„Tango wypływa z mojego wnętrza” ‒ mówił kard. Jorge Bergoglio. A skoro tak, to przez pryzmat tanga argentyńskiego można spojrzeć na podejście papieża do życia chrześcijańskiego i na kościelne spory wokół jego adhortacji o rodzinie.

W zrozumieniu kościelnych problemów z adhortacją Amoris laetitia pomocne może być porównanie z zupełnie innej dziedziny.

Jak wiadomo, Jorge Bergoglio kocha tango argentyńskie. Nie tylko nuci je przy goleniu, ale też lubił je tańczyć. W wywiadzie rzece „Jezuita” ówczesny arcybiskup Buenos Aires mówi: „Tango to coś, co wypływa z mojego wnętrza”. Wspomina, że najbardziej lubił tańczyć milongi, czyli wczesną, ludową wersję tanga ‒ o weselszym nastroju i znacznie szybszym rytmie. „Jorge był wyśmienitym tancerzem, a tango kochał do szaleństwa” ‒ wspomina Anna Colonna, koleżanka Bergoglia z kręgu parafialnego, w biografii papieża „Prorok” pióra Austena Ivereigha.

Postawiłbym hipotezę, że skoro tango „wypływa z wnętrza” obecnego papieża, to przez pryzmat tanga można spojrzeć na jego podejście do życia chrześcijańskiego. A tango jest tańcem szczególnym, bez jednolitego kanonu, podlegającym wielu możliwym interpretacjom.

Tańczenie tanga można uznać za alegorię życia chrześcijańskiego

Przede wszystkim tańczenie tanga argentyńskiego to nie odtwarzanie choreograficznego układu figur, jak zdarza się w wielu innych tańcach. Dobrzy nauczyciele tanga od pierwszej lekcji starają się wbijać do głów nowym adeptom tej sztuki, że poznawanie kroków i figur tanecznych oraz nieskończonych niemal możliwości ich łączenia jest tu tylko narzędziem, a nie celem samym w sobie. Dojrzałe tańczenie tanga to bowiem improwizacja w rytm muzyki, oparta na dobrej znajomości techniki tanecznej.

Nie ma tanga bez figur ‒ to poziom elementarny, abecadło. Nie ma tanga bez improwizacji ‒ to zadanie, ku któremu instruktorzy prowadzą początkujących tangueros. Tak jak tańczenie tanga jest sztuką, tak też ludzkie życie ‒ również życie wiarą. Dlatego tańczenie tanga można uznać za alegorię życia chrześcijańskiego. I w tangu, i w życiu wiarą chodzi o to, żeby trafnie podejmować decyzje w odpowiednich momentach.

Mądrzy nauczyciele tanga podkreślają, że technika taneczna jest ważna, ale najważniejsza jest możliwość czerpania radości i przyjemności z tańca. A do tego niezbędne jest uważne wsłuchanie się w muzykę i taneczna improwizacja. Dojrzałe podejście do tanga opiera się bowiem na kontakcie między tańczącą parą a muzyką, a przede wszystkim na komunikacji partnerów między sobą. Choć bowiem mężczyzna jest osobą wyraźnie prowadzącą, to jednak nie powinien narzucać kolejnych kroków, a raczej zapraszać do nich partnerkę ‒ zapraszać czytelnie, ale subtelnie. Nie tylko kobieta „słucha” prowadzenia ze strony partnera, również on musi „wsłuchiwać się” w partnerkę i reagować na jej sygnały. Nade wszystko bowiem obydwoje w swoim tańcu interpretują słyszaną muzykę. Jest więc miejsce i na wspólnotę tańczącej pary, i na indywidualność obojga tancerzy.

Dochodzenie do perfekcji w tangu to długi proces. Swoboda w tym tańcu opiera się nie tyle na teoretycznej znajomości figur, ile na umiejętności ich zatańczenia na parkiecie. A tego trzeba się długo uczyć, praktykując ‒ tak jak do wolności trzeba być odpowiednio przygotowanym. „Być wolnym to móc i chcieć wybierać; to żyć zgodnie ze swym sumieniem” ‒ pisał Jan Paweł II w orędziu na XIV Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1981 r. Tango, można by powiedzieć, znakomicie pokazuje, czym jest wolność: człowiek wolny to ten, który może, chce i umie wybierać. Może wybierać ‒ czyli nie jest ograniczany zewnętrznie (ma kawałek przestrzeni na parkiecie). Chce wybierać ‒ czyli świadomie podejmuje wysiłek samodzielności (z tym najtrudniej poradzić sobie początkującym tancerzom; dla nich odtwarzanie wyuczonych układów figur jest po prostu zdecydowanie łatwiejsze). Umie wybierać ‒ czyli zna zasady i potrafi je zastosować w praktyce (co to znaczy w tangu, już pisałem; w życiu chrześcijańskim oznacza to dobrze ukształtowane sumienie).

Tango znakomicie pokazuje, że człowiek wolny to ten, który może, chce i umie wybierać

W podobny sposób można by chrześcijańskie rozumienie wolności porównać z każdą inną umiejętnością wymagającą długiego procesu uczenia się, np. z nauką języka obcego czy gry na instrumencie muzycznym. Fundamentem pełnej swobody jest wyuczona znajomość obowiązujących zasad, np. słówek i reguł gramatycznych. Nie wystarczy jednak znać słowa, trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia. Sztuka porozumiewania się w obcym języku polega zaś na odpowiednim wykorzystaniu wyuczonych słów. Nie da się w miesiąc nauczyć ani tańczenia tanga, ani mówienia w obcym języku. Nie da się też od razu wychować dojrzałych moralnie chrześcijan. Moralność to także sztuka wybierania, której trzeba się uczyć.

W tym porównaniu wiele protestów przeciwko posynodalnej papieskiej adhortacji jawi mi się jako klasyczny przejaw takiego podejścia do tańca, w którym trzeba z miarką przypilnować, czy aby nogi partnerów były odpowiednio ułożone, czy tancerze nie mylili kroków, czy podczas obrotów na jednej stopie na pewno nie podpierali się drugą nogą, czy zastosowane przez nich kombinacje figur zgodne były z ustalonymi normami. Amoris laetitia natomiast to płomienne przypomnienie, że tango jest dla człowieka, a nie człowiek dla tanga. Norma dla człowieka, a nie człowiek dla normy.

Żeby było jasne: w Amoris laetitia jest zupełnie oczywiste, że trzeba tańczyć właśnie tango z jego wyraźnymi regułami. Improwizacja dokonuje się w określonych ramach, nie jest dowolnością. Bez przestrzegania ustalonych norm taniec stałby się karykaturą tanga. Ale tak samo karykaturą tanga byłoby uczenie się figur na pamięć i odtwarzanie ich wedle schematu („duch” tanga to samodzielność, nie kopiowanie innych). Nie stoimy zatem przed koniecznością wyboru: albo taneczne figury, albo spontaniczność; albo moralny obiektywizm, albo subiektywne sumienie – możemy realizować i jedno, i drugie.

Porównanie życia chrześcijańskiego z tangiem może też mieć wymiar społeczny. Tango rodziło się w portowych dzielnicach biedy, można by rzec po Franciszkowemu: na peryferiach. Ludzie z wyższych sfer patrzyli na tango z pogardą. Tańczyć należało przecież dostojnie, zachowując stosowny dystans między partnerami, a nie tak jak w tym zmysłowym tańcu, gdzie kluczowa jest wyraźna bliskość kobiety i mężczyzny, gdzie samo obejmowanie jest sztuką, gdzie dominują emocje i tęsknoty… Z czasem jednak tango stało się tańcem uznawanym za wytworny.

Jak wiadomo, również pierwotny stosunek Kościoła do tanga był mocno krytyczny, a przynajmniej podejrzliwy. Już jednak Pius XI dostrzegł wirtuozerię w sztuce tańczenia tanga. Dziś papież z Argentyny wydaje się mówić współczesnym chrześcijanom, że ta wirtuozeria taneczna jest symbolem duchowej przygody człowieka z Bogiem, do której jesteśmy powołani.


Więcej o Amoris laetitia w serwisie Wiez.pl:

Klucz do Amoris laetitia – James Martin SJ
Moralność to nie arytmetyka – Antonio Spadaro SJ
Twórcza wierność. Od Karola Wojtyły do Amoris laetitia Rodrigo Guerra López
Teologia ciała i teologia czułości ks. Alfred Marek Wierzbicki
Twórcza wierność czy twórcza niewierność?  Jarosław Merecki SDS
Rozeznawanie to nie zachcianki Zbigniew Nosowski
Duszpasterstwo z linijką czy z kompasem? Zbigniew Nosowski
Zagubieni, ale w czym? ks. Andrzej Luter

Kolejne teksty na temat papieskiej adhortacji o rodzinie  już wkrótce w zimowym numerze kwartalnika „Więź”