Jego śmierć uzmysławia nam, że odszedł człowiek, po którym wyrwa nigdy nie zostanie zasypana. Żegnamy artystę na miarę Mickiewicza i Słowackiego, Chopina i Malczewskiego, Gombrowicza i Miłosza – mówił ks. Andrzej Luter podczas Mszy św. za Andrzeja Wajdę.

Publikujemy treść kazania wygłoszonego w kościele pw. św. Jacka w Warszawie 18 października 2016 r.:

Odszedł od nas Andrzej Wajda. Przed odejściem otrzymał ostatnie namaszczenie i pojednał się z Bogiem. Artysta na wskroś polski i z tą polskością ciągle się wadzący. „Chory na Polskę” – pisał o nim Jerzy Andrzejewski. Odchodzi pokolenie naszych wielkich wychowawców, autorytetów. W tej rzeczywistości, na tym świecie – już ich nie dotkniemy, nie usłyszymy ich głosu, ich mądrych rad, nie zobaczymy ich nowych, kolejnych dzieł; nie poczujemy ich oddechu, nie pokłócimy się z nimi. Koniec!

Ale bez śmierci nie ma życia. Tajemnica i milczenie!

Śmierć dla wierzącego nie jest łatwiejsza niż dla niewierzącego. Zarówno wierzący, jak i niewierzący pragną śmierć i cierpienie jakoś zracjonalizować, zrozumieć. Najczęściej to się nie udaje. Tomasz we fragmencie Ewangelii, którą przed chwilą usłyszeliśmy, mówi: „Panie, nie wiemy dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?”. Jaka jest nasza droga do zmartwychwstania, jaka jest nasza droga do zbawienia? Co tak naprawdę dzieje się z naszą duszą po śmierci, z naszą świadomością? Nie ma ludzkiej odpowiedzi na te pytania. I nie może jej być. „Tajemnica szczęśliwej komunii z Bogiem, i tymi wszystkimi, którzy są w Chrystusie, przekracza wszelkie możliwości naszego rozumienia i wyobrażenia” (ks. J. Tischner).

I kto nam będzie teraz o nas opowiadał? Panie Andrzeju, kto?

W arcydziele śp. Andrzeja Wajdy – „Pannach z Wilka” według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza – główny bohater Wiktor po pogrzebie swojego przyjaciela, zaraz na początku filmu, mówi do księdza: „Zastanawiałem się, czy w momencie śmierci człowiek odczuwa ciało swoje jak jeden wielki ból? I czy świadomość odrywa się od ciała jak plaster od rany? Jaki jest stosunek pomiędzy ciałem i jego martwotą?”. Ksiądz nie potrafił odpowiedzieć? Bo i jak? Wyjął kartkę z wierszem przyjaciela Wiktora: „I nic ci po mnie nie pozostanie, oprócz drżącego cienia na ścianie, snu co się prześni, oprócz oblanej wieczornym mrokiem trumny drewnianej”.

I druga scena. Rozmowa Wiktora ze starym wujem, który w czasie bezsennych nocy wspomina czyste, jasne chwile. „Wspominam ludzi, widzę ich takimi, jakimi byli wtedy, kiedy dawali mi przyjaźń, miłość, gdy byłem z nimi szczęśliwy”. I dodaje chwilę później: „Widzisz, Wiktorze, ja nie chcę, żeby śmierć mnie zaskoczyła, chcę ją przyjąć w pełnej świadomości, ciekaw jestem, jak myśl odrywa się od ciała, czy to jest wielki ból?; o, widzisz, takie jest moje pogodzenie, moje uspokojenie”.

Niepewność! Lęk? Wątpienie! Czy jest zbawienie, czy jest zmartwychwstanie? Może jest tylko nicość? Wątpienie może być błogosławione. A tajemnica zmartwychwstania odsłania swój sens jedynie przy rozbłysku iskry, która w sposób niezmanipulowany i niezaplanowany przeskakuje między Bogiem a nami – z Bożej strony ta iskra nazywa się łaską, a z naszej strony – wiarą. Gdybyśmy jednak tę centralną tajemnicę naszej wiary chcieli (na przykład za pomocą racjonalnej teologii) udowodnić i zrobić z niej coś, co byłoby bezboleśnie i bezproblemowo do przyjęcia dla wszystkich, zniweczylibyśmy ją (T. Halik, „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą”).

Chciałbym zatem powiedzieć – myśląc o śp. Andrzeju – że jest zmartwychwstanie. Że powtórnie wydźwignie się z nicości ludzkie czucie i myśl. Twarz przyjaciela i głos matki, i ojca Andrzeja, Jakuba Wajdy, którego zabito w Katyniu. Niezniszczalność dobra. Życie. Chciałbym powiedzieć za Hiobem, człowiekiem dobrym i sprawiedliwym, który cierpiał niewyobrażalnie: „Oczami ciała będę widział Boga. To właśnie ja Go zobaczę”.

Chciałbym…

Ale przecież zaraz po II wojnie Andrzej Wróblewski, przyjaciel Andrzeja Wajdy, mówił, że tam po drugiej stronie nic nie ma. Nie może być. Jest Wielkie Nic! W swoich obrazach odreagowywał traumę po hekatombie wojennej. Andrzej Wajda tak  wspominał przyjaciela z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie: „Przecież cała siła i dramat Andrzeja Wróblewskiego polegały na tym, że on malował ręką zmarłych i może dlatego tak bardzo był nierozumiany. Nie inaczej było z naszymi filmami. My przeżyliśmy,  i chcieliśmy, i staliśmy się głosem tych zmarłych”. I Andrzej Wajda był głosem najsilniejszym; zaraz po wojnie był głosem zmarłych.

Pokazał zatem, jak w kanałach ginęli młodzi powstańcy warszawscy – od granatów niemieckich, albo dusili się w strasznym odorze i wyziewach chemicznych, albo bezradni umierali z wycieńczenia, patrząc przez kratę na drugi brzeg Wisły. Pokazał, jak bohater „Popiołu i diamentu”, młody akowiec Maciek Chełmicki, który tak bardzo chciał żyć, ginie na śmietniku. Ginący na śmietniku akowiec miał w sobie wymiar tragizmu absolutnego. Śp. Andrzej w „Piłacie i innych”, na motywach „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa, scenę Golgoty umieścił także na śmietnisku przy autostradzie, u wjazdu do miasta. Pamiętamy wszyscy scenę w barze z „Popiołu i diamentu”, kiedy Maciek Chełmicki zapala lampki ze spirytusem. Płoną, jakby to był cmentarz. Jego przyjaciel Andrzej wymienia poległych: Haneczka, Wilga, Kossobudzki, Rudy, Kajtek, na końcu dodaje mocnym głosem: „My żyjemy”, a więc przeżyliśmy, trzeba walczyć, jesteśmy to im winni. Ironiczny śmiech Maćka, sugeruje, że powątpiewa on w sens tej walki. „Ja chcę żyć, tylko żyć”.

Nic więc dziwnego, że młodzi w „Niewinnych czarodziejach” próbują odrzucić przemoc pamięci, terror przeszłości; ale czy da się żyć z amputowaną pamięcią? Jak wierzyć po tym wszystkim? Jak wierzyć? Bazyli (Tadeusz Łomnicki) bohater filmu woła: Ty, Komeda, jakie są trzy cnoty ewangeliczne? Komeda: „To już koniec! Wiara, nadzieja, miłość”. Łomnicki liczy na palcach do trzech i mówi: „Cholernie dużo”. Niełatwo było po wojnie wierzyć w zmartwychwstanie; w ogóle wierzyć; nicość wydawała się bardziej realna, bliższa. Ale czy dzisiaj łatwiej wierzyć?

W filmach Andrzeja Wajdy przegląda się historia Polski, historia strachu, nadziei i wiary, upadku wielu polskich pokoleń. Swoimi filmami Wajda skutecznie podważał świat otaczającej nas zewsząd prymitywnej propagandy, dawał mojemu pokoleniu oddech wolności.

W filmach Andrzeja Wajdy przegląda się historia Polski, historia strachu, nadziei i wiary, upadku wielu polskich pokoleń

Jego filmy żyją w kolejnych pokoleniach. Po jego śmierci na nowo zmartwychwstają. Bartek, młody redaktor „Więzi”, urodzony już w wolnej Polsce, po upadku komunizmu, napisał pięć dni temu: „Obejrzałem wczoraj, po kilku latach bogatych w doświadczenia i zdobytą wiedzę, »Popiół i diament«. I czuję się oszukany. Oszukany, bo od lat 90. uczono nas w szkole (ale i cała kultura próbowała nam to wmówić), że PRL był czasem totalnego upadku państwa, narodu i kultury, że nic wartościowego się tam nie działo. Kłamali. To niesamowite, niewyobrażalne – sądząc po tym czego nas uczono – że takie filmy powstawały. »Popiół i diament« to film, w którym bohaterowie nie są malowani grubą kreską, wyraża za to prawdziwą tragedię i weltschmerz ówczesnego pokolenia. I jest w nim coś, w czym może się odnaleźć dzisiejsze młode pokolenie, zjedzone i wyplute przez skomercjalizowany świat. Panie Andrzeju, dziękuję. Wieczny odpoczynek… Bartek”.

Andrzej Wajda czerpał z tego, co polskie, czy wręcz arcypolskie. Uczył nas mądrego, krytycznego patriotyzmu. NAPRAWDĘ kochał Polskę – wspomina Agnieszka Holland. Kochał nie ksenofobiczny konstrukt, nie usypiający, męczeński mit, ale Polskę uczciwą, odważną, ciekawą innych i wielkoduszną.  

I, co ciekawe, doświadczenia jego bohaterów tak mocno uwikłanych w polską historię, polski los, są czytelne nie tylko dla Polaków. A to dlatego, że Wajda snuje wielowymiarową opowieść nie tylko o Polaku w Polaku i człowieku w Polaku, ale o człowieku w człowieku, który uwikłany w historię, czy po prostu w swój śmiertelny los, próbuje nie dać się unicestwić ani moralnie, ani fizycznie. I opowiada równocześnie Wajda o człowieku, który mimo tych wszystkich uwikłań i zapętleń, którym patronują Dostojewski czy Conrad, głodny jest życia. Aż po ostatni film „Powidoki” – wielki manifest wolnego artysty; wołanie o wolność artysty. Andrzej Wajda: człowiek z talentu, człowiek z mądrości. Człowiek z Polski.

Żył z nami, realizował nowe filmy, planował kolejną realizację, wypowiadał się na temat polskiej rzeczywistości; mądrze, był krytyczny, wyznawał bowiem zasadę, że prawdziwym patriotą jest ten, kto nie jest do końca zadowolony ze swojej ojczyzny. Słowem: był kimś oczywistym, stałym w polskim krajobrazie intelektualnym i duchowym – i dopiero jego śmierć uzmysławia nam, że odszedł człowiek, po którym wyrwa nigdy nie zostanie zasypana. Był jedyny, niepowtarzalny. Żegnamy wielkiego artystę na miarę Mickiewicza i Słowackiego, Chopina i Malczewskiego, Gombrowicza i Miłosza. Te nazwiska wymieniam nie na użytek kazania, żeby było bardziej patetycznie, bo uczestniczymy w pogrzebie. Nie, to jest fakt. Żegnamy dzisiaj artystę tej miary, co tamci.

I kto nam będzie teraz o nas opowiadał? Panie Andrzeju, kto?

Razem z Wajdą odchodzi do przeszłości nasze „my”, nasza nieinfantylna i niemegalomańska opowieść o sobie, mistrzowski obraz, w którym mogliśmy siebie poznawać i siebie kochać, coś, co nas tworzyło i łączyło. Odchodzi-my, odchodzimy. Lato się w nas przełamało.

Wychowali nas ludzie urodzeni w latach dwudziestych ubiegłego wieku. To jest także moje doświadczenie. Bo to właśnie takie osoby jak Andrzej Wajda były naszymi nauczycielami, mistrzami, kamieniami węgielnymi i punktami odniesienia. Tamto przedwojenne pokolenie urodzonych w latach dwudziestych; ci z nich, którzy szczęśliwie nie dali się zabić – wychowało kilka pokoleń Polski powojennej. Teraz to pokolenie słabnie i odchodzi. Odszedł i Andrzej Wajda, wszyscy jesteśmy jego wielkimi dłużnikami. Odszedł zapewne do równoległego wszechświata – jak pięknie napisał Stanisław Tym – bo często zaglądał w miejsca, o których mało kto wiedział.

To odejście urasta do rangi symbolu. Koniec wielkiego pokolenia został jakby przypieczętowany. Śmierć jednak nie zwycięży, ostatecznie nie zwycięży. Śp. Andrzej będzie żył wśród nas poprzez swoją wielką spuściznę; jego sztuki nie pokona czas. Na pewno nie pokona. Ale jest coś więcej: nic nie przepadnie i nic nie jest daremne. Ocalone jest najprostsze i największe imię człowieka. Myślę: Andrzej Wajda – i chcę powiedzieć: człowiek zmartwychwstał. „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele”. Jest zmartwychwstanie.