Domagając się wprowadzenia zmian w konstytucji dających pierwszeństwo krajowemu ustawodawstwu nad prawodawstwem unijnym, Viktor Orbán faktycznie podważa fundamenty, na których opiera się jedność europejska.

Porażka rządu w przeprowadzonym 2 października referendum w sprawie przyjmowania uchodźców (do urn poszło 43 proc. uprawnionych, zatem nie ma ono mocy wiążącej, mimo że 98 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko możliwości przyjmowania przez Węgry migrantów w kwotach ustalonych przez Unię Europejską) skłoniła Viktora Orbána do przyjęcia klasycznej i znanej w polityce strategii „ucieczki do przodu”.

Czy demonstracje wpłyną na zmianę polityki gabinetu Orbána?

Już następnego dnia po ogłoszeniu wyników plebiscytu szef rządu zapowiedział pilne przegłosowanie przez parlament poprawek do konstytucji przyjętej za rządów Fideszu w 2011 roku. Zmiany zagwarantowałaby pierwszeństwo ustawodawstwa krajowego nad decyzjami podejmowanymi przez instytucje unijne: Radę Unii Europejskiej i Komisję Europejską. Orbán twierdzi, że zmiany te doprowadzą do wzmocnienia i „scementowania woli narodu” wobec nacisków wielkich organizacji międzynarodowych.

– Logika ostatnich wydarzeń politycznych pokazuje, że wola narodu powinna zostać zabezpieczona i przetransformowana w konkretne zapisy prawa i ustawy – oświadczył w mediach premier w obliczu klęski referendum, na którego promocję rząd wyłożył spore środki. Według Orbán zmiany w konstytucji nie miałaby ograniczać się tylko do nowych zapisów o hierarchii prawa obowiązującego w naddunajskim państwie, ale również, w sposób praktyczny „bronić chrześcijańskiego i tradycyjnego charakteru kultury węgierskiej” poprzez zakazy osiedlania na Węgrzech większych grup obcokrajowców wywodzących się z innych kontynentów i kultur oraz wyznających inną religię.

Otwierając 17 października debatę w parlamencie na temat proponowanych zmian w ustawie zasadniczej, Orbán przyznał, że będą one stanowić wzór dla innych krajów Starego Kontynentu w dążeniu do przeciwstawienia się „bezosobowemu imperium brukselskiemu”.

Kurs na konfrontację

Najnowsze posunięcie rządu w Budapeszcie jest bez wątpienia konfrontacyjne wobec Unii i narusza niezapisaną formalnie w traktacie lizbońskim, lecz mającą odzwierciedlenie w dotychczasowym orzecznictwie Europejskiego Trybunału Konstytucyjnego, zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego nad narodowym. Kwestionuje również dotychczasowy model relacji Węgier z Unią, określony w pierwszym rozdziale obowiązującej ustawy zasadniczej. W ustępach 1. i 2. formułuje ona bowiem, że: „Węgry współdziałają w tworzeniu jedności europejskiej w interesie urzeczywistnienia wolności, dobrobytu i bezpieczeństwa narodów europejskich. Węgry, uczestnicząc w Unii Europejskiej jako państwo członkowskie, w stopniu zapewniającym korzystanie z praw i wypełnianie zobowiązań, mogą – wspólnie z innymi państwami członkowskimi – sprawować niektóre ze swych konstytucyjnych uprawnień za pośrednictwem instytucji Unii Europejskiej” (zob. tutaj).

Proponowane przez rząd zmiany uderzają również bezpośrednio w praktykę swobodnego przepływu osób na terenie Unii. Praktycznie żadne z 28 państw członkowskich nie ma bowiem w swoim ustawodawstwie zapisu, który ograniczałby możliwość osiedlania się kogokolwiek, a tym bardziej określonej grupy etnicznej, religijnej lub społecznej na całości lub części terytorium. Wyjątek stanowi Grecja, która do tej pory utrzymuje w jednym z rozdziałów konstytucji zakaz osiedlania się „innowierców i heretyków” na Półwyspie Athos. Wiążę się to jednak ze specjalnym statusem tego obszaru jako autonomicznej i samorządnej republiki mnichów prawosławnych w ramach terytorium Grecji, na którym nie ma zastosowania część zapisów greckiej ustawy zasadniczej, a pierwszeństwo mają prawo kanoniczne i wewnętrzne zarządzenia mieszkających tam wspólnot monastycznych.

Nowe zapisy wprowadzone z inicjatywy rządu mogą więc w sposób bardzo poważny zakwestionować już nie tylko niepisaną, choć powszechnie przestrzeganą w Unii kulturę prawną, ale w sposób pośredni, poddać w wątpliwość wolę wypełniania przez Węgry całego tzw. acquis communautaire, czyli traktatowego dorobku wspólnotowego, do którego przyjęcia Budapeszt zobowiązał się już w grudniu 1991 roku podpisując traktat stowarzyszeniowy z ówczesną EWG, następnie rozpoczynając negocjacje na temat wejścia do Unii wiosną 1998 roku, wytrwale kontynuowane przez cztery lata rządów I gabinetu Viktora Orbána oraz ostatecznie, referendum w sprawie wejścia kraju do Unii w kwietniu 2003 roku, w którym „tak” integracji powiedziało ponad 83 proc. obywateli kraju.

Narażają również Fidesz na konflikt z Europejską Partią Ludową (EPP), największą centroprawicową i chadecką frakcją w Parlamencie Europejskim, której rządząca partia pozostaje ważnym członkiem, a sam Orbán przez wiele lat pełnił funkcję jej wiceprzewodniczącego.

Jak to robią inni

Zazwyczaj w poszczególnych ustawodawstwach narodowych zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowego jest, tak jak chociażby w Polsce, sformułowana w sposób pośredni w postaci zapisu o możliwości przekazania organizacji międzynarodowej lub organu międzynarodowego kompetencji organów władzy państwowej w niektórych sprawach oraz bezpośredniego stanowienia prawa przez umowę podpisaną przez Polskę z organizacją międzynarodową (Artykuły 90. i 91. Konstytucji RP). Spod prawa wspólnotowego wyłączone są najczęściej, jak chociażby w przypadku Malty, Polski i Irlandii, uregulowania dotyczące spraw obyczajowych i kultury. Wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego z 2005 roku sygn. akt K 18/04 badający zgodność traktatu akcesyjnego z Konstytucją wskazuje, że prawo wspólnotowe może mieć pierwszeństwo nad ustawodawstwem krajowym, ale nie oznacza to, że ma automatycznie pierwszeństwo przed Konstytucją RP. Przy okazji badania zgodność z ustawą zasadniczą traktatu lizbońskiego (wyrok TK z 25 listopada 2010, Sygn. akt. K 32/09) stwierdzono ponadto, że nie mogą stanowić podstawy do przekazania organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu upoważnienia do stanowienia aktów prawnych lub podejmowania decyzji, które byłyby sprzeczne z Konstytucją RP.

Gaszenie wewnętrznego pożaru

Wydaje się, że ostatnie posunięcia rządu w Budapeszcie są w dużej mierze obliczone na potrzeby polityki krajowej. Tuż po ogłoszeniu wyników frekwencji w referendum nacjonalistyczne ugrupowanie Jobbik, które w wyborach przed dwoma laty zdobyło ponad 20 proc. głosów i dysponuje 23 fotelami w liczącym 199 deputowanych Zgromadzeniu Narodowym (Országgyűlés) wezwało premiera do dymisji z powodu, jego zdaniem, nieumiejętnej i nieskutecznej kampanii przedreferendalnej. Sekwencja wydarzeń politycznych po 2 października wydaje się potwierdzać taką strategię, gdyż Jobbik z zadowoleniem przyjął zgłoszenie przez rząd poprawek konstytucyjnych, a jego liderzy stwierdzili, iż propozycje Orbána jasno pokazują, że „unijna polityka multi-kulti poniosła sromotną klęskę”.

Orbánowi udało się więc zażegnać groźbę buntu najbardziej prawicowej i ciążącej ku sojuszowi z Jobbikiem części własnej  partii. Do krytyki rządu dołączyła również socjaldemokratyczna i liberalna opozycja: jedna z jej liderek, Timea Szabo z ugrupowania Dialog na rzecz Węgier (Párbeszéd Magyarországért), oświadczyła, że opozycja parlamentarna powinna podjąć wspólny wysiłek w kierunku odwołania „niehumanitarnego i nieodpowiedzialnego rządu FIDESZ-u” i rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych. Jednak hegemonii koalicji Fideszu i Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej (KDNP) opozycja – nawet zakładając, że jakimś cudem doszłoby do wspólnej akcji parlamentarnej Jobbiku oraz socjaldemokratów i liberałów – nie jest w stanie zagrozić.

Przeciwnicy rządu i jego coraz bardziej niedemokratycznego kursu zapowiadają protesty. Może je wzmocnić nieoczekiwane zamknięcie tuż po referendum jednej z największych opozycyjnych gazet, „Népszabadság”. Co prawda jako oficjalne powody zamknięcia tytułu są podawane kwestie ekonomiczne, jednak coraz więcej źródeł wskazuje, że przejęcia majątku tytułu mogli dokonać przez pośrednie spółki oligarchowie związani z rządem. Czy demonstracje wpłyną na zmianę polityki gabinetu Orbána? Trudno być tu optymistą, jako że gabinet Fideszu już kilka lat temu przetrwał masowe protesty związane z przyjęciem nowej konstytucji.

Według obecnej węgierskiej ustawy zasadniczej do zmiany konstytucji potrzebna jest większość dwóch trzecich głosów w parlamencie. Obserwatorzy przewidują, że rządzącej większości uda się ją zebrać, nawet jeżeli w tej chwili brakuje im kilku głosów. W przyśpieszonym trybie cały proces legislacyjny zakończony podpisem prezydenta może trwać nawet mniej niż trzy tygodnie.

Jeżeli Orbánowi uda się przeprowadzić proces zmian konstytucyjnych, Węgry jeszcze bardziej oddalą się od europejskich standardów politycznych, a pojawiające się wśród zachodnich polityków głosy o możliwości usunięcia kraju ze struktur Unii nie będą miały już tylko i wyłącznie charakteru abstrakcyjnych rozważań.