Nasi romantycy zeszli z portretów i usadowiono ich pomiędzy nami, organizując w ten sposób narodową noc żywych trupów.

Słuchaj, dzieweczko! — Ona nie słucha —
To dzień biały! to miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha!
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz? — Ona nie słucha.

Mimo wysiłków kolejnych reformatorów polskiej szkoły — a niewątpliwie dzięki dzielnym nauczycielom — ufam, że ciągle nie trzeba robić przypisu, skąd to cytat. Kiedy na początku lat 90. prof. Maria Janion ogłaszała śmierć paradygmatu romantycznego w naszej kulturze, nikomu chyba nie przyszło do głowy, co to w praktyce może oznaczać. Tymczasem jeśli przez blisko dwa stulecia kultura narodowa nawiązywała to mocniej, to słabiej, ale bez przerwy, do pewnego sposobu myślenia i pewnego typu wrażliwości, to ten sposób i ten typ nie mogły odejść w milczeniu, zniknąć jak płomień zdmuchniętej lekkim powiewem świecy. Należało się spodziewać, że będzie to raczej długotrwała, pełna nawracających paroksyzmów, bolesna agonia.

Ale może to zbyt drastyczna metafora. Powiem zatem inaczej: jeśli duch czasu opuszcza budowlę wzniesioną przed blisko dwoma wiekami, budowlę zamieszkiwaną, więc i uzupełnianą, ozdabianą przez kilka pokoleń — to przeprowadzka nie może odbyć się ani dyskretnie, ani w ciszy. Nie dość, że jedni chcą dalej trwać w murszejących ścianach, a inni nawołują, by wychodzić; same mury, pozostawione sobie, chwieją się, pękają z łoskotem, aż zapadają się w gromach i kłębach pyłu. Oby nikt nie stał w pobliżu.

Czytając głośny wówczas wywiad z badaczką romantyzmu, powinniśmy byli to przewidzieć. Epoka jednak sprzyjała raczej optymistycznym rojeniom, że z naszego zbiorowego życia przegnany został tragizm. Od osiemnastego wieku — zdawało się nam — zaliczyliśmy jako wspólnota tyle katastrof, że teraz zapewniono nam długi urlop od ponurych przeżyć. Wszystko miało się toczyć w drodze swobodnych wyborów (na wolnym rynku), spokojnego ucierania się stanowisk (w ramach społecznego dialogu), i przyjaznego wspierania się nawzajem ludów w drodze do rozwiniętego kapitalizmu (w ramach świata niepodzielonego już żelazną czy inną kurtyną). Mickiewicz, Słowacki, Norwid przeobrazili nam się w portrety przodków, do powieszenia na ścianach i odkurzania od czasu do czasu. Z szacunkiem, ale bez emocji.

Mickiewicz przestał być spajającym naród wieszczem, a stał się złowrogim upiorem

Owszem, trochę szydzę. Ale tak, jak się szydzi z własnych marzeń, w sumie sympatycznych, choć niemądrych. Przez kilka lat, niezbyt długo, roiła się wielu z nas utopia nowego wspaniałego świata. Tymczasem wolny rynek okazał się przede wszystkim targowiskiem pokus, z roku na rok coraz bardziej tandetnych, dialog społeczny diabli wzięli, zamiast konfliktu Wschód—Zachód wybuchł tlący się od dawna konflikt Północ—Południe, nie mówiąc o tym, że Rosja, ośrodek obozu „wschodniego”, wcale nie straciła ambicji imperialnych, o czym przekonują się, gdy to piszę, Ukraińcy. Nasi romantycy zaś w tym zamieszaniu zeszli z portretów, czy zostali z nich wyciągnięci, i choć nie żyją, usadowiono ich pomiędzy nami, organizując w ten sposób — nazwę to brutalnie — narodową noc żywych trupów. W momencie, kiedy historia nas (nie po raz pierwszy) zaskoczyła, okazało się, że nie mamy wciąż żadnych nowoczesnych narzędzi — jako wspólnota, nie jako takie czy inne grupki specjalistów — żeby zrozumieć, co się dzieje. A kiedy trwoga, to do Mickiewicza. Tyle że, jak w filmowym horrorze, Mickiewicz przestał być spajającym naród wieszczem, a stał się złowrogim upiorem, zombie, zaledwie przypominającym dawnego siebie.

Można by to pokazać od razu w związku z mesjanizmem, ale zacznijmy skromniej: spojrzyjmy na sytuację z „Romantyczności”. Dla każdego filologa powinno być jasne, że sens tekstu zależy od kontekstu. Zresztą wystarczy uczestniczyć w trywialnej domowej kłótni, by wiedzieć, że w zapale polemicznym wyostrza się własne myśli, nieraz do absurdu, chodzi bowiem, intuicyjnie, o zachowanie balansu (druga strona mówi nam rzeczy nie do przyjęcia, więc my odpowiadamy opiniami równie skrajnymi, z odwróconym wektorem). Młodzieniec — rozpoznawszy, że dzieweczka nie słucha, co się do niej mówi, a lud wierzy głęboko — przeciwstawia się ostro mędrcowi ze szkiełkiem i okiem, gdyż kontekstem dla ballady było twierdzenie zadufanych klasyków, że rozum jest jedyną władzą poznawczą, a intuicje, uczucia, mity to „duby smalone”. Nic dziwnego, że na taką arogancję odpowiada się równie zuchwale: „czucie i wiara silniej mówią do mnie” — i zrywa się rozmowę. Gdyż należy mieć serce, patrzeć w serce, a mędrzec niech… idzie swoją drogą. Na zatracenie.

Od tamtego sporu mija już wszakże blisko dwieście lat. Kultura europejska przeżywała przez ten czas wspaniałe wzloty i przeraźliwe upadki; spadkobiercy oświecenia skompromitowali siebie, więc pośrednio także i swoich antenatów, na równi ze spadkobiercami romantyzmu, gdyż w najstraszliwszych wykwitach Europy, w totalizmie czerwonym i brunatnym, bez trudu można znaleźć wątki wzięte tak z jednej, jak z drugiej formacji. W odpowiedzi uznano u schyłku XX wieku, że wszelkie mocne wypowiedzi o świecie, te zaczynające się od słów „wszyscy”, „zawsze”, „nigdy” — są z natury podejrzane, a bezpieczeństwo zapewnia tylko zgoda na rozmaitość prawd lokalnych i wiar indywidualnych. Trudno uwierzyć, by było to ostatnie słowo naszej cywilizacji — i trzeba będzie za chwilę jakby przejść do następnej klasy, spróbować poważnie przemyśleć upiorne doświadczenia minionego stulecia, a uczyniwszy to, wskazać, gdzie zalągł się śmiertelny błąd, by znów wznieść jakiś wspólny świat, unikając popełnianych w przeszłości zbrodni. Gdyż, jak trzeźwo zauważył dawno temu Stanisław Brzozowski, jeśli się nie zrozumie historii, padnie się ofiarą historii niezrozumianej.

Tymczasem w Polsce — dzieweczka nie słucha (mickiewiczowską dzieweczkę odgrywają, bezwiednie ilustrując tezy gender, zarówno kobiety, jak mężczyźni pospołu, po wszystkich stronach frontów, które udało nam się w ojczyźnie otworzyć). Jedna dzieweczka w codziennej gazecie oświadcza ni z tego, ni z owego, że komunizm jest wspaniałą ideą i że przecież Lenin chciał dobrze (głęboką słoweńską analizę pism wodza rewolucji przyswoiły w Polsce inne dzieweczki). Kolejne dzieweczki, ze zgoła odmiennych rejonów politycznych, rozczytują się jak gdyby nigdy nic w pismach faszyzującego politologa Carla Schmitta, tak jak inne rozkosznie domagały się docenienia rumuńskiej Żelaznej Gwardii; inne, mniej wyrafinowane, postanawiają uczcić dobroczyńcę narodu, Edwarda Gierka rondem w stolicy; ale oto już następna dzieweczka twierdzi, że wspólnotę narodu należało zbudować, wieszając w 1989 roku komunistów na latarniach; całe zgromadzenie dzieweczek nazywa swoją nową organizację ONR albo Młodzież Wszechpolska… Wokół nich duchy, zmarli kochankowie, a one mają serce i tym sercem się kierują; szkiełko i oko nie dla nich. Przecież intelektualiści skompromitowali się w XX wieku i nie warto słuchać tych poputczików przeróżnych reżimów.

Ale najgorszym być może pokłosiem „Romantyczności” jest nawet nie to odrzucenie chłodnej analizy rzeczywistości, ale sam akt niedopuszczenia do wymiany myśli. — Słuchaj, dzieweczko! — Ona nie słucha. A gromada skupia się wokół niej i krzyczy (!): „mówcie pacierze”. Nie dyskutujcie, nie prowadźcie dialogu, w którym zakłada się tchórzliwie, że „być może ja nie całkiem mam rację”, ale padnijcie na kolana przed objawieniem dzieweczki, a jeśli tego nie czynicie, to jesteście wrogami, zaprzańcami, i nie ma takiej obelgi, która by wam się nie należała. Zamiast podjąć rozmowę, lepiej pójść i uniemożliwić przedstawienie waszego niesłusznego stanowiska. Zagłuszyć je skandowanymi okrzykami. Rzucić świecę dymną, choćby to był klasztor. Wypomnieć rodziców i dziadków. Zrobić skandal, w przebraniu tańcząc na katedrze przed nosem wykładowcy. Choćby to był uniwersytet.

Czy Mickiewicz osobiście odpowiada za te bezeceństwa? Nie, oczywiście. Bo to nie Mickiewicz sam, żyjący w innej epoce i w innym kontekście formułujący swoje poglądy (choć niektóre, jak ten wywyższający Polaków nad inne narody w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego”, pozbawione były bezpieczników, które już niebawem, gdy za sprawą Darwina, też osobiście niewinnego, narodził się nowoczesny nacjonalizm, bardzo by się przydały). Nie Mickiewicz to, lecz jego zwłoki lub — jeśli to znów zbyt drastyczna metafora — jego pokraczny pomnik. Już Wyspiański kazał bohaterowi „Wyzwolenia” pojedynkować się z pomnikiem Mickiewicza, proroczo zarzucając mu, że chce zamknąć cały naród w krypcie grobowej na Wawelu. Tak sto lat temu krakowskiemu „neoromantykowi” jawił się mesjanizm — jakie więc aberracje doprowadziły do tego, że dziś z pozytywnego stosunku do mesjanizmu próbuje się uczynić wyróżnik „prawdziwej polskości”?! Pomijając inne argumenty, większość ludów, za które Polska-Chrystus miała w proroctwie księdza Piotra umierać na krzyżu, już dawno wybiła się na niepodległość. A tym, którym się to nie udaje, racjonalna pomoc jest potrzebna, nie ofiara. Do tego — wzorcem z Sèvres naszego narodu ma być… Soplicowo. Chciałoby się zapytać: czy ci, którzy tak twierdzą, zrozumieli aby ten poemat o czułym, ale ostatecznym pożegnaniu z dzieciństwem?

W obliczu nieznanego, więc odczuwanego jako groźny, dwudziestego pierwszego wieku, bezwiednie — a niektórzy z nas z rozmysłem — cofnęliśmy się w narodową przeszłość. Udajemy, że od tamtej pory nic się nie stało, co by uczyniło tamten światopogląd, tamte odruchy i wyobrażenia — a raczej ich dzisiejsze mutacje — anachronicznymi. W rezultacie utknęliśmy mentalnie w alternatywnej odnodze czasu: nie przerobiwszy nowoczesności i naśladując powierzchownie ponowoczesność, nie umiemy rozpoznać tego, co dzieje się teraz. Póki nie przebijemy romantyków w nas osinowym kołkiem — cóż za małoduszność przypuszczać, że nic poza tym nie jest w naszym narodzie żywe! — pozostaniemy nieskuteczni wobec zadań niesionych przez czas. Gdyż nie będziemy ich nawet umieli rozpoznać i dorzecznie nazwać.

Słuchaj, dzieweczko. Wreszcie posłuchaj, co do ciebie mówię. Ja też spróbuję posłuchać, co mówisz. Ale niech zgromadzona dokoła gawiedź przestanie na nas krzyczeć…

Tekst ukazał się w miesięczniku WIĘŹ 2014, nr 1.