Świat i byt nie są ślepo posłuszne nakazom technokratów czy techników polityki. Nie po to istnieją, by spełniać ich zamiary. Buntują się.

Przybywam do Państwa z kraju, który przez długie lata żył w oczekiwa­niu wolności. Niech mi więc wolno będzie, korzystając z dzisiejszej okazji, przedstawić krótkie rozmyślanie na temat zjawiska czekania.

Istnieje wiele sposobów czekania. Czekanie na Godota, będącego uosobieniem wyzwolenia czy też powszechnego zbawienia, mieści się na jednym krańcu szerokiej palety obejmującej różne formy czekania. Dla wielu z nas, którzy żyliśmy w przestrzeni komunistycznej, czekanie było często, a może nawet stale, bliskie temu właśnie skrajnemu rozumieniu. Ludzie zaszczuci, stłamszeni, skolonizowani od wewnątrz przez system totalitarny, tracili wszelką nadzieję na znalezienie jakiegoś wyjścia, tracili wolę działania, a nawet poczucie, że jakiekolwiek działanie leży w ogóle w ich mocy. Jednym słowem, tracili nadzieję.

Nie przestawali jednak potrzebować tej nadziei, nie mogli przestać jej potrzebować, gdyż życie wyzbyte nadziei traci sens. Właśnie dlatego cze­kali na Godota. Nie umiejąc już wykrzesać nadziei w sobie, oczekiwali jej ze strony nieokreślonego wybawienia, które miało przyjść z zewnątrz. Ale Godot – ten, na którego się czeka – nigdy nie przychodzi, po prostu dlatego, że nie istnieje. On jest tylko substytutem nadziei. Jako wytwór naszej niemocy, nie jest nadzieją, lecz ułudą. Jest strzępem materiału, który ma służyć do załatania rozdartej duszy, gdy tymczasem sam jest dziurawy. Tak wygląda nadzieja ludzi pogrążonych w beznadziejności.

Potrzeba mówienia prawdy

Na drugim krańcu palety mamy inny rodzaj czekania: czekanie jako cierpliwość. To czekanie ożywione jest wiarą, że czymś zasadniczym jest stawianie oporu poprzez mówienie prawdy, że po prostu tak właśnie trze­ba postępować, bez oglądania się na to, czy zaangażowanie to przyniesie jakieś owoce w bliższej czy dalszej przyszłości, a może w ogóle okaże się daremne. To czekanie oparte jest na silnym przeświadczeniu: bez względu na to, czy buntownicza prawda będzie kiedykolwiek uznana, niezależnie od tego, czy pewnego dnia zatriumfuje ona czy też przeciwnie, jak już bywało tyle razy, zostanie zduszona – trzeba tę prawdę powtarzać, i ma to sens samo w sobie, choćby ten, że stanowi szczelinę w królestwie po­wszechnego zakłamania.

Chcia­łem przyspieszyć Historię, tak jak dziecko, które ciągnie roślinę, żeby szybciej rosła

Na drugim miejscu dopiero wymieniłbym czekanie oparte na przeko­naniu, że zasiane ziarno się zakorzeni i pewnego dnia zakiełkuje. Nikt nie wie, kiedy to się stanie. Przyjdzie kiedyś taki dzień. Być może będzie to już udziałem innych pokoleń. Taka postawa, którą dla ułatwienia będę tu nazywał dysydencką, zakładała i kultywowała cierpliwość. Ta postawa nauczyła nas cierpliwości. Nauczyła nas czekać. Czekanie jako cierpli­wość. Czekanie jako stan nadziei, a nie jako wyraz poddania się bezna­dziejności. Można powiedzieć, że czekanie na Godota nie ma sensu, to okłamywanie samego siebie, a więc strata czasu, podczas gdy ten drugi rodzaj czekania ma sens. To nie słodkie kłamstwo, lecz gorzkie życie w prawdzie, które jest nie stratą czasu, lecz jego wypełnieniem.

Czekać, aż wzejdzie ziarno, które jest z istoty dobre, to coś innego niż „czekać na Godota”. Czekanie na Godota to czekanie na zakwitnięcie lilii, której nie posadziliśmy.

Polityka jako niekończący się proces

Chciałbym uniknąć nieporozumień: obywatele żyjący w strefie komunistycznej nie dzielili się na tych, którzy czekali na Godota z jednej stro­ny, i dysydentów z drugiej. Wszyscy byliśmy w pewnej mierze raz czekającymi na Godota, a raz dysydentami, jedni zajmowali bardziej pierwszą postawę, inni – drugą. Jednakże całe to doświadczenie można by sprowadzić do stwierdzenia, że czekanie nie zawsze ma tę samą war­tość.

Moje rozważania nie wynikają z jakiejś nagłej potrzeby nostalgicznego przywoływania przeszłości. Pragnę natomiast z doświadczenia, jakie było naszym udziałem, wydobyć coś istotnego na dziś i na przyszłość.

Pozwolą Państwo, że będę mówił przez chwilę w pierwszej osobie. Otóż, choć sam byłem wyćwiczony w tej umiejętności cierpliwego czeka­nia i głęboko przekonany o jego sensie, to jednak muszę wyznać, że przez ostatnie trzy lata, a więc od czasu pokojowej rewolucji antytotalitarnej – coraz bardziej popadałem w zniecierpliwienie graniczące z rozpaczą. Za­dręczałem się tym, że zmiany przebiegają o wiele za wolno, że mój kraj nie ma ciągle nowej demokratycznej konstytucji, że Czechom i Słowakom nie udaje się porozumieć w sprawie dalszej koegzystencji w tym samym państwie, że nie dość szybko zbliżamy się do demokratycznego świata Zachodu i jego struktur, że nie potrafimy uporać się z przeszłością, że zbyt wolno pozbywamy się resztek dawnego systemu i całej nędzy moral­nej, jaką po sobie pozostawił.

Pragnąłem rozpaczliwie, aby choć jeden z tych celów został zrealizo­wany. Aby można go było skreślić z listy jako problem rozwiązany, czyli zlikwidowany. Aby praca, którą wykonywałem stojąc na czele państwa, doprowadziła wreszcie do jakiegoś widocznego rezultatu, nie dającego się zakwestionować, namacalnego i niepodważalnego, a więc do czegoś zakończonego. Trudno mi było pogodzić się z myślą, że polityka to proces niekończący się, podobnie jak Historia, proces, który nigdy nie pozwala powiedzieć: oto coś zostało ukończone.

Tak jakbym zapomniał, co to jest czekanie – to jedyne, które ma sens.

Potrzeba pokory

Dziś, z dystansu mogę sobie to wszystko spokojnie przemyśleć. I za­czynam rozumieć, że moja niecierpliwość doprowadziła mnie do stanu, który sam zawsze poddawałem krytycznej analizie. Popadłem mianowicie w ten rodzaj niecierpliwości, jakże destrukcyjnej, która typowa jest dla nowoczesnej cywilizacji technokratycznej, zadufanej w swoim racjonali­zmie, przekonanej, zupełnie niesłusznie, że świat jest czymś w rodzaju wielkiej krzyżówki, w której dla każdego problemu jest tylko jedno po­prawne rozwiązanie – rzekomo obiektywne; i że to ja sam decyduję o jego realizacji.

Choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, de facto popadłem w perwer­syjne poczucie pewności, że jestem absolutnym panem rzeczywistości, a moim jedynym powołaniem jest udoskonalić tę rzeczywistość według jakiejś gotowej formuły. Skoro zaś tylko ode mnie zależy wybór właściwej chwili – nie widziałem powodu, by nie dokonać dzieła od razu. Krótko mówiąc uznałem, że jestem panem czasu.

I to był wielki błąd. Albowiem świat, byt i historia mają czas własny, w który my możemy się wprawdzie włączać w twórczy sposób, ale nad któ­rym nikt nie może w pełni zapanować. Świat i byt nie są ślepo posłuszne nakazom technokratów czy techników polityki, nie po to istnieją, by speł­niać ich zamiary. Buntują się przeciwko nim, nie poddają się ich upra­szczającym wyjaśnieniom. Toteż nawet jeśli świat, byt i historia niosą niespodzianki i tajemnice zaskakujące nowoczesne myślenie – które jest w gruncie rzeczy racjonalistyczne – to zarazem płyną jakimś właściwym sobie, krętym, podziemnym nurtem. Gdybyśmy chcieli zlikwidować tę nie­przeniknioną „krętość” za pomocą jakiejś piekielnej zapory, podjęliby­śmy ogromne ryzyko: od wyschnięcia wód podziemnych aż po tragiczne zmiany w biosferze.

Potrzeba czekania

Zastanawiając się nad moją niecierpliwością jako polityka, dochodzę do przekonania, że współczesny i przyszły homo politicus – pozwolą Pań­stwo, że posłużę się pojęciem: homo politicus postnowoczesny – musi nauczyć się czekać, w najlepszym i najgłębszym znaczeniu tego słowa. Nie chodzi już o czekanie na Godota, ale o czekanie, które będzie wyrazem szacunku dla immanentnego ruchu wszystkiego, co istnieje, dla natury rzeczy, dla ich samodzielnego bytu i własnej dynamiki, która oporna jest na wszelką gwałtowną manipulację. Tak czekać, to dać szansę każdemu zjawisku, aby ukazało swoją własną naturę, ujawniło swą prawdziwą sub­stancję. Postępowanie postnowoczesnego człowieka polityki powinno wy­nikać nie z bezosobowej analizy, lecz z osobistej wizji. Zamiast umacniać się pychą, powinno karmić się pokorą.

Utopiści, którzy  myślą, że świat poddaje się naszej absolutnej kontroli, powodują straszliwe cierpienia

Świat bowiem różni się czymś od maszyny i nie poddaje się naszej absolutnej kontroli. Nie da się go całkowicie przebudować na podstawie jakiegoś technicznego pomysłu. Utopiści, którzy w ten sposób myślą, powodują w końcu straszliwe cierpienia. Rozum, jeśli oderwie się od ludzkiej duszy – która z istoty jest jedyna i niepowtarzalna – i uczyni się głównym motorem wszelkiego działania politycznego, musi doprowadzić do przemocy.

Świat buntuje się przeciwko porządkowi narzuconemu mu przez mózg, który, jak się wydaje, zapomniał, że jest zaledwie skromną cząstką tej nieskończenie bogatej konstrukcji, którą zwiemy światem. Im bardziej poddajemy świat władzy kategorii racjonalnych, z im większą bezwzględ­nością i niecierpliwością to czynimy, tym większe są wybuchy nieracjonal­ności, jakimi świat nas zaskakuje.

Potrzeba słuchania

Ja, sarkastyczny krytyk wszystkich pełnych pychy egzegetów tego świa­ta, który jest naszym światem, musiałem sobie w pewnym momencie przy­pomnieć, że ten świat trzeba nie tylko wyjaśniać, ale także rozumieć. Nie wystarczy narzucić mu nasze słowa. Trzeba też nastawiać ucha i wsłuchi­wać się w polifonię jego głosów, jakże często sprzecznych. Nie wystarczy opisywać za pomocą naukowych terminów mechanizm rzeczy i zjawisk – należy je także poczuć, doświadczyć ich istoty.

Nie należy trzymać się kurczowo kalendarza, który sami ustaliliśmy dla naszego oddziaływania na świat, trzeba się również otworzyć na nie­skończenie bardziej zawiły kalendarz, który świat ustala sam dla siebie, kalendarz będący integralną częścią tysięcy autonomicznych kalendarzy rządzących nieskończoną liczbą zjawisk przyrodniczych, historycznych i ludzkich.

Nie należy czekać na Godota.

Godot nie przyjdzie, bo nie istnieje.

Nie da się go też wymyślić. Typowym przykładem Godota wymyślone­go, który w końcu nadszedł, a więc Godota fałszywego, który twierdził, że nas zbawi, a tylko niszczył i dziesiątkował – był komunizm.

I tak z przerażeniem doszedłem do wniosku, że moja niecierpliwość dotycząca przywracania demokracji miała w sobie coś komunistycznego. Lub też, ogólniej mówiąc, coś racjonalistycznego, oświeceniowego. Chcia­łem przyspieszyć Historię, tak jak dziecko, które ciągnie roślinę, żeby szybciej rosła.

Myślę, że musimy uczyć się czekać, tak jak uczymy się tworzyć. Trzeba cierpliwie siać ziarno, troskliwie podlewać ziemię tam, gdzie ziarno zosta­ło posiane, a roślinom zostawić odpowiednią ilość czasu. Rośliny nie da się oszukać, i tak samo nie da się oszukać Historii. Ale można ją podle­wać. Cierpliwie, dzień po dniu. Ze zrozumieniem, z pokorą, ale także z miłością.

Jeśli politycy i obywatele nauczą się czekać – w najlepszym znaczeniu tego słowa – przejawiając w ten sposób szacunek dla immanentnego ładu świata i jego niezmierzonej głębi; jeśli zrozumieją, że wszystko na tym świecie ma swój własny czas i że, choć ważne jest to, czego oni oczekują od świata i od Historii, to równie ważne jest wiedzieć, jakie nadzieje ze swej strony żywią świat i Historia – wówczas ludzkość może nie skończy tak źle, jak sobie niekiedy wyobrażamy.

Czas dojrzewania

Przybywam do Państwa z kraju ludzi niecierpliwych. Są niecierpliwi, bo długo czekali na Godota i teraz wydaje im się, że on wreszcie nadszedł. Są jednak w błędzie, tak jak wielkim błędem było tamto ich czekanie. Godot bowiem nie nadszedł. I bardzo dobrze, bo gdyby nadszedł, mógłby to być tylko Godot wymyślony, Godot komunistyczny. Po prostu to, co miało dojrzeć, dojrzało. Może ten owoc dojrzałby wcześniej, gdybyśmy umieli go lepiej podlewać. Teraz mamy tylko jedno do zrobienia: owoce z obecnych zbiorów przekształcić w nowe ziarna i cierpliwie je podlewać.

Nie ma powodów, żeby się niecierpliwić, jeśli zasiew i podlewanie są w porządku. Wystarczy zrozumieć, że nasze czekanie nie jest pozbawione sensu.

Nasze czekanie ma sens, gdyż wyrasta z nadziei, a nie z poczucia bez­nadziejności; z wiary, a nie z rozpaczy; z pokory w obliczu rytmu tego świata, a nie z lęku przed nim; a spokój tego czekania wiąże się nie z nudą, lecz z twórczym napięciem. Takie czekanie jest czymś więcej niż zwykłym czekaniem.

To życie, życie jako radosne uczestnictwo w cudzie istnienia.

Dziękuję Państwu za uwagę.

Przemówienie wygłoszone przez byłego prezydenta Czechosłowacji 27 października 1992 roku w Institut de France w Paryżu z okazji przyznania mu członkostwa zagranicznego francuskiej Akademii Nauk Moralnych i Politycznych. Oryginał opublikowany w „Le Monde” 29 października 1992 r. Tłum. z francuskiego: Maria i Cezary Gawrysiowie. 

Tekst ukazał się w miesięczniku WIĘŹ 1993, nr 2. Śródtytuły od redakcji Laboratorium „Więzi”.