Europejski duch Majdanu pozwolił biskupowi grekokatolików w Paryżu władyce Borysowi Gudziakowi powiedzieć, że Ukraina jest najpewniej pierwszym krajem, w którym ludzie ginęli za europejską flagę.

Co Ukraina poprzez Majdan mówi Europie? Odpowiedzi na tak postawione pytanie może być dużo: od niemalże biblijnego kontrpytania „Czyż może być co dobrego z Ukrainy?” do natchnionego „Majdan napełnia treścią europejskie marzenie” (Bernard-Henri Lévy). Dla Ukraińców Majdan to miejsce ich bolesnej pokuty i trwożnego nawrócenia. Dla racjonalnych Europejczyków była to ostatnia próba uratowania topielca, który do tej pory dobrowolnie szedł na dno. Natomiast zraniona propagandą rosyjska świadomość przyjmowała Majdan z prawie mistycznym strachem, uznając go za włości „banderowców” i „faszystów”.

A to prowadzi nas wprost do wniosku: Majdan przemawia do nas tym, co sami chcielibyśmy od niego usłyszeć. Majdan był zwierciadłem, w którym każdy oglądał odbicie własnej empatii i nadziei, chłodną powściągliwość własnego pragmatyzmu czy też groźne wybuchy własnego gniewu.

We mnie osobiście niezachwianie utrzymuje się wrażenie, które pojawiło się jeszcze w czasie Pomarańczowego Majdanu. Tak wtedy, jak i teraz Bóg uchylił przed Ukraińcami niewidzialną zasłonę i przemówił: „Takimi dobrymi i jasnymi, jakimi jesteście teraz na Majdanie, możecie być i w codziennym życiu. Trzeba tylko, abyście Wy sami tego zechcieli”…

Euromajdan ogłosił pojawienie się na Ukrainie nowego pokolenia, które jako pierwsze nie może być nazwane pokoleniem homo sovieticus. Widać to było przede wszystkim po tym, że w oczach młodzieży nareszcie zaświeciła organicznie zaszczepiona wolność. Uwidoczniło się to jednak w retoryce: w odróżnieniu od poprzednich pokoleń, które mówiły językiem ideologii i wyborczych technologii politycznych, to pokolenie przemówiło językiem wartości.

Pragnienie młodych Ukraińców dołączenia do europejskiego kręgu cywilizacyjnego było w te pierwsze majdanowskie dni szczególnie potężne. Oczywiście na poziomie politycznym wybrzmiewało głównie żądanie wobec Janukowycza, aby ten cofnął swoją gwałtowną decyzję o przeorientowaniu kraju z Europy na Rosję i mimo wszystko podpisał umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską. Jednak de facto stały za tym dążenia dotyczące właśnie wartości: pragnienie przynależenia do cywilizacji europejskiej, życia w świecie, w którym szanowana jest godność człowieka; zwalczenie korupcji, skończenie z paternalistycznym przywiązaniem do „sowka”, wzięcie odpowiedzialności za własny los i los państwa.

Na ukraińskiej fladze umieszczono europejskie koło, na którym zamiast 12 gwiazd było 12 dziur od kul

Powtarzające się używanie przez Janukowycza brutalnej siły dla rozpędzenia pokojowej demonstracji spowodowało, rzecz jasna, pojawienie się kolejnych żądań: zdymisjonowania resortów siłowych, które użyły siły wobec demonstrantów, ukarania winnych coraz okrutniejszych prześladowań, wreszcie odejścia Janukowycza i jego rządu, winnych okrutnej masakry w dniach 18—20 lutego, która spowodowała śmierć Niebiańskiej Sotni. Jednak hasła obrony wartości europejskich nie zniknęły — stały się tłem motywacyjnym całego ruchu Euromajdanu, który objął poza Kijowem wszystkie najważniejsze miasta na zachodzie, wschodzie, północy i południu kraju.

Europejskie flagi dalej łopotały nad Majdanem, aktywiści dalej owijali się w nie, wystawiając się pod kule snajperów. Właśnie dlatego po potwornym 20 lutego ukraińskim internetem zawładnął symboliczny wizerunek: na ukraińskiej niebiesko-żółtej fladze umieszczono znane europejskie koło, na którym zamiast 12 gwiazd było 12 dziur od kul.

To właśnie europejski duch Majdanu pozwolił biskupowi grekokatolików w Paryżu władyce Borysowi Gudziakowi powiedzieć, że Ukraina jest najpewniej pierwszym krajem, w którym ludzie ginęli za europejską flagę. To słuszny wniosek, nawet wówczas, gdy ci ludzie kierowali się priorytetami narodowymi. Przecież budowa cywilizowanej, demokratycznej Ukrainy, w której przestrzegane są europejskie zasady współżycia społecznego, jest jednocześnie walką o to, aby żadna z gwiazd na fladze Europy nie wypadała z przestrzeni cywilizacji europejskiej.

Właśnie o tym z przekonaniem mówił w Kijowie Adam Michnik: „To, co wydarzyło się w Kijowie, jest najwspanialszym przejawem sedna europejskich wartości. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, kiedy zobaczyłem setki tysięcy ludzi, którzy byli na Majdanie i walczyli za swoją narodową i ludzką godność. W Kijowie, na Majdanie powstał ruch za wolnością, za niezależnością, za społeczeństwem całkowicie wolnym od korupcji, za Ukrainą w Europie bez granic”.

W swoim czasie (jeszcze przed 2004 rokiem) Romano Prodi powiedział, że Europa oczekuje od Ukrainy wyraźnych sygnałów, z kim chce być: z Europą czy z Rosją. Odłóżmy na bok kwestię, na ile to pytanie zostało właściwie sformułowane. Ważne jest to, że i poprzez Pomarańczowy Majdan w 2004 roku, i szczególnie poprzez Euromajdan przełomu lat 2013—2014 Ukraina spektakularnie zademonstrowała swoje cywilizacyjne preferencje. I Europa nie mogła tego głosu nie usłyszeć — nawet na przekór oczywistemu i w pełni umotywowanemu „zmęczeniu Ukrainą” (Ukraine fatigue). A na przekór, bo ten wybór Europy został wyrażony nie tyle poprzez paragrafy legislacyjnych dokumentów, do których tak przywykła Bruksela, ile językiem „bastylskich” barykad i ofiarami złożonymi z własnego życia, od których to Europa najwyraźniej już odwykła.

Tak, Ukraina w tamtym czasie rozpaczliwie potrzebowała wsparcia ze strony Europy (dzisiaj — po aneksji Krymu i agresji Rosji na kontynentalną część naszego kraju — tego wsparcia potrzebuje jeszcze bardziej). Jeśli jednak wychodzimy z logiki zacytowanych powyżej słów Lévy’ego, nie jest to potrzeba jednostronna. Europa także potrzebuje Ukrainy, bo to ona dzisiaj przywraca Europie jej własny sens i wartości.

Nie dzieje się tak bynajmniej dlatego, że Ukraina jest w jakiś sposób szczególna i niedościgniona. Każdy naród jest w rękach Boga niby klawisz fortepianu. Wydobywając „muzykę niebiańskich sfer”, Bóg naciska we właściwym czasie na odpowiedni klawisz, który oddając swój dźwięk, tworzy całość melodii. Tej zimy z woli Niebiańskiego Kompozytora głośno wybrzmiał klawisz „Ukraina” — mniej więcej tak, jak 25—30 lat temu głośno brzmiała polska nuta solidarności.

Siłą faktów Ukraina ponownie zwróciła uwagę kontynentu europejskiego na dawny problem współzależności wartości i bezpieczeństwa. 25 lat temu, rozbierając co do cegły mur berliński, Europa chętnie mówiła językiem wartości. Jednak to szybko się zmieniło i do Majdanu pragmatyczna Europa wolała mówić wyłącznie językiem bezpieczeństwa. Dzisiaj Putinowska bezpardonowość skalkulowana jest przede wszystkim na to, aby Zachód pogodził się z nią właśnie ze względów wojskowego i energetycznego bezpieczeństwa.

Majdan zaś był apoteozą zrzeczenia się instynktu samozachowawczego i przestrogą, mówiącą o tym, że bezpieczeństwo kupione za cenę wartości może prowadzić do utraty tak wartości, jak i bezpieczeństwa. Majdan uczynił aktualnymi słowa Winstona Churchilla z jego fultońskiej mowy „bezpieczeństwo świata wymaga nowej jedności Europy”. Właśnie dlatego wyzwanie, przed którym stoi Ukraina, coraz bardziej jednoczy Europę, i to właśnie dookoła zasadniczych wartości, które z pełnym poświęceniem zadeklarował Majdan.

Dzisiaj Putin wydaje się niezwyciężony, a prawie całkowita jednomyślność świata w osądzeniu jego antyukraińskiej kampanii jedynie podkreśla to, że w praktyce nikt nie odważy się zatrzymać Rosji. Dlatego tym bardziej upokarzającym dla Putina jest fakt, że dwukrotnie podczas jego prezydentury kijowski Majdan zwyciężył. Dziś widać jasno, że do jesieni 2013 roku — zgodnie z planem Putina — Janukowycz faktycznie demontował państwo ukraińskie. Władza była upozorowana, a parlament i system sądowniczy sparaliżowane. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy była całkowicie kontrolowana przez rosyjską FSB, zaś skarb państwa został rozgrabiony.

Tymczasem wychodzi na to, że Putinowi nie udało się zwyciężyć kraju, który praktycznie zawojował i głęboko znieważył. Właśnie w tym kraju powstał fenomen Majdanu, który potencjalnie może zabrać właśnie jemu, Putinowi, jego własną władzę. I dlatego właśnie Zachód daremnie apeluje do Putinowskiego rozumu — jego zachowaniem kieruje zraniony honor i osobista nienawiść do Ukrainy. A dodatkowo jeszcze instynkt samozachowawczy.

Drugoplanowa i słaba Ukraina może istnieć bez Rosji, a harda Rosja bez Ukrainy — nie

Natomiast tam, gdzie Putin widzi niemalże szekspirowską potrzebę „poskromienia złośnicy”, Ukraińcy widzą zupełnie inny proces — powolny, ale nieustanny geopolityczny awans Kijowa. Każda kolejna próba wyzwolenia się spod wpływu Moskwy, choć powodowała wielkie straty, była dowodem przejścia na kolejny, wyższy poziom wolności. Po 1991 roku w Rosji ciągle jeszcze dominowało przekonanie, że Ukraina „przeliczy się z niepodległością i jeszcze sama będzie się prosiła z powrotem”. Tak się nie stało. Mało tego, ostatniej zimy Putin instynktownie wyczuł: jeśli Ukraina podpisze umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, to odejdzie od Rosji na zawsze.

Okazało się, że drugoplanowa i słaba Ukraina może istnieć bez Rosji, a harda Rosja bez Ukrainy — nie. Przyczyna jest prosta: właśnie w Kijowie znajduje się centrum historycznej legitymizacji imperium rosyjskiego, które stworzyła caryca Katarzyna II. Bez Kijowa Rosja znowu przeistoczy się w Księstwo Moskiewskie.

Otóż gdyby nie współczesne zasady cywilizacji europejskiej, niepodległa Ukraina już dawno zniknęłaby z mapy świata. I oto dzisiaj pojawiła się dla niej szansa wyrwania się z twardych „braterskich” objęć. Właśnie ta kwestia jest obecnie kluczowa dla dalszego biegu historii. I właśnie ona stanowi niewidzialną linię podziałów na Zachodzie.

Dla jednej, pragmatycznej części Europy pretensje Rosji, zgłaszane wobec „swojego” historycznego terytorium, są całkiem przekonujące. Powiadają ci Europejczycy: Co będzie ze światem, jeśli Teksas zapragnie niepodległości? Tutaj głośno rozbrzmiewa retoryka bezpieczeństwa. Dla innej części Europy ważne są europejskie wartości — i stało się tak, że właśnie ta część jest obecnie gwarantem niepodległości Ukrainy. Pomiędzy wpływami obu części trwa chwiejna równowaga. Właśnie dlatego rosyjskie wojska — gdy piszę te słowa — zatrzymały się na granicy Ukrainy i przyjęły taktykę nie gwałtownego natarcia, a „głębokiego przenikania” i destabilizacji.

Dlatego los Ukrainy będzie zależał nie tylko od tego, czy armia ukraińska rozpocznie działania wojenne przeciw armii rosyjskiej, ale także od tego, która ze zdefiniowanych tu części Europy okaże się bardziej wpływowa.

Wspomniane na początku nowe pokolenie Ukraińców nie zniknęło — jest żywe i prężne. Musi jednak podjąć decyzję, czy brać się za formowanie nowej wizji kraju, czy też zapisywać się do Gwardii Narodowej i chwytać za broń. Właśnie dlatego odpowiedź na pytanie, czym był Majdan, zależy częściowo od tego, jakie tendencje przeważą w Europie. Jeśli bardziej wpływowi okażą się chłodni pragmatycy, wychowani na rosyjskiej wersji historii, to Majdan będzie jedynie zrywem wiecznie buntowniczego narodu, którego trzymanie w ryzach jest odwiecznym zadaniem Rosji. Jeśli jednak doświadczenie dwóch wojen światowych czegoś uczy, a wartości europejskie nie mają jedynie propagandowego charakteru, to Majdan wejdzie do historii naszego kontynentu jako fenomen, który współcześnie naprawdę „napełnił treścią europejskie marzenie”.

Tłum. Martyna Michalik

Tekst pochodzi z kwartalnika „Więź” nr 2/2014.