Haiti kojarzymy przeważnie z egzotycznym pięknem, biedą i pomocą humanitarną. Powieść Lyonela Trouillota daje szansę spojrzeć na Haiti inaczej, bo od wewnątrz.

Obrazy z demonstracji prodemokratycznych często pojawiają się na ekranach naszych telewizorów. Widzimy twarze pełne emocji, łopoczące sztandary, słyszymy krzyki, ale czy zastanawiamy się kim są osoby, które stanowią część maszerującego tłumu? W mikropowieści „Niedziela 4 stycznia” haitański pisarz Lyonel Trouillot pozwala wsłuchać się w bieg myśli człowieka, który zmierza na taką właśnie manifestację. Śledzimy jego losy w ciągu pamiętnego dnia 4 stycznia 2004 r., kiedy to pokojowa manifestacja studentów w stolicy Haiti Port-au-Prince, zorganizowana w dwustulecie niepodległości republiki, została ostrzelana przez siły rządowe i wynajęte bojówki.

Niedzielnym porankiem 4 stycznia Student (Lucien Saint-Hilaire) wyrusza na antyrządową manifestację. Po drodze ma jeszcze odebrać pieniądze za korepetycje, których udziela synowi bogatego chirurga. Postacie, które spotyka na swojej drodze, wchodzą z nim w dość zdawkowe i konwencjonalne interakcje. Zazwyczaj niemal każde ich słowo jest częścią z góry napisanego scenariusza, a Student nie zajmuje zbyt wysokiego miejsca w hierarchii społecznej. Tego dnia jednak, pod wpływem zbliżających się wydarzeń, pozory na chwilę znikają. Autor pięknie opisuje momenty, w których dochodzi do prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem, nawet jeżeli zostaje ono wyrażone jednym gestem, tak jak gest dłoni sklepikarza sprzedającego Studentowi papierosy: „I nie komentując więcej korzyści płynących z remanentu, nie licząc na wiwaty, aktorka, zblazowana, lecz szczera, nadal trzymając w dłoni paczkę papierosów, nie chce przyjąć pieniędzy, dyskretnie zmienia reguły wymiany, chociaż ten jeden raz upomina się o prawo do obdarowania”.

Wiem, że muszę walczyć z wewnętrzną stagnacją. Iść

Lucienowi w myślach towarzyszą także trzy ważne dla niego osoby: matka, Cudzoziemka i brat. Głos matki, prostej i szczerej kobiety („ja, czarna, Ernestine Saint-Hilaire”), jest donośny, pouczenia przeplatają się z wyrazami czułości. Słyszy też szyderczy śmiech Małego (brata), który zamiast podręcznika do gramatyki wybrał glocka i życie w ulicznym gangu. Ma również przed oczami obraz czarnej sukienki pięknej Cudzoziemki, dziennikarki z Zachodu, która, kiedy „pragnął wziąć ją za rękę i ośmielił się spojrzeć na nią naprawdę, wygłosiła idiotyczną refleksję o tym, jak bardzo są szczęśliwi, że mają tyle słońca”. Przeszłość spotyka się tu z teraźniejszością, linearny porządek zdarzeń traci na znaczeniu wobec tego, że oglądamy świat z perspektywy myśli i wewnętrznych pragnień bohatera. W pewnym sensie wiemy, co się wydarzy, ale nie to jest najważniejsze.

Przede wszystkim wraz z bohaterem w pełni możemy wejść w atmosferę dnia, w którym chociaż „życie jest byle jakie, jak wczoraj”, to jednocześnie jest dniem marszu „Dziś jest dzień marszu. A gdy się maszeruje, rzeczy, o których bez przerwy myślimy, mają szansę powrócić”. Sposób prowadzenia narracji w „Niedzieli 4 stycznia” nawiązuje do powieści pisanych strumieniem świadomości. Myśli bohatera przeplatają się z fragmentami dialogów, dominuje mowa zależna. Jednocześnie tekst ani na chwilę nie traci przejrzystości czy płynności. Duża w tym zasługa przekładu Jacka Giszczaka, który potrafił oddać melodię i rytm zdań oryginału.

Perspektywa człowieka idącego przez miasto, to sposób odbierania świata wszystkimi zmysłami. Nasza uwaga kieruje się na mijane przez niego obrazy, słyszane dźwięki i wdychane zapachy. Miasto niejako staje się kolejnym bohaterem powieści Trouillota: „Połykające się miasto, przemawiające pismem, bazgrołami od rzeczy. Bezsensowne miasto, otwarte jak rana, bezwstydnie obnażające swe składniowe błędy, które nie mówi niczego istotnego, lecz nie zamierza milczeć: Jezus żyje… prezydent powiedział… nie przegapcie otwarcia… Miasto, które ma niewiele do zaproponowania, które przeżuwa, które się jąka”.

Jego mieszkańcy żyją w atmosferze przepełnionej goryczą i stagnacją. Wśród nich są i tacy, którzy czują jednak, że nie mogą nie wziąć udziału w proteście. Lucien Saint-Hilaire nie wie, dlaczego maszeruje. „Nawet gdy myślę, że wiem, nie wiem tego naprawdę. Lecz wiem, że muszę walczyć z wewnętrzną stagnacją. Iść. Żeby pogodzić się z ruchem” – mówi w myślach Lucien do matki.

Przenikająca życie miasta przemoc krąży wokół bohaterów. Mogą próbować ją ignorować (tak jak sklepikarz) i oddawać się wspomnieniom dawnej świetności Port-au-Prince; próbować się zabezpieczyć na wypadek napaści (tak jak chirurg) albo (tak jak Mały) świadomie zanurzyć w jej wir, wybierając ją jako prosty i skuteczny sposób zarabiania na życie. Wydaje się ona tak wszechobecna, że nawet Lucien „wyrzucał sobie, że nie posiada pistoletu, tak jak jego brat. Pistoletu, zamiast paru frazesów, co mogą co najwyżej ranić cudze sumienie”.

W życie miasta wkracza także świat zewnętrzny, świat Zachodu, który zdaje się niewiele rozumieć i niewiele wnosić w dobrego: „Liczba banerów rosła w zastraszającym tempie, za którym żadne dziecko nie mogło nadążyć. […] Każdego dnia jakaś dobra nowina, która wisiała w powietrzu, nigdy nie spadając”. Gdzieś tam kryjemy się może i my, czytelnicy, którzy przeważnie kojarzymy Haiti z egzotycznym pięknem, biedą i pomocą humanitarną.

Powieść Lyonela Trouillota daje szansę spojrzeć na Haiti inaczej, od wewnątrz. Nawet kiedy w końcowych sekwencjach powieści narracja się zmienia – następuje przyspieszenie: oglądamy manifestację nie tylko z perspektywy Luciena, ale też poprzez migawki losów innych postaci – to tłum ani na chwilę nie staje się bezosobową masą. Ten wyciszony i gorzki, ale też nasycony tęsknotą za wolnością portret haitańskiego społeczeństwa na kilka godzin przed i w czasie wydarzeń 4 stycznia na długo zostaje w pamięci.