Może wyjście z cienia tych, którzy uważają się za wykluczonych, to początek walki o prawo do bycia widzianym, a nie o rząd dusz?

Tłum dał się omamić – twierdzą liberalni komentatorzy. „Jeśli ktokolwiek stracił kontakt z rzeczywistością, to masy” – wyrokuje Tomasz Kasprowicz w „Liberté!”, a na marszach KOD-u słychać wołanie o „normalność”. W tej retoryce za wzrost nastrojów ksenofobicznych i antysystemowych w Polsce (i nie tylko) odpowiada rzekomo „naturalna” podatność ludu na antynowoczesne idee  – wyraźna oznaka jego mentalnej słabości. Ciemnogród z fantazji liberałów nie dość, że nie chce płynąć z prądem modernizacji, to jeszcze ośmiela się wystawiać własną niedojrzałość na widok publiczny. Szary, źle ubrany, prostacki „element” zamiast pozostać w cieniu – niewidzialny – oddaje mocz na wypięknione plaże w Łebie i kala przestrzeń własną cielesną niedoskonałością.

Ciemnogród nie tylko skanduje rasistowskie rymowanki na marszach i wiecach, ale także łamie normę estetyczną. Nie respektuje ustaleń dotyczących społecznego krajobrazu, zasad nowoczesnej autoprezentacji (albo prezentacji siebie jako nowoczesnych). A przecież chcielibyśmy –  my, członkowie klasy średniej z dużych, prawie nowoczesnych miast – zobaczyć Polskę jako czystą, gładką krainę dokonanej modernizacji, zespoloną niewidzialną klamrą z zachodnim ładem.

Sam od lat dźwigam w wyobraźni gotowy obraz Polski spełnionej: szczęśliwi, piękni ludzie pod szklaną taflą nowoczesności, na czystym, granitowym chodniku. Wizualizacje inwestycji deweloperskich – mijam takich kilka w trakcie porannego spaceru – tworzy się ku pokrzepieniu serc. W utopijnych wizjach grafików awans estetyczny już się dokonał, wszyscy wyglądamy jak z zachodnich żurnali, nie ma więc strachu, że nowocześniejsi będą nas wytykać palcami. Hiperrealizm tych przedstawień – zlepionych z wielu elementów o niejasnym statusie ontologicznym – stał się wzorem „normalności”: cyfrowo podrasowane wyobrażenia o kapitalistycznym dobrobycie nakręcają aspiracje klasy średniej. Ale jednocześnie  mogą  budzić wstyd w  analogowych masach z brzydkiej polskiej prowincji – wstyd związany z własną estetyczną nienowoczesnością, nieprzystawaniem do promowanego wzorca sukcesu.

Pragnienie idealnego odwzorowania zachodniej nowoczesności towarzyszy nam do dziś

Historia przeglądania się Polski w wizualnych wzorach klasowych – tych, co krążą w mediach, na ulicach, w różnych obiegach – jest długa, a źródła obecnych przejawów tej tendencji możemy odnaleźć w przełomowych latach 90., czasie transformacji. Wraz ze zmianą ustroju i przejściem na kapitalistyczne formy gospodarowania wyłania się nowa polska klasa średnia jako projekt tożsamościowy. Entuzjastom tej idei  – opiniotwórczym mediom czy postsolidarnościowej inteligencji – nie chodzi wyłącznie o nakreślenie granic opartych na wspólnocie wyznawanych wartości, ale także o ustalenie warunków rozpoznania: jak powinienem się zaprezentować, żeby wpisać się w projektowany idealny model społeczny i tym samym nie przynieść wstydu sobie i Polsce. Jak się odróżnić, co pokazać, a co ukryć: nowe przejawy widzialności, nowe praktyki autoprezentacji rychło zaczynają wyznaczać pole dystynkcji.

Wzorem do naśladowania dla klasy średniej – ikoną indywidualnej zaradności, „właściwych” cech charakteru –  staje się biznesmen z amerykańskich seriali (np. nadawanej od 1990 r. „Dynastii”) i filmów, masowo oglądanych na kasetach VHS albo w telewizji publicznej. Magazyn „Sukces” w pierwszej połowie lat 90. donosił, że „jeden rzut oka wystarczy, żeby poznać czyjąś klasę”, a w artykułach instruktażowych prezentował modelowy wizerunek „człowieka sukcesu”, obowiązkowo w garniturze i z rakietą do tenisa. Jednocześnie pojawia się specyficznie polski wizualny wyznacznik statusu – białe skarpety noszone do czarnych mokasynów. „Czysta biel” miała świadczyć o tym, że „człowiek przedsiębiorczy” nie para się na co dzień pracą fizyczną – to, co „brudne” wykonują za niego inni. 

Ten moment zmieszania różnych porządków –  wyłaniania się kultury wizualnej Polski wolnorynkowej na gruzach PRL-u – świetnie uchwyciła Magda Szcześniak w książce „Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji”. Autorka wykonała imponującą pracę: analizując polską kulturę wizualną lat 90. – m.in. zawartość mainstreamowych mediów („Gazeta Wyborcza”, „Sukces” i inne), seriale, programy publicystyczne, filmy fabularne, fotografie stockowe – nakreśliła nie tylko fascynujący portret polskiej drogi ku „normalności”, ale scharakteryzowała dynamiczny proces przemian owej normy wizualnej. To nadany jej wtedy kształt wyznaczył, moim zdaniem, przedmiot i cele strategii zawstydzania „prowincjuszy”, które pozostają w użyciu także dzisiaj. To wtedy kształtów nabrała wizja „idealnego przedstawiciela klasy średniej”, intensywnie promowana w mediach. Wtedy również, w moim odczuciu, wyznaczono przedmiot i cele strategii zawstydzania „prowincjuszy”, które pozostają w użyciu po dziś dzień.

Boimy się ostentacji, bo odsłania pękniętą tożsamość klasy średniej i polskiej modernizacji

Jak pisze Szcześniak, projekt „polska klasa średnia” miał na przełomie lat 80. i 90. słabo zarysowane ramy – ważne było odróżnienie nowego człowieka sukcesu – biznesmena, drobnego przedsiębiorcy – od peerelowskiego zapyzienia. Ostentacyjne demonstrowanie własnego statusu – u Szcześniak symbolizują go wspomniane wcześniej białe skarpetki– było czymś dopuszczalnym, podobnie o zalewie młodego rynku przez podróbki zachodnich towarów pisano w kategoriach typowo polskiej zaradności. Szybko jednak strategie imitacyjne rozpoznano jako wyraz słabości – niedorastania do wzorców nowoczesności, które fetyszyzują to, co oryginalne i innowacyjne. Podróbka – a wraz z nią wszelkie formy ostentacji, nuworyszostwa, nieumiejętnego kopiowania – niepostrzeżenie przekształciła się w synonim obciachu. „Celem podróbki jest jak najdłuższe podszywanie się pod oryginał, sfałszowanie swojego wyglądu, tak aby nie odpowiadał on istocie przedmiotu” – pisze autorka – „[Figura podróbki] krąży wokół niepewności dotyczącej nieautentycznej tożsamości, granicy pomiędzy korzystaniem z pozytywnie waloryzowanych wzorów a imitowaniem […]. W niechęci do podrabiania kryje się zarazem chęć przynależenia do Zachodu […], ale i potrzeba zachowania odrębności wobec Zachodu”.

Ten lęk przed byciem (nieudaną, niepełną) kopią Zachodu i jednocześnie pragnienie idealnego odwzorowania zachodniej nowoczesności towarzyszą nam po dziś dzień – jako spuścizna chaotycznych lat 90. Boimy się ostentacji, bo odsłania niepewny, pęknięty status tożsamości klasy średniej – jako modelu dominującego – i polskiej drogi ku modernizacji w ogóle. To ważne rozpoznanie, nawet jeśli Szcześniak ogranicza – również ze względów metodologicznych – zakres swoich badań do projektów tożsamościowych dwóch grup społecznych: nowej klasy średniej i homoseksualnych mężczyzn. W przypadku tych drugich strategie normatywizacji także wiązały się z odrzuceniem ostentacyjnych form ekspresji własnej tożsamości seksualnej – „cioty” i „pedały” zostały zepchnięte do podziemia. Forum dla postulatów radykalnego odróżnienia się osób homoseksualnych od tego, co normatywne, stały się niszowe czasopisma – choćby „Filo” czy „Men!”, o których wspomina Szcześniak.

Wydaje się jednak, że strach przed nadmiarem – przed widokami Polski otwarcie kopiującej zachodni kapitalizm i, przez tę swoją usilną imitacyjność, azjatyckiej – nie dotyczy już tylko pewnych grup walczących o włączenie w obręb nowo definiowanej „normalności”, ale zaczął wiązać się z pytaniami o tożsamość narodową. Nieudana kopia, wizualny nadmiar, bilbordoza, pasteloza, nieokrzesanie – wszystkie te wyliczanki dotyczące „Polski niedojrzałej”, które można odnaleźć na łamach liberalnych mediów, da się sprowadzić do jednego wniosku: coś trzeba ukryć, uczynić niewidzialnym, coś innego wyeksponować. Schowajmy gwałtowne emocje – źle wyglądają; schowajmy prowizorkę – nawet imitować nie potrafimy porządnie; schowajmy antydemokratyczne strachy – są nienowoczesne. A może wyjście z cienia tych, którzy siebie uważają  za wykluczonych (i częstokroć są nimi de facto), to początki walki o prawo do widzialności, a nie o rząd dusz? Walki przy użyciu takiego języka i takich obrazów, jakie są dla zawstydzanych w danej chwili dostępne i zrozumiałe?

Nawet jeśli czujemy słuszny strach – bo do końca historii wcale nie doszło, a widmo nacjonalizmu właśnie się materializuje – spróbujmy skierować nasz wzrok w stronę tych, którzy, manifestując negatywne emocje, chcą nas skłonić do patrzenia, chcą stać się na powrót widoczni. Niewidzialność jest w końcu bardziej bolesna od nawet najbardziej zażartej krytyki.