Wydarzenia sprzed sześćdziesięciu lat określane mianem Października ’56 przyniosły Polsce zmiany. Jedną z nich było pojawienie się rewizjonizmu.

Październik ’56 miał wiele nurtów. W czasie ówczesnych demonstracji, protestów i wieców pojawiały się niepodległościowe i antysowieckie hasła, co jako pierwszy opisał przed ponad dwudziestoma laty Paweł Machcewicz w klasycznej już książce „Polski rok 1956″. Z drugiej strony silnie reprezentowany był nurt – w części środowisk inteligenckich chyba silniejszy niż niepodległościowy – tworzony przez ludzi związanych z PZPR, którzy dążyli do reformy państwa, częściowej demokratyzacji, ale nadal pozostawali zdecydowanymi zwolennikami partii. To z części z nich narodzili się tzw. rewizjoniści.

Na temat tej formacji w ostatnich dwóch dekadach PRL i już w III Rzeczypospolitej toczyły się gorące polemiki, niekiedy wybuchały ostre konflikty. To właśnie stosunek do tradycji rewizjonistycznej stanowił jedną z osi sporów wewnątrz opozycji demokratycznej lat 70.

Spierali się też o to historycy. Niektórzy jak Andrzej Friszke wpisali rewizjonistów w historię opozycji; inni jak Tomasz Strzembosz do tej tradycji podchodzili z lekceważeniem, określając ich jako „opozycję Jasia wobec Józia”, traktując ich opozycyjność jedynie jako element wewnątrz partyjnego konfliktu.

W skrajnych interpretacjach jedni traktują rewizjonistów właściwie jako ludzi demokratycznej opozycji (co ułatwia fakt, że wielu z nich rzeczywiście się później nimi stało), a drudzy mówią, że w zasadzie niczym oni nie różnili się od rządzących Polską komunistów. Jak było naprawdę?

Zawiedzeni „Wiesławem”

Nie sposób zrozumieć zjawiska rewizjonizmu bez uwzględnienia postaci Władysława Gomułki, który straszył rewizjonistami w swoich przemówieniach. Formacja, którą zwykło się nazywać tym mianem (mało kto sam siebie tak określał, raczej nazywali go tak inni) funkcjonowała w Polsce w czasach jego rządów. Nie tylko dlatego postać Gomułki ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia historii rewizjonistów. Byli to ludzie, którzy w Październiku gorąco go popierali, ale później doszli do wniosku, że zawiódł ich nadzieje – czego symbolicznym początkiem było zamknięcie legendarnego pisma „Po prostu”. Wielu pisarzy, naukowców, dziennikarzy pozostawało jednak w partii komunistycznej, chcąc reformować ją od środka i krytykować jej politykę z pozycji marksistowskich.

Co to znaczyło – marksistowska krytyka systemu, który na marksizmie się opierał? Odpowiedź na to pytanie nie może być jednoznaczna. Rewizjonistyczna krytyka systemu nie była jednorodna: Jacek Kuroń i Karol Modzelewski w swoim słynnym liście otwartym do partii z 1965 roku domagali się prawdziwej rewolucji, która doprowadzi do rzeczywistych rządów ludzi pracy, a nie dyktatury partyjnej biurokracji. Inni rewizjoniści chcieli częściowej demokratyzacji systemu, ale utrzymującej się w ścisłych ramach PRL, a więc na przykład z utrzymaniem władzy przez PZPR. Nie sposób nazwać ich więc demokratami. Wielu z nich stało się nimi później, ale w odniesieniu do ich poglądów z lat 60. to słowo jest nieadekwatne.

Zdawali sobie sprawę z tego także ci ludzie o nastawieniu antykomunistycznym i demokratycznym, którzy w latach 1956-1968 popierali rewizjonistów. To nie znaczyło, że zgadzali się z ich poglądami. Wybitny działacz emigracyjnej PPS Adam Ciołkosz pisał o tym już w 1957 r.: „Mamy pełny szacunek dla rewizjonistów, dla trudu intelektualnego, jaki w najcięższych warunkach wykonali, ale podać im rękę możemy tylko w jeden sposób: dopomagając im do dalszej ewolucji ideologicznej w kierunku socjalizmu demokratycznego i pracując w wolnym świecie nad wytworzeniem warunków, w których możliwe będzie w Polsce zbudowanie demokracji i demokratycznego socjalizmu”. Jerzy Giedroyc uważał, że należy wspierać zbuntowanych marksistów, chociaż ich poglądy były w dużej mierze obce. Dlaczego?

Lepszy katar niż gruźlica

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Krytyka partii właśnie z pozycji marksistowskich bywała dla komunistów bardziej groźna niż krytyka prezentowana z ludzi wychodzących z pozycji antykomunistycznych. Tych ostatnich łatwo było zdyskredytować. Rewizjonizm groził rozbiciem partii od wewnątrz, co wywoływało strach komunistycznych władz, dla których „frakcyjność” była najcięższym zarzutem.

Gomułka szybko zdał sobie sprawę, że rewizjonizm może być zagrożeniem. W pierwszych latach po dojściu do władzy balansował między dogmatykami, którzy chcieli powrotu do rzeczywistości stalinowskiej, a rewizjonistami, którzy parli do dalszych zmian, ale zdecydowanie większe zagrożenie widział w tych drugich. Zaatakował ich już w 1957 roku na IX Plenum KC PZPR, kiedy dogmatyzm porównał do kataru a rewizjonizm do gruźlicy.

Ataki na rewizjonistów ułatwiał fakt, że nigdy nie było dokładnie określone, co to znaczy rewizjonizm. Politolożka Magdalena Mikołajczyk – autorka książki „Rewizjoniści” wydanej przed kilkoma laty – pisała: „Rewizjonizmem było poszukiwanie zrozumienia świata i innej niż dopuszczalna narracji (casus Leszka Kołakowskiego), był nim atak na praktyki polityczne kojarzone z totalitaryzmem (casus Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia) oraz zbyt defensywna obrona partyjnej ortodoksji (tu mieściłaby się postawa Adama Schaffa”.

Granice tego pojęcia były rozmyte, co ułatwiało „znalezienie paragrafu” na kogoś źle widzianego przez władze, który pozwolili przypiąć taką łatkę. „Na tym polega właśnie wartość tej przezwy dla tych, którzy określają tak swoich towarzyszy. Rewizjonistą może być każdy, gdyż nie wiadomo, jaki jest właściwie kanon, którego rewizję się przeprowadza” – pisał w 1966 r. Michał Głowiński, najwybitniejszy komentator propagandowego języka polskich komunistów.

Łatka rewizjonisty nie kojarzyła się ona wielu osobom nieznającym się na meandrach wewnątrzpartyjnych sporów dobrze z jeszcze jednego powodu: bo mogli oni myśleć, że chodzi o coś związanego z „rewizjonizmem niemieckim”, a Niemcami w powojennej Polsce straszyć było łatwo.

Skoro tak wiele energii władza komunistyczna poświęcała na zwalczanie rewizjonizmu nie można zgodzić się z tezą, że de facto obu stron tego sporu niemal nic nie różniło.

Utrata złudzeń i nadziei

Gomułka w 1957 r. wymienił nazwiska trzech rewizjonistów: filozofa Leszka Kołakowskiego, poetę Wiktora Woroszylskiego i dziennikarza Romana Zimanda. I sekretarz KC PZPR wymienił ich obok siebie – ich postawa do 1957 roku była podobna. Wszyscy byli mocno zaangażowanymi komunistami w okresie stalinowskim, później zaangażowanymi w przemiany Października.

Wiarę, że system można zmieniać od środka, czyli będąc w PZPR, stracił Zimand. Ten dziennikarz „Po prostu” po zamknięciu pisma został wyrzucony z PZPR i w najbliższych latach dość gwałtownie zmienił poglądy: bardzo krytycznie oceniając swoją komunistyczną przeszłość. Ten proces był znacznie bardziej ewolucyjny u Kołakowskiego, którego wyrzucono z partii po słynnym referacie w dziesiątą rocznicę Października i Woroszylski, który wystąpił z partii w akcie protestu przeciwko tej decyzji.

Również inni rewizjoniści w różnych momentach byli wyrzucani z partii bądź  tracili wszelkie nadzieje na jej reformę  i „rzucali legitymację”. Rok 1968 przyniósł kres rewizjonizmu. Po tym jak władze PRL z popieranym przez rewizjonistów Gomułką sięgnęły po antysemickie hasła, a Praska Wiosna została zdławiona, raczej mało kto miał nadzieję, że ta droga wewnętrznej krytyki partii może coś przynieść. Wielu z nich przeszło do opozycji.

Ich historia pokazuje, że tak czarna, jak i biała legenda rewizjonistów są nieco ahistoryczne. Pierwsza na takie osoby jak Kołakowski czy Woroszylski patrzy z perspektywy ich zaangażowania w stalinizmie; druga – przez pryzmat ich później roli w demokratycznej opozycji. Tymczasem w czasie rewizjonizmu nie byli już komunistami posłusznymi władzy, ale jeszcze z pewnością dalecy byli od zwolenników demokracji. Niezależnie od oceny tego nurtu, nie sposób odmówić znaczenia formacji, którą tworzyły takie osoby jak choćby napiętnowana przez „Wiesława” trójka, a nazwiska ludzi, którzy przeszli drogę od zwolenników (niekiedy nawet janczarów systemu) do jego przeciwników można by wymieniać bardzo długo.