W liście biskupów z okazji nadchodzącej uroczystości Chrystusa Króla zabrakło uderzenia się we własne piersi, nazwania po imieniu wad narodowych i odniesienia do konkretu dnia dzisiejszego.

Kolejny rok zmierza ku końcowi. Im człowiek starszy, tym czas szybciej płynie. Nasuwa się nieuniknione pytanie, ile czasu jeszcze zostało… Bóg to wie. Bardziej ciekawi mnie jednak pytanie, co w nadchodzących latach będzie się działo z Polską i ze światem. Niektórzy prorokują jakąś wielką katastrofę, terroryzm nuklearny, zwycięstwo Donalda Trumpa, chaos polityczny, cyberwojnę…

W te apokaliptyczne nastroje wpisuje się najnowsza inicjatywa naszego episkopatu (który podobno ma ucho nieustannie przytknięte do serca narodu), by 19 listopada, w przeddzień uroczystości Chrystusa Króla, kiedy w liturgii są czytania o końcu świata, „jubileuszowym aktem” „przyjąć Jezusa Chrystusa za Króla i Pana”. 

Autorzy listu pasterskiego przygotowanego z tej okazji, a czytanego w niedawną niedzielę (co ciekawe, nie we wszystkich kościołach), wcale nie kryją, że jest to próba wyjścia naprzeciw postulatom tzw. ruchów intronizacyjnych, domagających się od wielu lat ogłoszenia  Jezusa Chrystusa… królem Polski. Ich wyznawców można było spotkać w przestrzeni publicznej: na różnych imprezach kościelnych, ba! nawet na obrzeżach manifestacji KOD-u pokazywali się w purpurowych rycerskich płaszczach. Księża biskupi wyjaśniają w liście, że nie widzą żadnej potrzeby ogłaszać Jezusa Chrystusa królem, skoro na mocy odkupienia jest już naszym Panem i królem wszechświata – wzywają jednak, byśmy Mu zawierzyli nasze życie osobiste i narodowe, „wszystko, co Polskę stanowi”…

Kiedy po raz pierwszy niezbyt uważnie słuchałem listu w kościele, zaintrygowało mnie to kilkakrotnie pojawiające się sformułowanie – „akt jubileuszowy”. Pomyślałem, że biskupom chodzi zapewne o akt  Jubileuszowego Roku Miłosierdzia, kończącego się właśnie 20 listopada. Sięgnąłem do oryginalnego tekstu listu. W jednym miejscu autorzy istotnie nawiązują do bulli Misericordiae vultus, w której papież Franciszek pisze (nr 5): „W tym dniu (20 listopada 2016) powierzymy Chrystusowi Panu życie Kościoła, całej ludzkości i ogromnego kosmosu, prosząc o wylanie Jego miłosierdzia jak rosy porannej, aby owocna stała się historia, którą mamy tworzyć w najbliższej przyszłości”. Następne zdanie bulli brzmi jednak: „O, jakże pragnę, aby nadchodzące lata były naznaczone miłosierdziem, tak byśmy wyszli na spotkanie każdej osoby, niosąc dobroć i czułość Boga! Do wszystkich, tak wierzących, jak i tych, którzy są daleko, niech dotrze balsam miłosierdzia jako znak Królestwa Bożego, które jest już obecne pośród nas”.  Cała bulla zresztą nasycona jest słowami „miłosierdzie” i „czułość”… A w podsumowaniu pisze Franciszek (nr 25): „Nadzwyczajny Rok Święty jest zatem po to, aby w codzienności żyć miłosierdziem”…

Odnoszę wrażenie, że list biskupów polskich pisany jest innym językiem. Na przykład słowa modlitwy: „Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu (…) wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża”… Aha, rozumiem, znowu historia i przypomnienie martyrologii, krzywd, jakie nas spotykały. „Jubileuszowy akt” ma mieć „czytelne odniesienie do obchodów 1050. rocznicy Chrztu Polski”. Przypominam sobie jednak ojcowską przestrogę papieża Franciszka wyrażoną w lipcu tego roku podczas powitania na Wawelu, abyśmy nie koncentrowali się na swoich krzywdach doznanych w przeszłości… No i co? Czytamy też w liście, że „akt jubileuszowy” ma być „znaczącym krokiem w procesie przywracania [pokreślenie moje – CG] Jezusowi należnego Mu miejsca w naszym życiu”… Czy istotnie był w naszych ponad tysiącletnich dziejach jakiś idealny status quo ante, kiedy Jezus Chrystus zajmował w naszym życiu zbiorowym należne Mu miejsce? Czy w Polsce sanacyjnej? Czy może w  Rzeczpospolitej szlacheckiej?

Czy proponowany przez biskupów zbiorowy „akt jubileuszowy” to właściwe remedium na zeświecczenie życia?

Dalej czytamy, że „celem dokonania aktu jest uznanie panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa. Jesteśmy bowiem świadkami wielorakiego pozostawiania Boga na marginesie życia, czy wręcz odchodzenia od Boga”. Z tą smutną diagnozą trzeba się zgodzić. Słusznie zaczynają biskupi swój list od przytoczenia słów samego Jezusa z ewangelii św. Łukasza: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Zastanawiam się tylko, czy ten proponowany przez biskupów zbiorowy „akt jubileuszowy” stanowi właściwe remedium na ewidentne zeświecczenie życia, na wszystkie niepokojące zjawiska cywilizacyjne, na osłabienie wiary, a także na ewidentne zło moralne, z jakim zmagamy się w naszym polskim życiu – i tym prywatnym, i tym publicznym. Na skłócenie, zakłamanie, zawziętą walkę, okazywaną sobie wzajemnie wrogość i pogardę?

Powiem otwarcie: w liście biskupów i w strzelistej modlitwie zawierzenia zabrakło mi wyraźnego uderzenia się we własne piersi, nazwania po imieniu naszych wad narodowych, krótko mówiąc: zabrakło mi odniesienia do konkretu dnia dzisiejszego. „Akt jubileuszowy” jest – powiedziałbym – zawieszony w chmurach ogólników i eufemizmów. Innym, konkretnym językiem, piętnującym wady narodowe, były spisane jasnogórskie śluby narodu w 1956 roku.

Przede wszystkim ten uroczysty akt, który 20 listopada zostanie wyrecytowany we wszystkich świątyniach Kościoła katolickiego w Polsce, poprzedzony nowenną, sprawia na mnie – nic na to nie poradzę – wrażenie déjà vu. Pamiętam doskonale rok 1966: Sacrum Poloniae Millennium, poprzedzone wielką nowenną. Przeżywaliśmy tamte wydarzenia z wielkim Prymasem Tysiąclecia w zupełnie innym jednak kontekście: Kościół był rzeczywiście gnębiony przez zorganizowany system totalitarnej ideologii, wiara była tępiona. „Religia narodu” wówczas miała swój sens – i narodowy, i religijny. Od ponad ćwierćwiecza, po odzyskaniu wolności i niepodległości w roku 1989, żyjemy w zupełnie innych realiach politycznych i kulturowych. Dzisiaj potrzebna jest nam, jak rosa zeschniętej ziemi, „religia życia codziennego”. Potrzebna jest praca duszpasterska trafiająca do ludzi żyjących w gwałtownie zmieniającej się cywilizacji i przez to właśnie, a nie przez jakąś wrogą ideologię, narażonych na zeświecczenie. Wyzwaniem dla Kościoła są ci, którzy od niego odchodzą zniechęceni, albo którzy już odeszli. Obawiam się, że do tych ludzi ani nie dotrze, ani nie przemówi wzniosły przekaz „aktu jubileuszowego”. To będzie akt wypowiadany ustami przekonanych i pobożnych.

Papież Franciszek od początku swego pontyfikatu głosi potrzebę duszpasterskiego nawrócenia Kościoła. Świat ludzki, zagubiony, słaby i grzeszny, potrzebuje gwałtownie naszego świadectwa wiary w Chrystusa. Ale niekoniecznie aktów strzelistych narodu rozpamiętującego bez końca własne krzywdy. Inne narody i społeczeństwa też cierpiały i cierpią, może bardziej niż my. Cierpią nasi bracia i siostry. Dlatego papież ogłosił Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Czy w tym dobiegającym końca Roku Miłosierdzia były w Polsce podjęte z inicjatywy Kościoła  jakieś społeczne przedsięwzięcia, czy miały miejsce jakieś poruszające gesty? Czy nie można było na przykład okazać miłosierdzia, jeśli już nie sprawiedliwości, hardemu, ale żarliwemu księdzu Lemańskiemu? Czy nie można było przywrócić prawa do zabierania publicznie głosu celnemu w swoich opiniach księdzu Bonieckiemu? Czy nie można było bardziej skutecznie naciskać na władze państwowe – z którymi ponoć od czasów wojny Kościół nie był nigdy w lepszych relacjach – i wspólnie utworzyć korytarz humanitarny dla uchodźców z udręczonej wojną Syrii? Tyle zmarnowanych szans…