Gdy naród jest wkurzony, szuka kandydatów antyestablishmentowych. Ich popularność rośnie stopniowo, aż do sukcesu. Tak będzie z Donaldem Trumpem.

Media komentują, że przyczyną spadku notowań Hillary Clinton i zaczynającej się pojawiać przewagi Donalda Trumpa, są jakieś tam afery, że ktoś coś ujawnił. To powierzchnia zjawisk.

Już wcześniej zakładałem się z moim przyjacielem z Białegostoku, że wygra Trump, choć wszyscy wokoło mówili, że „zakonnica na pasach” itp. Dlaczego?

W Stanach Zjednoczonych (i nie tylko) od końca lat osiemdziesiątych narasta rozpiętość dochodów. Teraz osiągnęła poziom mniej więcej lat dwudziestych, trzydziestych. Od kiedy wiadome stało się, że ZSRR nie stanowi zagrożenia, na świecie dominować zaczęła ekonomia neoklasyczna uważająca sprawiedliwość społeczną i wydatki socjalne za marnowanie pieniędzy. To musiało z czasem zaprocentować nastrojami rewolucyjnymi. Zapalnikiem był światowy kryzys finansowy, uświadamiający ludziom, że są okradani. Od 2008 roku, kiedy rozwinął się kryzys, warstwa średnia skurczyła się w USA z 62 proc., do 45 proc. Nastroje rewolucyjne przeważnie pojawiają się podczas wychodzenia z kryzysu. To właśnie ten czas.

Nastroje rewolucyjne narastają podczas wychodzenia z kryzysu. To właśnie ten czas

Ale dlaczego sondaże przedwyborcze nie są wystarczającym prognostykiem? Kiedyś mechanizmy zmiany preferencji wyborców tuż przed aktem wyborczym opisałem w „Rzeczpospolitej”. Ogólnie mówiąc, gdy naród jest wkurzony, szuka kandydatów antyestablishmentowych. Ale nie szuka ich od razu. Szczególnie ci mniej zainteresowani polityką. To jest proces narastający. W pewnej odległości od wyborów, gdy przychodzi ankieter, respondent jest jeszcze przed analizą, kogo poprzeć. Ma na wierzchu kandydatów, o których dobrze mówią media, a te na ogół dobrze mówią o establishmentowych.

Śmiałość wyboru

Im bliżej wyborów, tym częściej wyborca myśli o kandydatach, rozpytuje, porównuje. Jeżeli ogólnie jest zadowolony, poprze tych faworyzowanych w debacie publicznej. Jeżeli jest ogólnie wkurzony, zwycięży w nim potrzeba dokopania przedstawicielom aktualnej klasy politycznej. Potrzeba ta wzmacnia się. Ale ona się wzmacnia wraz z pogłębianiem własnej refleksji i poszukiwaniem głębszych kryteriów oceny, a to nierzadko następuje tuż przed samym aktem wyborczym.

Często nasze postawy nieco się różnią od powierzchownych poglądów, które czerpiemy z zewnątrz. Jeżeli te poglądy nie są dla nas ważne, różnica ta może być trwała. Dysproporcja jednak zaczyna maleć wraz z intensywnością analizy dotyczącej owych poglądów. Wówczas głębsza postawa, np. zakorzenione wartości, zaczyna modyfikować poglądy, które nierzadko przejmujemy powierzchownie wraz z jakąś modą czy akcją propagandową. Podobnie – twierdzą psychologowie społeczni – wiedza modyfikuje postawy (wpływające potem na poglądy), czasami nawet przez kilka miesięcy. Czasem tyle mija, zanim wiedza o jakichś złych czynach przełoży się na trwałą ocenę czy stosunek do ludzi bądź grup odpowiedzialnych za te czyny. To się musi uleżeć za pomocą dyskusji, wewnętrznych analiz, przemyśleń, zadawania sobie i innym pytań itp.

Kiedy więc zbliżają się wybory, wyborca zadaje sobie takie pytania, sięga do głębszych pokładów wiedzy i do fundamentalnych wartości, które konfrontuje z sylwetkami kandydatów i tworzy bardziej spójny wewnętrznie system, co oddala go od preferencji narzuconych z zewnątrz, głównie przez media i debatę publiczną. Pomyśli: „jak ich wybiorę znowu, to znowu będą po mnie i po nas jeździli i robili to, co dotąd robią… Po moim trupie…”. Zaczyna też działać społeczny dowód słuszności. Dopóki słyszymy tylko media, kandydat antyestablishmentowy wydaje się nietrafny, bo większość mądrych ludzi przed nim przestrzega. Gdy jednak wraz ze zbliżającymi się wyborami coraz wyraźniej dostrzegamy tych, którzy się wyłamują i mówią, że go poprą, to i dla nas myśl o tym przestaje być niedostępna lub obciachowa. To dodaje śmiałości.

Mało tego, jeżeli narasta nagonka na takich kandydatów, staje się ona dla wyborcy dowodem na to, że establishment się zaciekle broni, zatem tym bardziej trzeba się zmobilizować, żeby mu dokopać.

Dlatego niepopularni w mediach kandydaci przeważnie zaskakują swoim zwycięstwem. Nawet jeżeli w sondażach na parę dni przed wyborami przegrywają, potem znienacka mogą znaleźć się na czele. Nie dlatego, żeby sondaże były fałszowane, jak niektórzy uważają. Nie są. Gdy ludzie zaczynają wybierać – opisane mechanizmy uruchamiają nieco zamrożone czy może uśpione pokłady niezadowolenia i niechęci do elit, potrzebę zmiany, naprawy.

Możliwość głosowania na kandydatów antysystemowych to ważny bezpiecznik demokracji 

Na podstawie takiej analizy informowałem wiele osób kilka miesięcy przed ostatnimi polskimi wyborami prezydenckimi, że przejeżdżanie zakonnicy na pasach nie jest potrzebne – i tak pewnie wygra nikomu nieznany Duda. Bo ludzie byli niezadowoleni, szczególnie młodzi, a Komorowski był wrośnięty w stare elity III RP. Jakość Dudy była ważna, ale nie pierwszorzędna. Tak samo jak przebieg kampanii wyborczej. Decydowała uruchamiana powoli potrzeba zmiany wynikająca z surowej oceny III RP, poczucia nieuczestniczenia w tym, co się dzieje, odczuwana przez większość obywateli.

Dotyczy to także pojedynku Clinton–Trump. Niezadowolenie będzie się ujawniało w postawach wyborców tym silniej, im konieczność zagłosowania będzie dla nich coraz bliższa, realniejsza. Tak to działa nie tylko przy wyborach. Także przy wszystkich aktach zbiorowego niezadowolenia społecznego jak rewolucje, wojny domowe, a nawet masowe mordy o charakterze ludobójstwa. Demokracja pozwala te nastroje rozładować kartką wyborczą. Chwała jej za to. A afery z e-mailami i tym podobne to didaskalia… 

Obrzucanie kontrkandydatów błotem w takiej sytuacji nic nie daje. Może paradoksalnie wzmocnić przeciwników. Komorowski i Clinton, aby wygrać, powinni postąpić tak jak Wałęsa w 1990 roku – zaatakować swoje zaplecze polityczne jeszcze mocniej niż przeciwnik. Ale trzeba mieć geniusz Wałęsy, który potrafi być za, a nawet przeciw – i poprowadzić lud na Belweder, w którym sam urzęduje.

Głupota czy mądrość narodu?

Niektórzy inteligentni ludzie głoszą, że naród jest głupi, bo głosuje na różnych kandydatów antysystemowych, którzy mają mnóstwo wad, a z których naturalny populizm niekoniecznie jest tą najgorszą. Otóż wiem, że się narażam, ale powiem otwarcie, to jest właśnie dowód na mądrość narodu.

Gdyby naród – niezadowolony z panujących władców i ich sposobu zarządzania życiem wspólnoty – miał w ich miejsce wybrać takich kandydatów, którzy podobaliby się inteligentnym komentatorom, to nie byłoby żadnego bezpiecznika demokracji. Tylko lęk rządzących elit przed nastrojami rewolucyjnymi i ich ewentualnymi niepoprawnymi przywódcami, może hamować owe elity przed całkowitą oligarchizacją i skorumpowaniem warstwy rządzącej, przed budowaniem i utrwalaniem instytucji wykluczających. Najlepszy dowód to wzrost rozpiętości dochodów w zasadzie prawie na całym świecie, od kiedy okazało się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, że żadna rewolucja bolszewicka światu nie grozi, a ZSRR musi koncentrować się na ratowaniu własnej gospodarki.

Pewnie, że nie byłoby dobrze, gdyby na co dzień wygrywali wybory jacyś Tymińscy, Lepperzy czy Trumpowie. Ale fakt, że ustrój jest tak skonstruowany, iż stwarza im możliwości, to bardzo ważny bezpiecznik tego ustroju. Inaczej patologie i będące na nie reakcją niezadowolenie społeczne narastałyby do momentu krwawej rewolucji czy innej jakiejś wojny albo po prostu kompletnego upadku rozwojowego.

Dlatego tym razem w Ameryce wygra Trump. Nie dlatego, że kowboje są głupi i źli. Oni są mądrzy, bo w ten sposób ratują przyszłość demokracji.