To, co nazywamy wzniośle „świętych obcowaniem”, jest niczym innym jak przyjaźnią z tymi, którzy żyją już pełnią Życia.

Od jakiegoś czasu „afiszuję się” przyjaźnią z bł. Jerzym Popiełuszko. Często ogłaszam moim followersom na Facebooku, że – na przykład – „jedziemy z Jerzym na rekolekcje”. Ciągle o nim wspominam. To z kolei prowokuje ludzi do pytania: „po co ci ten Jerzy, po co święci, nie wystarczy sam Bóg”? Pewnie, że wystarczy.

Jednak życie, również to duchowe, lubi być urozmaicane. Jedną z ważnych spraw, która nadaje kolorytu codzienności, są przyjaźnie. Szukamy ludzi podobnych do nas, mających podobne pasje, historie. Spędzamy wspólnie czas, rozwijamy nasze pasje, określamy wspólne cele – i nazywamy to przyjaźnią. To taki specyficzny rodzaj relacji: ufamy drugiemu tak dalece, że powierzamy mu najskrytsze tajemnice.

To, co nazywamy wzniośle „świętych obcowaniem”, jest niczym innym jak przyjaźnią z tymi, którzy żyją już pełnią Życia. Istnieje pokusa, by świętych ubóstwiać, stawiać ich w miejsce Boga, czcić ich, do nich się zwracać. Tymczasem – i tak postrzegam relację z Jerzym – są zwykłymi ludźmi (czele z Maryją), którzy są podobni do nas. I tak jak wielokrotnie podczas życia prosimy naszych przyjaciół o pomoc, o modlitwę do Boga za nas i nasze sprawy, tak samo ma się sprawa ze świętymi.

Warto przestać patrzeć na świętych jak na małych bożków lub superbohaterów

Święci w Kościele to całkiem „użyteczna” rzeczywistość. Staje się taka jednak dopiero wtedy, kiedy oddamy świętym należne im miejsce, kiedy przestaniemy na nich patrzeć jak na małych bożków lub superbohaterów, którzy mają nadludzkie możliwości. Ich historie zachęcają nas, byśmy – jak często wzniośle mówimy – zapraszali Boga do każdej sytuacji. Oni pokazali, że da się być bogatym albo biednym, zdrowym albo chorym, pięknym albo brzydkim, a zarazem przeżywać życie z nadzieją, z przekonaniem, że zło nie ma ostatniego zdania. Skoro mają takie doświadczenie, mogę (i chyba powinienem) prosić ich o modlitwę wstawienniczą, tak jak proszę o nią doświadczonego przyjaciela.

Kiedy dziś pójdziemy na groby naszych bliskich, warto popatrzeć właśnie w tej perspektywie – najpierw wspólnej modlitwie wstawienniczej. My – za nich. Oni – za nas. A później warto zobaczyć całe mnóstwo dobra, które zrobili, właśnie dlatego, że wierzyli w dobrego Boga, który dał im siłę do tego, by działać pomimo ludzkiej słabości. Ci leżący na cmentarzach są świadkami faktu, że kiedy człowiek łączy swoją słabość z siłą Boga, staje się świętym – i to już tu, na ziemi. Staje się nim nie przez deklaracje, dokumenty, ale poprzez swoje zaufaniu Bogu, z którego wypływa dobro naszego myślenia, decydowania i działania.

Święci pozwolili Bogu na to, by nauczył ich ze słabości uczynić siłę

Nie czcimy świętych jak niedoścignionych wzorów cnoty, ale ludzi słabych, którzy pozwolili Bogu na to, by uczył ich, jak ze słabości uczynić siłę. Myślę tutaj zwłaszcza o dwóch mężczyznach. Jednego już wspomniałem – Jerzego, który był bardzo kruchym człowiekiem, ale swoją słabość i lęk, przeżywane z Bogiem, przekuł na niesamowite zwycięstwo Miłości. Drugim jest bliższy naszym czasom Jan Kaczkowski, który podczas ciężkiej choroby nieustannie pokazywał, że cierpienie i zło, jakie z niej wynikają, można – z Bogiem – przekuć w niesamowite zwycięstwo Nadziei. Obaj pokazują mi, że świętość to czerpanie siły z Boga, a nie udowadnianie Bogu, że jestem „święty” sam z siebie.

Uroczystość Wszystkich Świętych jest wielkim odświeżaniem pamięci. I to nie tylko o ostatecznym celu naszego życia, jakim jest zbawienie. Chrześcijaństwo nie jest przecież jedynie nadzieją na życie po śmierci, ale także przypominaniem nam, śmiertelnikom – ze wszystkimi swoimi problemami, słabościami i grzechami – że życie, w całej swojej okazałości, jest dla nas.