Prawo kanoniczne wprost nie zabrania księżom politykowania na Facebooku. Tak jak nie zabraniało wprost biskupowi Odonowi udziału z maczugą w ręku w bitwie pod Hastings.

950 lat temu, 14 października 1066 roku, pod Hastings na angielskim wybrzeżu kanału La Manche doszło do jednej z  najważniejszych i najsławniejszych bitew w historii Europy (a na pewno Wielkiej Brytanii). Książę Normandii Wilhelm Zdobywca pokonał króla Anglii Harolda; Harold zginął w bitwie, zaś Wilhelm niedługo potem sam został koronowany. To była ostatnia udana inwazja na Wielką Brytanię (gdy w 1688 roku Wilhelm Orański lądował, by pozbawić władzy ostatniego katolickiego króla Jakuba II Stuarta praktycznie nie napotkał zbrojnego oporu).

Maczuga zamiast miecza

Bitwa pod Hastings zmieniła historię Anglii. Harold był ostatnim królem pochodzenia anglosaskiego, a odtąd przez najbliższe stulecia krajem mieli rządzić władcy, których ojczystym językiem był francuski i którzy interesowali się przede wszystkim sprawami kontynentu.

Biskup Odo walczył maczugą, a nie mieczem, bo… duchownym nie wolno przelewać krwi

Swoją sławę bitwa pod Hastings zawdzięcza nie tylko historycznemu znaczeniu. Jest też chyba najlepiej udokumentowaną ikonograficznie bitwą średniowiecza. Do dzisiaj w Bayeux w Normandii można oglądać słynną tkaninę, na której niczym w nowoczesnym komiksie przedstawiona jest cała historia wyprawy Wilhelma do Anglii. Tkanina została sporządzona na zlecenie Odona, brata Wilhelma. On sam jest tam wyobrażony w środku bitwy, na koniu, zagrzewając towarzyszy do boju, z maczugą w ręku.

Dlaczego z maczugą? Bo był biskupem, a duchownym przecież nie wolno przelewać krwi. No, ale maczuga to przecież nie miecz, nie tnie, lecz miażdży, tak więc w zasadzie wszystko było w porządku… A bratu pomóc trzeba! Kronikarze są zresztą zgodni, że biskup Odo faktycznie odegrał pod Hastings bardzo dużą rolę, zwłaszcza w momencie, gdy wydawało się, że szyki normandzkie już się łamią. Być może jego przedstawienie na tkaninie w Bayeux miało pokazać, że faktycznie nie brał udziału w bezpośredniej walce, a ograniczał się do zachęcania do niej i dowodzenia – czyli teoretycznie zachowywał się zgodnie ze swoim stanem duchownym.

Harold

Harold, trzymając ręce na relikwiach, przysięga Wilhelmowi, że uzna jego prawa do tronu Anglii

Papieski sztandar

Wyprawa Wilhelma do Anglii nie była zwykłą wyprawą łupieżczą, taką jak rajdy Wikingów z poprzednich dziesięcioleci. Wilhelm płynął po angielską koronę, uważał bowiem, że ma do niej prawo. Obiecał mu ją poprzedni władca, bezdzietny Edward Wyznawca.

Co więcej, kilka lat przed śmiercią Edwarda Wilhelm zmusił Harolda do przysięgi, że ten nie będzie się sam starał o koronę i uzna jego roszczenia. Harold pewnie uważał, że z takiej przysięgi, złożonej pod przymusem, łatwo się będzie mógł wykręcić. Nie wiedział jednak, że na stole, na którym składał przysięgę, Wilhelm ukrył pod obrusem różne święte relikwie. A takiej przysięgi nie powinno się łamać – Harold, równocześnie ze swoją koronacją, stawał się krzywoprzysięzcą.

Miało to wymiar nie tylko moralny, ale i propagandowy. Wyprawa Wilhelma stawała się niemal krucjatą, miała na celu przywrócenie zachwianego porządku i ukaranie grzechu. Wilhelm postarał się też o poparcie papieża. Według jednego z przekazów papież przekazał mu swoją chorągiew – znak, którego normalnie udzielano tylko wyruszającym na wojnę z niewiernymi. Harold swoim czynem stawał się jednak jakby niewiernym, a Normanowie mogli mieć poczucie, że walczą nie tylko dla swojego księcia, ale i dla Pana Boga – z Jego poparciem, dla wymierzenia Jego sprawiedliwości.

Księża zaangażowani partyjnie

Nawet u największych apologetów średniowiecznej christianitas powyższe fakty budzą raczej pewien niesmak. Biskup walący przeciwników maczugą po głowie – bez rozlewania krwi! – to chyba jeden ze szczytowych przykładów triumfu litery prawa nad jego duchem. Z kolei poparcie papieskie dla jednej ze stron w wojnie, w której chodziło wyłącznie o sprawy personalne, jest dalekie nawet od ideałów wypraw krzyżowych.

Wydawałoby się, że tego typu problemy zostawiliśmy już dawno za sobą. Kościół chciałby to zresztą zagwarantować kanonem 287 Kodeksu Prawa Kanonicznego: „§ 1. Duchowni powinni jak najbardziej popierać między ludźmi pokoju i zgody, opartej na sprawiedliwości. 2. Nie mogą brać udziału w partiach politycznych ani w kierowaniu związkami zawodowymi, chyba że –  zdaniem kompetentnej władzy kościelnej – będzie wymagała tego obrona praw Kościoła lub rozwój dobra wspólnego”.

Czy ksiądz, nie biorąc udziału w walce politycznej, może zagrzewać do niej innych?

W Polsce bardzo rzadko zdarza się, żeby księża wprost łamali drugi paragraf tego kanonu (obowiązuje on od 1983 roku, więc zostawmy na boku zaangażowanie polityczne w okresie międzywojennym). Takie przypadki jak występy księdza Józefa Tischnera w telewizyjnym spocie wyborczym Kongresu Liberalno-Demokratycznego czy jego udział w radzie programowej Unii Wolności zdarzały się sporadycznie (i, jak widać, wcale nie były ograniczone do partii prawicowych, z którymi księża sympatyzują częściej).

Problem bezpośredniej aktywności politycznej duchownych pojawiał się ostatnimi czasy głównie w Ameryce Łacińskiej. Przypomnijmy casusy księży ministrów w sandinistowskim rządzie w Nikaragui w latach osiemdziesiątych czy biskupa-prezydenta Fernando Lugo w Paragwaju. „Kompetentna władza kościelna”, czyli w tym przypadku papież, za każdym razem wzywała tych duchownych, by wybrali między działalnością polityczną a kościelną.

Co ma do tego Facebook?

Księża nie powinni więc „brać czynnego udziału w partii”. Czy to jednak znaczy, że nie mogą mieć swoich poglądów politycznych? A jeśli mają, to czy nie mogą ich ujawniać?

Większość radzi sobie z tym problemem dobrze, odróżniając wypowiedzi publiczne (w mediach, ale przede wszystkim na ambonie!) od prywatnych. Ostatecznie nie ma przecież żadnego zakazu, by ksiądz powiedział swojej rodzinie lub przyjaciołom na kogo głosował. Jednym z poważniejszych współczesnych problemów są jednak media społecznościowe – księża mają tam często setki czy tysiące „znajomych” (celowo umieszczam to słowo w cudzysłowie). Ich wypowiedzi – albo jeszcze częściej wypowiedzi, które „polubią” lub „udostępnią” (granica między chęcią zwrócenia na coś uwagi a podpisaniem się pod czyjąś opinią jest tu zresztą mocno nieokreślona) – często mają niewiele wspólnego z zachowywaniem pokoju i zgody, a więcej z okładaniem kogoś słowną maczugą.

Oczywiście, prawie każdy duchowny powie, że wypowiada się w mediach społecznościowych po to, by zgoda była oparta „na sprawiedliwości”. Problem w tym, że z reguły trudno tę sprawiedliwość jednoznacznie zdefiniować i często okazuje się, że jest ona bliska jednoznacznemu poparciu tej lub innej partii. Czy wpis na Facebooku komentujący jakieś posunięcie obecnego rządu słowami „no wreszcie ktoś uczciwy u władzy” albo „tylko kretyn mógł coś takiego wymyślić” to już aktywność polityczna, czy jeszcze nie? A podanie dalej szyderczego żartu z obecnego lub poprzedniego prezydenta Rzeczypospolitej? Nie wiem.

Prawo kanoniczne wprost tego nie zabrania. Tak jak nie zabraniało wprost udziału w bitwie z maczugą w ręku. Tyle że po 950 latach czujemy, iż nie miało to wiele wspólnego z „popieraniem pokoju i zgody”, nawet jeśli odbywało się pod sztandarem papieża (którego i dzisiaj próbuje się umieścić w jednym lub drugim obozie politycznym). Niestety, media społecznościowe (i w ogóle internet) dają ogromne możliwości, by – nawet jeśli teoretycznie nie uczestniczy się w walce politycznej – ze wszystkich sił zagrzewać do niej innych.