwalidzki. Daliśmy się oszukać obrazowi, który miał wywołać naszą litość. Bo każdy obraz czegoś od nas „chce” (że odwołam się do tytułu książki „Czego chcą obrazy?” W.J.T. Mitchella). I może dobrze jest pomyśleć o tym, czego ten obraz będzie ode mnie „chciał”, zanim na niego spojrzę. Zobaczonego już się nie „odzobaczy”. Zobaczony obraz we mnie zamieszka. I będzie w nas żył. I działał. I budził emocje. Dobre lub złe. Czy chcemy, czy też nie.


Polecamy również artykuł ks. Andrzeja Draguły „Flirt z sadyzmem? O fotografowaniu i oglądaniu okrucieństwa