Podczas krakowskiego przemówienia Jarosława Kaczyńskiego jedynie premier Szydło miała kamienną twarz. Czyżby przeczuwała, że w obliczu ambitnych celów prezesa PiS jej rola się kończy?

Do dziś wspominam obchody Święta Niepodległości z późnych lat siedemdziesiątych, z czasów PRL-u. Symboliczne składanie kwiatów przed Grobem Nieznanego Żołnierza poprzedzała zwykle msza święta w wybranym warszawskim kościele. Całym sercem zaangażowany w tę akcję Wojciech Ziembiński, zatrudniony w „Więzi” jako redaktor graficzny, poprosił mnie kiedyś, abym go asekurował podczas przyklejania klepsydr informujących o mszy. Szedłem za nim dyskretnie, obserwując z dystansu całą sytuację. W pewnym momencie zauważyłem, że za Wojtkiem idą dwaj tajniacy. Gdy on, po przyklejeniu kolejnej klepsydry, wszedł do kościoła paulinów, natychmiast wszedłem za nim. Uklękłem obok niego przed tabernakulum i szeptem ostrzegłem o niebezpieczeństwie. On po chwili wstał i udał się do zakrystii, skąd zaprzyjaźnieni paulini wyprowadzili go na miasto inną drogą. Miałem małą satysfakcję, że przechytrzyliśmy tajniaków…

O jedno słowo za dużo

Od 27 lat żyjemy w wolnej i niepodległej Polsce. Dzień 11 listopada dostarcza nam co roku mocnych emocji –  wzniosłych, często radosnych, czasem przykrych. W tym roku zmogło mnie zaziębienie i wszystko oglądałem za pośrednictwem telewizji.

Obchody miały kilka wymiarów – państwowy, partyjny i społeczny – i odbyły się, jak twierdzi policja, bez incydentów (jeśli nie brać pod uwagę spalenia przez narodowców flagi ukraińskiej). Trasy, co jest zasługą władz miasta, były tak wytyczone, że nie wchodzono sobie w drogę. No i dobrze. A to, że przy okazji Święta Niepodległości ujawniły się różne postawy i tendencje ideowe Polaków – to drugie dobrze.

Prezydent niewiele może, by uwiarygodnić deklaracje działania na rzecz narodowej wspólnoty

Obchody państwowe miały godną oprawę. Wręczenie odznaczeń zasłużonym obywatelom przez prezydenta, poranna msza w świeżo otwartej (choć jeszcze nie konsekrowanej) Świątyni Opatrzności Bożej, wreszcie – uroczysta odprawa wart przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Na trybunie honorowej u boku prezydenta znalazły się najważniejsze osoby w państwie, ale także dwaj znani przedstawiciele Sejmu z partii opozycyjnych i hierarchowie Kościołów. Wszystko jak należy. Dobre oratorsko przemówienie Andrzeja Dudy z zapowiedzią ustawy o obchodach stulecia niepodległości za dwa lata i propozycją utworzenia międzypartyjnego komitetu obchodów… Prezydent robi, co może, choć jak wiemy, może niewiele, by uwiarygodnić własne deklaracje działania na rzecz narodowej wspólnoty; w tym wypadku obawiam się, że będzie to ciało fasadowe, coś w rodzaju Frontu Jedności Narodu z czasów PRL.

W apelu pamięci niestety nie obeszło się bez zgrzytu. W końcowym akordzie, przywołującym prezydenta Lecha Kaczyńskiego z małżonką i dowódców wszystkich rodzajów wojsk, którzy zginęli w tragicznej katastrofie pod Smoleńskiem, użyto słowa: „polegli”. Język jest ważny, jest podstawowym dobrem naszej wspólnoty. Słowa są ważne, bo niosą określone znaczenia. Słowo „polegli” w oficjalnym języku polskim odnosi się do tych, którzy zginęli za Ojczyznę na polu walki. Niewątpliwie użycie tego słowa ma sugerować, że katastrofa smoleńska była skutkiem zamachu, polem walki za Ojczyznę – a to na pewno nie łączy, lecz dzieli Polaków. To jedno słowo podczas obchodów państwowych było niestety elementem narracji partyjnej.

Ratowanie cywilizacji chrześcijańskiej

Imprezą o charakterze partyjnym od początku (w katedrze) do końca (na Krakowskim Przedmieściu) była w przeddzień, 10 listopada, kolejna „miesięcznica”, którą zwieńczyło krótkie wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego pod pomnikiem Marszałka, nawiązujące do Święta Niepodległości. Prawdę mówiąc, nudzi mnie już analizowanie za każdym razem tych wiecowych przemówień prezesa PiS i doszukiwanie się jakiejś ewolucji w jego myśleniu. Niektórzy na przykład ucieszyli się, że tym razem pan prezes łaskawie uznał, iż wolność przyszła już w roku 1989 (a nie dopiero w 2015). Co za postęp!

Pewne sformułowanie jednak zafrapowało mnie, a mianowicie, że „na polską wolność podnosi się rękę, wewnątrz i zewnątrz”. Słowu „wolność” pan prezes nadał tu chyba jakiś nowy sens: czyżby w jego rozumieniu wolność to tyle, co niepodzielna władza PiS? A ta „ręka podnosząca się na” skojarzyła mi się – nic na to nie poradzę! – z pogróżką premiera Cyrankiewicza pod adresem zbuntowanych robotników Poznania: „rękę podniesioną na władzę ludową odetniemy!”. Będę bezlitosny. Skandowanie przez tłumek wielbicieli imienia prezesa: „Jarosław – Jarosław!” przypomniało mi z kolei pewien wiec z 1968 roku, kiedy tłum delegatów partyjnych skandował inne słowiańskie imię…

Celnie zauważył niedawno Tomasz Wołek w swojej recenzji z autobiografii Jarosława Kaczyńskiego, że przejmuje on wzory działania z tradycji bolszewickiej: zdyscyplinowana partia, zdefiniowany wróg, zawłaszczenie całością państwa. No i świetlany cel, który uszczęśliwi lud.

Tym celem – jak mogliśmy się dowiedzieć z mowy prezesa do aktywu partyjnego w Krakowie – jest „silna, wielka Polska”. Ma ona do spełnienia (wspólnie z Węgrami) misję wobec zmierzającej do upadku Europy – chodzi o uratowanie „cywilizacji chrześcijańskiej”. Do udziału w realizacji tej misji naprawiania Europy prezes łaskawie zaprasza… przedstawicieli opozycji. To miałoby odbudować pękniętą jedność narodu. Chodzi więc już nie tylko o „naprawę Rzeczypospolitej” – tutaj można by z pewnością znaleźć w programie PiS racjonalne elementy, chociażby w tzw. planie Morawieckiego – lecz o „reformowanie Europy” w celu… budowania cywilizacji chrześcijańskiej.

Jarosław Kaczyński powołał się w tym miejscu na swego śp. Brata, przywołując jego opinię, że „nie było w dziejach bardziej sprzyjającej człowiekowi cywilizacji niż chrześcijańska”. Lech Kaczyński prezentowany jako wybitny myśliciel? Hm… Podejrzewam, że Jarosław Kaczyński ma słabe pojęcie o nauce społecznej Kościoła i współczesnej teologii, nie zna wielkiej dyskusji teologicznej na temat christianitas, formacji, która zaistniała w średniowieczu i przeminęła bezpowrotnie. Używa tego terminu w swoistym znaczeniu politycznym. Tak czy inaczej, przypisywanie Polsce misji cywilizacyjnej jako drogi do wielkości zalatuje mi co najmniej megalomanią, jeśli nie czymś poważniejszym i groźniejszym. Czy nie zaczynamy się poruszać w oparach absurdu? Tymczasem retoryka prezesa była przyjmowana przez salę z gorliwym entuzjazmem, a jego „ojcowskie” żarty – z infantylnym rozbawieniem. Jedynie premier Szydło miała kamienną twarz. Czyżby przeczuwała, że w obliczu tak ambitnych celów jej rola pragmatycznego wykonawcy się kończy?

Gdzie tu zagrożenie?

Z retoryką Jarosława Kaczyńskiego wydaje się iść w parze retoryka narodowców, których imponujący marsz przeszedł z ronda Dmowskiego przez most Poniatowskiego na błonia Stadionu Narodowego, licząc zdaniem policji 75 tysięcy osób. Główne hasło marszu brzmiało: „Polska bastionem Europy”. A hasła skandowane dopowiadały: „Wielka Polska katolicka”. Wskazówek, jak te hasła rozumieć, dostarczały wielkie transparenty niesione na czole pochodu: „Młodzież Wszechpolska” i „Obóz Narodowo-Radykalny”. Kto choć trochę zna historię dwudziestolecia międzywojennego, wie, o co chodzi: Polska dla Polaków, getto ławkowe, bij Żyda! Żydów dzisiaj w Polsce niewielu, ale znajdą się jacyś inni.

Niektórzy komentatorzy sugerują, że Kaczyński, któremu zdarzało się kiboli nazywać patriotami,  prowadzi jakąś grę, że chce zachować wpływ na ruch narodowy, aby nie wymknął mu się spod kontroli. Jeśli tak jest, to oby się nie przeliczył, igrając z ogniem.

Ten ogień na razie płonie tylko na pochodniach i racach. We mnie jednak ogromna liczba młodych pod takimi, zdawałoby się, raz na zawsze skompromitowanymi hasłami, budzi grozę. Pochodnie kojarzą mi się z bojówkami hitlerowskimi czy pożogą na Wołyniu, przypomnianą ostatnio przez film Wojtka Smarzowskiego. Oby nienawistne i brutalne hasła wykrzykiwane przez młodych narodowców nie przerodziły się niepostrzeżenie w czyny nienawiści, skierowane wobec innych: muzułmanów, uchodźców, ciemnoskórych, lewaków, gejów.

Myślę, że to zjawisko społeczne, jakim jest ruch narodowców, które doczekało się już wielu analiz, powinno stać się przedmiotem poważnej troski naszego Episkopatu. Czy posługiwanie się przez niektórych kaznodziejów kategorią „paniki moralnej”, wskazywanie na zagrożenia płynące z „pogańskiej Europy”, nie dostarczają młodym radykałom swego rodzaju „religijnej legitymacji”? A kardynał Marian Jaworski, metropolita senior ze Lwowa, przestrzega: „Nie ma nic gorszego niż religia na służbie nacjonalizmu”.

Drugi warszawski marsz – Komitetu Obrony Demokracji – zgromadził wprawdzie mniejszą niż zakładano liczbę uczestników (10 tys. według policji, 27 tys. według ratusza), ale panował na nim jak zawsze klimat uśmiechu i życzliwości, a przemówienia przywódców partyjnych brzmiały rzeczowo, spokojnie, a nawet dość koncyliacyjnie. Niewątpliwie wizerunek i przekaz marszu KOD-u jest pozytywny: to wiara w wolność i demokrację, w piękną różnorodność i obywatelską inicjatywę, w Polskę rozwijającą się i bezpieczną w zjednoczonej Europie.

Ktoś powie: chwalisz Komitet Obrony Demokracji, ale gdzie tu zagrożenie, skoro taki bogaty pluralizm ekspresji ideowej w dniu narodowego święta? Pozwolę więc sobie przypomnieć świetną analizę PiS-owskiego projektu konstytucji, dokonaną jeszcze przed wyborami przez Marka Borowskiego na łamach „Gazety Wyborczej”. Swoje rozważania spuentował on, nazywając projektowany przez PiS ustrój „demokraturą”: ni to demokracja, ni to dyktatura. Oby się z czasem nie okazało jeszcze, że „wielka Polska”, jaką chce budować swoimi politycznymi metodami Jarosław Kaczyński, to karykatura.