„Osobom homoseksualnym należy się zwykły szacunek. Nie jakaś specjalna delikatność, ale właśnie szacunek. Problem delikatności pojawia się natomiast wtedy, kiedy  podejmujemy temat homoseksualizmu” – mówi ks. Andrzej Szostek w rozmowie z Katarzyną Jabłońską i Cezarym Gawrysiem.

Katarzyna Jabłońska, Cezary Gawryś: Weźmy taką sytuację: osoba homoseksualna przez długie lata  zmaga się z nieakceptacją swojej kondycji. Podejmuje próby mające na celu zmianę orientacji, przechodzi liczne terapie wymagające wysiłku, czasu i pieniędzy, żarliwie się też modli, prosząc Boga o pomoc. Zmiana się jednak nie dokonuje, a życie z poczuciem, że homoseksualizm jest sprzeczny z naturą, pogłębia cierpienie i samotność. W końcu osoba ta – nie mogąc dalej znieść życia w wewnętrznym rozdarciu – decyduje, że ten sposób życia jest dla niej zbyt niszczący i postanawia zaakceptować swoją homoseksualną kondycję, a także zrealizować swoją tęsknotę za bliskością z drugim człowiekiem.

ks. Andrzej Szostek MIC: W takiej sytuacji człowiek mówi sobie: „Nie jestem w stanie pojąć tego wszystkiego”. Bóg jednak nie byłby Bogiem prawdziwym, gdybym wszystko łatwo rozumiał. Przyjmuję więc wymagania Kościoła katolickiego, który jest moim Kościołem. I będę się starał stosować do głoszonych przez niego reguł postępowania, chociaż jest to dla mnie ból i nie mogę tych spraw pojąć. Będę też szukał kontaktu z mądrymi ludźmi i rozmawiał z nimi, żeby trochę więcej pojąć z tego, czego teraz nie potrafię zrozumieć.

Homoseksualizm nie jest  jedynym przykładem sytuacji, kiedy jako wierzący chrześcijanie czegoś w zamiarach Bożych nie pojmujemy. Jest cały szereg rzeczy w Piśmie Świętym, a także w tradycji Kościoła, które trudno mi zaakceptować. I cóż w tym dziwnego? Gdybym bez trudu pojmował każdą objawioną prawdę lub normę postępowania, to miałbym prawo podejrzewać, że to nie Boga prawdziwego słucham, ale bożka, ręką ludzką uczynionego i ludzką perspektywą ograniczonego. Boże objawienie jest zawsze wyzwaniem, które przekracza nasze ludzkie pojmowanie.

Wszystkie nasze skłonności mogą być albo dobrze, albo źle wykorzystane

Sądzę, że homoseksualista buntujący się przeciw wymaganiom Biblii i Kościoła taką właśnie postawę może przyjąć: „Nie rozumiem, ale będę się starał, będę się modlił, będę pytał innych, będę prosił o pomoc. Pozostaję w tej sytuacji rozdarcia wewnętrznego, zachowując jednocześnie wierność Panu Bogu”. Może też być inna droga. Ktoś powie: „Naprawdę chciałem to pojąć, ale nie jestem w stanie tak żyć, w schizofrenii – z jednej strony, z akceptacją pewnych wymogów, a z drugiej strony, żywiąc głębokie osobiste przekonanie, że są one po prostu niesłuszne. Szukam, rozmawiam, kłócę się, ale nikt mnie nie przekonał – najmocniej przepraszam, ale proszę mnie z tego grona wyłączyć”. Są więc osoby homoseksualne, które mogą z tego powodu uznać, że ich miejsce nie jest w Kościele katolickim. To mnie może boleć, mogę takiego człowieka przekonywać, żeby się nie śpieszył z takim wyjściem, ale rozumiem taką decyzję. I mogą być wreszcie próby pogodzenia tych perspektyw.

Pamiętajmy, że trzeba odróżniać czyny od skłonności –  skłonności nie są grzechem. O tym mówi i Katechizm Kościoła Katolickiego, i Pismo Święte. Ostatecznie wszystkie nasze skłonności mają to do siebie, że mogą być albo dobrze, albo źle wykorzystane.

Homoseksualność jest zapewne taką skłonnością, która wymaga od człowieka szczególnie mozolnej i długiej pracy, ale w rezultacie i ona może przynieść dobre owoce. Nie widzę więc sprzeczności między tym, że w Kościele katolickim nie aprobuje się na tej samej zasadzie związków heteroseksualnych i związków homoseksualnych i wyklucza się możliwość uznania „małżeństw” homoseksualnych – a tym, że istnieje nie tylko możliwość, ale wręcz potrzeba umieszczenia w programie duszpasterskim Kościoła pomocy w budowaniu swego rozwoju w oparciu o skłonności homoseksualne.

Wiemy, że mówienie o konkretnych przypadkach jest ryzykowne, bo można je zawsze z jakiegoś względu zakwestionować, ale jednocześnie pozwalają one coś ważnego zilustrować. Do spowiednika przychodzi penitent i mówi mu, że ma kondycję homoseksualną, że żył kilka lat w związku, który był dla niego niesłychanie ważny duchowo i emocjonalnie, a w którym istniała również relacja fizyczna. Ten związek się skończył i on pragnie pojednać się z Bogiem. Zdaje sobie sprawę, że warunkiem spowiedzi jest żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy, on jednak nie umie szczerze żałować tego, co było, doświadczył bowiem w tamtej relacji wiele pięknych rzeczy, wiele dobra. Spowiednik mu odpowiada: „Rozgrzeszenie nie jest moim prywatnym podarunkiem, lecz darem Kościoła. Ja pana rozumiem, ale nie mogę dać rozgrzeszenia”. „Ale czy ksiądz mi wierzy?” – stawia na zakończenie pytanie ów człowiek. To pytanie trzeba chyba rozumieć tak: „Czy ksiądz mi wierzy, że ja naprawdę słucham swego sumienia?”

Ten człowiek był uczciwy, wyznał spowiednikowi, że nie potrafi żałować za wiele rzeczy, z których – w świetle reguł katolickich – powinien się wyspowiadać. Żal za grzechy, w ogóle spowiedź, to sfera mająca swoją dynamikę, podlegająca rozwojowi. Czy nie zdarzyło nam się piętnaście razy spowiadać z tego samego grzechu, a dopiero za szesnastym uświadomić sobie, jak ciężkie jest to przewinienie? Dopiero wtedy człowiek naprawdę żałuje! Czy to znaczy, że poprzednie rozgrzeszenia nie były ważne?

Gdybym to ja siedział w konfesjonale, powiedziałbym temu człowiekowi: „Kochany, to jest sakrament przebaczania grzechów. Za skłonności homoseksualne w ogóle nie mamy prawa rozgrzeszać, bo one same nie są grzechem. Jeśli jednak w tej relacji dochodziło do pewnych czynów, które wedle Kościoła są grzeszne, to tak – mogę cię rozgrzeszyć, jeśli je wypowiesz i jeśli za to żałujesz. A jeśli było w waszej relacji coś pięknego, to nie traktuj tego jako grzech, bo ja nie z tego, co piękne, cię rozgrzeszam, tylko z tego, co niepiękne. W ludzkim życiu tak już jest, że często to, co piękne, powiązane jest z tym, co brzydkie. Żałuj więc nie za to, że znasz kogoś, że się z nim spotykasz, lecz za to wszystko, czego się wstydzisz. Jeśli natomiast zachodzi sytuacja, że nie przemyślałeś jeszcze tego wszystkiego dostatecznie, to są dwa wyjścia. Albo teraz potencjalnie cię rozgrzeszę, tak jak tysiące innych ludzi, którzy przychodzą do konfesjonału, »teoretycznie« za swe grzechy żałując, w duchu zaufania do autorytetu Kościoła – albo pójdź i rozważ wszystko dogłębnie, może jeszcze nie dojrzałeś do spowiedzi. Zastanów się najpierw, co było w waszym związku niepiękne”.

Znaczyłoby to,  że sam związek jako taki nie musiał być niepiękny?

Oczywiście! A czy w związku heteroseksualnym wszystko musi być piękne? Jest związek sakramentalny, a mąż gwałci żonę albo dokonuje się szereg innych obrzydliwych rzeczy. Nie chodzi o to, by sam związek potępiać, ale czyny, które się w nim dokonywało. Powtarzam jednak: w tym przedstawionym przypadku zdarzył się akurat uczciwy penitent, który jest kłopotliwy dla spowiednika. Uczciwy, bo ma świadomość wagi słów, które wypowiada. W jednej z powieści Grahama Greene’a jest scena, kiedy bohater z takim upodobaniem wspomina wszystko, co wyznaje jako grzech, że trudno sobie wyobrazić, aby stać go było na odczuwanie żalu. W końcu ksiądz mu podpowiada: „Czy żałujesz tego, że nie żałujesz?”

Sakrament pokuty jest bardzo wymagający, a my często o tym zapominamy, traktując go niemalże rytualnie. Troszczymy się tylko o to, by nie zapomnieć jakiegoś szczegółowego grzechu, by wszystkie zostały zmazane. To jest niestety poziom bardzo wielu spowiadających się. A inne sakramenty? Wymogi ważności sakramentu małżeństwa to wolność, pełna świadomość, dojrzałość. Można by zapytać: jaki procent zawieranych w naszych kościołach małżeństw jest ważny? Przez „okno” homoseksualizmu wchodzimy w problematykę naszej bardzo powierzchownej religijności.

Spowiadam się z czynów, które ja sam – w świetle prawa Bożego – uznaję za grzeszne, nawet jeśli sam tego zła jeszcze nie rozumiem. Znam prawo Boże i choć nie w pełni je rozumiem, na zasadzie zaufania do autorytetu Kościoła wypowiadam swoje wykroczenia przeciw temu prawu, prosząc jednocześnie Pana Boga, aby mi pomógł lepiej zrozumieć, na czym grzeszność tych czynów polega i co mam z tym zrobić na przyszłość. W takiej sytuacji znajdujemy się nieraz – dotyczy to nie tylko osób homoseksualnych.

Przez „okno” homoseksualizmu wchodzimy w problematykę naszej bardzo powierzchownej religijności

Często robię takie ćwiczenie ze studentami. Pytam ich, jak zaczyna się Dekalog. Pada odpowiedź: „Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Mówię: „Stop. Które to jest przykazanie?” Tu konsternacja. Tymczasem to nie jest taki sobie mały wstęp dla nabrania rozpędu przed wymienieniem dziesięciorga przykazań. To zdanie ma wielką wagę. Oto Pan Bóg przywołuje siebie jako autorytet. „Ja jestem twój Bóg, który cię wywiódł z niewoli. Już ci się objawiłem. Przedstawiłem ci się jako ktoś mocny, mądry i tobie życzliwy. A teraz będziesz słuchał moich przykazań, które niekoniecznie będą dla ciebie oczywiste, pamiętaj jednak, kto to mówi. Ktoś od ciebie mądrzejszy i tobie życzliwy. Nie kradnij więc, choćbyś miał na to ochotę” – i tak dalej.

A przywołajmy Kazanie na górze. Wymagania Jezusa są trudne. „Gdy cię kto prosi o suknię, oddaj mu i płaszcz” – kto z nas tak robi? A jednak obok Kazania na górze nie przechodzimy obojętnie. Pan Jezus jest ode mnie mądrzejszy i wie, co mówi. Jego słowa niech przynajmniej stanowią dla mnie problem.

Znów wracamy do kwestii autorytetu. „W moim sumieniu to nic złego” – powiadamy. W takim razie mam głupie sumienie, jeśli nie ma w nim respektu dla Kogoś, kto okazał mi swoją dobroć i mądrość. Jeśli w infantylny sposób stawiam opór wszelkiemu autorytetowi – tylko dlatego, że przychodzi do mnie z zewnątrz – to w ten sposób zamykam sobie drogę do dojrzałości. Bóg nie zaczął swego dialogu z narodem wybranym od podyktowania mu przykazań, lecz od okazania mu w Egipcie swojej mocy i dobroci. Potem na Synaju odwołuje się do swego autorytetu, ale ten autorytet najpierw się wylegitymował. Św. Paweł Apostoł powie: „Wiem, komu zawierzyłem”.

Wróćmy jeszcze do kwestii „mylenia się w zgodzie z własnym sumieniem”, czyli „błędnego sumienia”. Dotyczy to bowiem nie tylko relacji do mnie samego, ale także moich relacji z drugim człowiekiem, który żyje inaczej, niż mówią obowiązujące nas jako katolików zasady. Jeżeli patrzę na taką osobę i widzę jej uczciwość w poszukiwaniu prawdy o Bogu, o swoim życiu, a jednocześnie ten człowiek przekonuje mnie, że jego homoseksualna natura jest równorzędna z naturą heteroseksualną, to jaką postawę wobec niego mam przyjąć? Na czym konkretnie ma polegać delikatność, do której wzywa nas Katechizm?

Nie jestem zobowiązany reagować natychmiast, widząc, że ktoś żyje inaczej, niż ja uważam za słuszne. Nie róbmy z siebie nieustannie sędziów! Nie spieszmy się z ingerencją. Oczywiście, czasem nie ma wyjścia. Gdy ktoś w mojej obecności wypowiada na przykład poglądy antysemickie i moje milczenie mogłoby być uznane za przyzwolenie, to muszę zabrać głos. Mogą się zdarzyć podobne sytuacje związane z kwestią homoseksualizmu – na przykład, jeśli ktoś w publicznej dyskusji wypowiada fałszywe poglądy na temat nauki Kościoła, nie mogę milczeć. Jako członek Kościoła jestem zobowiązany przedstawić jego nauczanie. Moje milczenie mogłoby być potraktowane w tym wypadku jako ucieczka od dyskusji na ważny temat.

W relacji z osobami homoseksualnymi nie należy koncentrować się na ich homoseksualności

Delikatność wobec osób homoseksualnych, do jakiej wzywa nas Katechizm, polega nie tylko na tym, by ich nie ranić niepotrzebnymi uwagami, ale również na tym, by w naszym podejściu do nich  nie koncentrować się na ich homoseksualności. Nie może być tak, że jeśli rozmawiam z homoseksualistą, to cały czas mam to w pamięci – takie podejście jest chore. Oczywiście, mogą zdarzyć się ludzie, z którymi, ze względu na ich podłe czy haniebne czyny, nie będę chciał w ogóle rozmawiać. Jednak homoseksualiści nie muszą do tej kategorii należeć. Kiedy rozmawiam z kimś, kto ma takie skłonności, nie tylko nie muszę tego tematu poruszać, ale nie muszę o tym w ogóle pamiętać.

Znam wiele osób, o których wiem, że są homoseksualne, a nigdy w rozmowie z nimi nie poruszyłem tego tematu. Podczas spotkań rozmawiamy o wspólnych zainteresowaniach, o polityce, gramy w szachy, napijemy się czasem dobrego wina. Osobom tym okazuję po prostu zwykły szacunek. Nie jakąś specjalną delikatność, ale właśnie szacunek. Problem delikatności pojawia się natomiast wtedy, kiedy  podejmujemy temat homoseksualizmu – tutaj rzeczywiście trzeba wykazać się delikatnością. Oczywiście, zawsze obowiązuje ona w konfesjonale. Ale także w kazaniach czy publicystyce – tu należy za wszelką cenę unikać języka prymitywnego czy potępiającego.

Bywają tacy publicyści, którzy z góry zakładają, że homoseksualista – już z racji swojej homoseksualnej kondycji – nie może być uczciwy w swoich życiowych wyborach. Nierzadko publicyści ci stoją na stanowisku, że homoseksualista może mieć swoje miejsce w Kościele jedynie wówczas, kiedy uzna, że jest chory i że się z homoseksualizmu „nawróci”.

Być może niektórzy z tych publicystów wychodzą z założenia, że temat homoseksualizmu wywoływany jest w dyskusji publicznej po to, by wymusić na nas uznanie tezy, że homoseksualizm i heteroseksualizm są równoprawne, że mają tę samą rangę moralną. Na uznanie związków homoseksualnych na równi z małżeństwami katolik zgodzić się nie może, jest to bowiem sprzeczne z chrześcijańską wizją człowieka i rodziny.

Inna natomiast jest sytuacja, kiedy uznaje się homoseksualistów za członków Kościoła pod warunkiem, że będą się „nawracać”. W takiej wizji Kościół przestaje być Kościołem grzeszników. Co to znaczy zresztą w tym wypadku „nawracać się”? Ze skłonności nie można się „nawrócić”, a z naszych grzechów musimy nawracać się nieustannie – wszyscy bez wyjątku. Ani ja, ani nawet papież, ani tym bardziej żaden katolicki publicysta nie ma prawa o kimkolwiek orzekać, że jest wykluczony z Kościoła.

Rozmawiali Katarzyna Jabłońska i Cezary Gawryś

Andrzej Szostek MIC – ur. 1945. marianin, filozof. prof. dr hab.  Był uczniem Karola Wojtyły, a później jego następcą jako kierownik Katedry Etyki na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Pełnił funkcję rektora KUL, był też członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej i Papieskiej Akademii Życia. Autor m.in. książek „Normy i wyjątki”, „Natura – rozum – wolność”, „Wokół godności, prawdy i miłości”, „Pogadanki z etyki” oraz wielu innych publikacji.


Fragment rozmowy opublikowanej pod tytułem „Na ostrzu sumienia” w książce „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm” pod redakcją Katarzyny Jabłońskiej i Cezarego Gawrysia.

Zapraszamy do udziału w spotkaniu „Kościół wobec homoseksualizmu i osób homoseksualnych” z głównym referatem ks. prof. Szostka. Spotkanie odbędzie się 28 października 2016 r. o godz. 19.00 w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Więcej szczegółów: tutaj.