Jeszcze nigdy ofiary hańbiące siebie publicznie nie domagały się własnej śmierci – spostrzega Rafał Marceli Blüth w esejach o stalinowskim terrorze.

Zbiór Rafała Marcelego Blütha „»Likwidacja leninowskiej elity« oraz inne pisma sowietologiczne” zawiera osiemnaście obszernych tekstów sowietologicznych publikowanych na łamach „Przeglądu Współczesnego”, „Drogi” i „Verbum”. Wszystkie napisane w latach 1933-1938 dotyczą Związku Radzieckiego i wielkiego projektu przebudowy państwa i społeczeństwa. Blüth omawia rozmaite sfery radzieckiego porządku politycznego i tak zostały w tym zbiorze podzielone teksty. Pierwszy i najobszerniejszy bodaj rozdział nosi tytuł „Likwidacja leninowskiej elity”, drugi zbiera eseje poświęcone „Nowej inteligencji sowieckiej”, kolejny dotyczy „Walki z religią”, dwa ostatnie zaś mówią o Komsomole i Kominternie oraz o próbach krytyki Stalina.

Stworzenie nowego człowieka radzieckiego, czyli posłusznego, bezrefleksyjnego niewolnika, wymagało najpierw unicestwienia możliwych konkurentów i oponentów politycznych – to właśnie w tekstach otwierających zbiór. Kolejne są analizą tego, co nazajutrz.

To dobry porządek, chociaż pomyślany wbrew chronologii. Obszerne eseje, czy jak powiedzielibyśmy dzisiejszym żargonem politologicznym, „analizy eksperckie” zawarte w rozdziale pierwszym są szczegółowym omówieniem przełomowych wydarzeń lat 1936 i 1937: pierwszego procesu tzw. Grupy Trockistowsko-Zinowiewowskiej z 1936 roku, na którym członków wyimaginowanej grupy oskarżano o przygotowywanie zabójstw najważniejszych ludzi partii: Kaganowicza, Ordżonikidze, Żdanowa, samego Stalina; osławionego lutowego plenum Komitetu Centralnego WKPB będącego ideowym potwierdzeniem Wielkiego Terroru; drugiego Wielkiego Procesu Moskiewskiego ze stycznia 1937 roku i wreszcie; procesu Tuchaczewskiego z lipca 1937 roku. Tuchaczewskiemu, przypomnijmy, zarzucano członkostwo w antyradzieckiej grupie trockistowskiej, współpracę z aresztowanymi już wówczas Bucharinem i Rykowem i przekazywanie niemieckiemu sztabowi generalnemu tajnych radzieckich planów wojskowych.

Morderstwa polityczne przeprowadzane na wielką skalę robią olbrzymie wrażenie, ale Blüth spostrzega coś znacznie ważniejszego – nie tylko zmianę skali, także niezwykłą zmianę jakości. To z tego właśnie powodu procesy epoki Wielkiego Terroru uważamy za nieznane dotychczas fenomeny. Powiada Blüth: „ostatni wynalazek sowieckiego humanizmu, jak się okazuje, polegać miałby na tym, że luzie, których oskarża się o realnie niedokonane przestępstwa, nie tylko przyznają się do ich spełnienia, nie tylko wyrzekają się obrony i sami obrzucają się błotem samobiczujących inwektyw, ale domagają się także i egzekucji nad sobą. Żadnemu z tyranów żadnej inkwizycji nie udawało się do tego stopnia zdeptać człowieka, jak to się udało Stalinowi”. I drugi ważny cytat: „Co nowego wnosi proces moskiewski do udoskonalającej się stale techniki poniżania człowieka? Dwa momenty noszą w nim znamię rekordowe: 1) nigdy jeszcze ofiary hańbiące siebie publicznie, nie domagały się śmierci”, 2) nigdy jeszcze komedia publicznego pohańbienia nie kończyła się rzeczywistym straceniem”. Lub taki cytat: „oskarżeni w dziwny sposób pełnią rolę oskarżycieli”.

Kapitalne te uwagi znajdujemy w pierwszych akapitach dużego eseju napisanym w 1937 roku. Kwestia samoponiżenia ofiar będzie z czasem dostrzegana przez wielu obserwatorów, także w przetworzeniach literackich, choćby w słynnej powieści Arthura Koestlera „Ciemność w południe”, ale wszystko to przyjdzie później. Powieść Koestlera wyszła w roku 1940, w polskim przekładzie Tymona Terleckiego w Londynie w roku 1949.

Artykuły Blütha są analizą machiny terroru w każdym totalitaryzmie i w każdej epoce

Sowietoznawstwo nie było jedyną specjalizacją Rafała Blütha – był ona także historykiem literatury romantycznej, wybitnym znawcą twórczości Adama Mickewicza, pisywał o klasycznej literaturze rosyskiej. Grywał więc Blüth jednocześnie na wielu klawiaturach, w kwestiach sowietologicznych borykał się z ubóstwem źródeł, a jednak jego artykuły są dowodem wnikliwych badań i obserwacji. Rafał Blüth korzystał przede wszystkim z doniesień prasy zagranicznej, czytał także oficjalną prasę radziecką, a jak wiadomo oficjalna wykładnia propagandowa, jeśli czytana przez czytelnika doświadczonego, także była cennym źródłem. Jednocześnie w jednym z tekstów Blüth pisze, że liczni znawcy spraw wschodnich cierpią na „nadmiar inicjatywy wróżbiarskiej” – dobrze to świadczy o rozumnej powściągliwości badacza.

Jesteśmy dzisiaj w Rosji świadkami kolejnego dokręcania śrubki – sfingowane procesy sądowe, restrykcyjne ustawodawstwo o tzw. agentach zagranicznych uderzające w organizacje obywatelskie, pokazowe aresztowania urzędujących ministrów – wszystko to przypomina lata radzieckiego totalitaryzmu i autorytaryzmu, chociaż wciąż jeszcze nie w tamtej skali. Mówię o tym, ponieważ zbiór Rafała Marcelego Blütha można czytać szerzej niż tylko jako analizę terroru stalinowskiego drugiej połowy lat trzydziestych w ZSRR – a więc konkretnych zdarzeń w konkretnej epoce. Artykuły Blütha wykraczają poza swój czas i są także analizą machiny terroru w każdym totalitaryzmie i w każdej epoce – tu trudno coś nowego wymyślić. Czytamy więc „Likwidację leninowskiej elity” i rozumiemy, że skala i niebezpieczeństwa są może różne, ale metody i instrumenty, widzimy to właśnie m.in. dzięki rozpoznaniom, analizom i interpretacjom Rafała Marcelego Blütha, jakby znajome.