Przeszło sto razy więcej rząd przeznacza na 500+ niż na żłobki, do których dostęp ma mniej niż co dziesiąte dziecko. 

W najbliższym roku rząd podtrzyma poziom finansowania programu „Maluch”, z którego samorządy dostają pieniądze na tworzenie nowych żłobków, i ma pracować nad prawem ułatwiającym zakładanie i prowadzenie placówek dla najmłodszych. Czy to wystarczy, by wyciągnąć z zapaści sektor opieki nad małym dzieckiem? Niestety, wydaje się, że nie.

Problem z dostępem do żłobków jest rozległy. Według najnowszych danych ministerialnych opieką w nich jest objętych nieco ponad 9 proc. dzieci (co i tak oznacza postęp względem stanu sprzed kilku lat). W nieco ponad jednej czwartej  gmin istnieje jakakolwiek oferta żłobkowa. Na prowincji w zasadzie jej nie ma. Ale i w metropoliach są z tym problemy. Rodzice już po urodzeniu dziecka zapisują się do gigantycznych kolejek, bez gwarancji, że dla ich pociech znajdzie się miejsce w publicznym żłobku, a nie wszystkich stać na prywatny (miesięczny koszt bez wyżywienia może przekraczać tysiąc zł). Zresztą rynek prywatny również nie nadąża za potrzebami. Ilustracją skali problemu są choćby historie warszawskich rodziców, którzy – po zarejestrowaniu się jako oczekujący – odnaleźli się na… 300. miejscu w kolejce. 

Szanse na dostanie się do publicznego żłobka mają głównie dzieci z rodzin spełniających określone kryteria „socjalne”. W efekcie opieka żłobkowa staje się instrumentem polityki socjalnej, a nie mniej lub bardziej powszechną usługą publiczną adresowaną do wszystkich, którzy potrzebują z niej skorzystać.

Transformacja… ku pogorszeniu

Problem nie narodził się dziś ani wczoraj. Opieka żłobkowa to ten obszar, który szczególnie skurczył się w dobie transformacji i następującej po niej dekadzie. Podaż publicznych żłobków sukcesywnie zmniejszała się przez kilkanaście lat od czasu przełomu ustrojowego. Przetrzebiony został zwłaszcza segment żłobków przyzakładowych, co wiązało się z upadaniem zakładów pracy, lecz także ze stopniowym wypłukiwaniem socjalnej funkcji przedsiębiorstw.

Skutkiem tych zjawisk było wypadnięcie, niekiedy trwałe, wielu kobiet poza rynek pracy. Dziś aktywność zawodowa kobiet w całym cyklu życia bywa w Polsce jedną z najkrótszych w Europie, co rodzi liczne zagrożenia i ograniczenia indywidualne i społeczne. Stają się one coraz bardziej wyraźne wraz z postępującym starzeniem się populacji, które wymusza podnoszenie stopy aktywności zawodowej w społeczeństwie ogółem. W ostatniej dekadzie nastąpiło wprawdzie odwrócenie niekorzystnego trendu, ale tempo poprawy jest dalece niesatysfakcjonujące.

Jeden z postulatów sierpniowych głosił: „Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących” 

Dziś z opieki żłobkowej korzysta mniej niż co dziesiąty maluch, a liczba wybudowanych placówek dopiero niedawno wróciła do stanu z końca PRL. Skala zapaści wydaje się jeszcze większa, gdy uzmysławiamy sobie, że także przed politycznym przełomem opieka żłobkowa – wbrew dzisiejszym wyobrażeniom – nie była wcale powszechna, jak przystało na socjalistyczny ustrój społeczny. Także wówczas z tego rodzaju opieki korzystało kilka procent rodzin, a kobiety, które szły do pracy, często doświadczały tzw. podwójnego obciążenia. Przypomnijmy – przywołując jeden z postulatów sierpniowych: „Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących” –  że powszechny dostęp do instytucji opiekuńczych był na początku lat 80. raczej celem dążeń niż osiągniętym stanem. Przykro, że po zwycięstwie zamiast zbliżać się do wyznaczonych ideałów, zaczęliśmy się od nich oddalać.

Raczkujące zmiany

Długo zajęło kolejnym rządom zrozumienie tego problemu i podjęcie kroków na rzecz zatamowania negatywnych tendencji. Pierwszy duży krok to, przyjęta przez rząd PO-PSL dopiero w 2011 roku, tzw. ustawa żłobkowa (a mówiąc ściślej ustawa o opiece nad dzieckiem do lat trzech). Przewidywała ona przede wszystkim zliberalizowanie dotychczasowych przepisów dotyczących zakładania i prowadzenia placówek (wcześniej podlegały kurateli Ministerstwa Zdrowia i musiały spełniać standardy jak placówki szpitalne) i miała przyczynić się do rozwoju sektora opieki nad małym dzieckiem. Przewidziano także nowe formy opieki (klubiki dziecięce, opiekunowie dzienni, zachęty do legalnego zatrudnienia niani), które jednak w niewielkim stopniu się na razie przyjęły.

Rozwój opieki żłobkowej na poziomie lokalnym próbowano stymulować za pośrednictwem ministerialnego programu grantowego „Maluch”. Gminy mające odpowiedni wkład własny mogą starać się o dofinansowanie kosztów powstania placówki (obecnie w konkursie mogą brać udział nie tylko gminy, ale także zakłady pracy i uczelnie). W kolejnych latach zwiększano nakłady na program do poziomu 151 mln zł rocznie. Taka też roczna kwota została utrzymana przez następców w resorcie pracy.

Regulacje to nie wszystko

Czy można spodziewać się dalszego rozwoju opieki nad dzieckiem do lat trzech, a nawet jego przyspieszenia? Na razie niewiele na to wskazuje. Rządząca obecnie ekipa w swoim programie wyborczy nie umieściła tego obszaru jako priorytetowego, wręcz całkowicie go pominęła w rozdziale poświęconym wsparciu rodziny. Patrząc z tej perspektywy, kontynuacja przyjętych wcześniej rozwiązań jest i tak czymś więcej, niż można było się spodziewać. Cieszy też deklaracja resortu: „Pomimo systematycznego wzrostu liczby instytucji i miejsc dla dzieci konieczne są dalsze działania zwiększające dostępność placówek opieki. Zachowując wysokie standardy opieki, należy zwiększać dostępność finansową […] oraz terytorialną, zapewniającą równy dostęp w różnych częściach Polski oraz na terenach miejskich i wiejskich”.

Rząd planuje przegląd, a następnie usprawnienie regulacji w zakresie tworzenia i prowadzenia placówek. Miejmy nadzieję, że przyniesie to pożytek. Wydaje się jednak, że problem leży nie tylko w regulacjach, lecz przede wszystkim w finansach. Przepisy wszak uproszczono już znacznie przy okazji ustawy z 2011 roku. Instytucje zawsze warto doskonalić, ale tą drogą zapewne wiele nie ugramy. Ponadto uproszczenie przepisów musi być podejmowane z ogromną rozwagą, bo „przedobrzenie” może odbyć się kosztem bezpieczeństwa dzieci i jakości otrzymywanej przez nie opieki. Na to trzeba uważać.

Kwota 151 mln rocznie to – jak pokazały doświadczenia poprzedniej ekipy – za mało.  Skromność tej kwoty rzuca się w oczy, zwłaszcza gdy zestawimy ją z rocznym kosztem programu 500+, który w 2016 r. może wynieść ponad 20 mld złotych, a więc przeszło sto razy więcej. Ponadto program „Maluch” działa w trybie konkursowym, a więc nie skorzystają z niego wszystkie gminy.

Być może warto pomyśleć o innym mechanizmie, wzorowanym na zasadach finansowania opieki dla dzieci w wieku przedszkolnym, tzn. poprzez budżetową dotację dla gminy za dziecko korzystające z placówki.  Problem w tym, że dziś trudno będzie rządzącym wygospodarować większe budżetowe środki na ten cel. Byłoby to łatwiejsze, gdyby uprzednio nie postawiono wszystkiego na jedną kartę z napisem „500+”, tylko stopniowo i równomiernie rozwijano wsparcie o charakterze finansowym i usługowym. Tego zrównoważenia wyraźnie zabrakło.

W pewną pułapkę mogą wpaść samorządowcy, przyjmując, że skoro młodzi rodzice otrzymują świadczenie 500+, sprawa budowy żłobków może zejść na dalszy plan. Długookresowy koszt zaniechania na tym polu może okazać się jednak ogromny. Program dość wysokich świadczeń pieniężnych – niezrównoważony zachętami do powrotu na rynek pracy i działaniami pozwalającymi na godzenie jej z życiem rodzinnym – może sprawić, że wiele kobiet wypadnie na lata poza sferę aktywności zawodowej. Finanse publiczne na tym ucierpią, a pojawi się widmo ubóstwa po ukończeniu okresu pobierania pieniężnych świadczeń na dzieci. 

Uzupełnienie, nie konkurencja

Sporo mówimy o finansowych barierach, korzyściach i stratach, ale nie można zapomnieć też o wartościach, o dobru dziecka i jego rodziców. Warto zaznaczyć dwie kwestie, które nieraz są pomijane. Po pierwsze, dążenie do uczynienia opieki żłobkowej gwarantowanym prawem nie oznacza obowiązku, przymusu. Wolność rodziców wraz z upowszechnianiem opieki żłobkowej nie zostanie zachwiana, a wręcz przeciwnie – poszerzona. Rodzice otrzymają wybór, czy chcą wyłączyć się z aktywności zawodowej na rzecz opieki nad małym dzieckiem, czy też próbować godzić pracę z opieką. Dziś rzeczywistego wyboru często nie mają.

Po drugie, nie należy widzieć opieki żłobkowej jako czegoś, co wypiera i zastępuję opiekę rodzinną, a raczej jej uzupełnienie. To, że w Polsce dzieci objęte opieką żłobkową przebywają w niej często wiele godzin (na tle rówieśników z innych krajów), stanowi pewien problem. Nie wynika on jednak z natury opieki żłobkowej, a raczej z tego, że wymiar godzinowy pracy i często jego sztywność uniemożliwiają wielu młodym rodzicom przekazywanie dzieci pod zewnętrzną opiekę na nieco krótszy czas. Sama przerwa w ciągu dnia w kontakcie z rodzicem, podczas której dziecko może zetknąć się z szerszym otoczeniem, a rodzic zaczerpnąć sił, załatwić inne sprawy domowe bądź zawodowe – w wielu przypadkach może więc sprzyjać i rozwojowi dziecka, i zdolności rodziców do pełnienia opiekuńczej roli.

Warto mieć to na uwadze i przypominać w dyskusji o potrzebie wsparcia rodzin w opiece nad małym dzieckiem. Ten obszar wciąż pozostaje słabym ogniwem rodzimej polityki na rzecz rodziny. Czas to zmienić.