Rozumiem, że także część społeczeństwa nastawiona bardziej „za życiem” miała potrzebę wyrażenia swojego niepokoju wobec projektu Ordo Iuris. Czy trzeba było jednak stawać ramię przy ramieniu z kobietami pragnącymi wprowadzić aborcję na życzenie?

Mamy za sobą dzień walki na kolory. Podczas gdy jedne z nas wyszperały w szafie czarne ubrania, inne – choćby na co dzień nosiły głównie czerń – tego dnia zrobiły wszystko, aby w swojej stylizacji jej uniknąć lub wręcz przywdziać kolory manifestacyjnie intensywne (sama obrałam tę ostatnią drogę, o czym dalej).

Patrząc tego dnia na idących ulicami ludzi (w protest włączyli się także, choć w mniejszej skali, mężczyźni), można by powiedzieć: „No w końcu wszystko wiadomo. Od razu jasne, jakie kto ma poglądy”. Żadnej oczywistości w istocie tu jednak nie ma. Wśród protestujących znalazły się zarówno zwolenniczki aborcji na życzenie, domagające się liberalizacji ustawy, jak też kobiety z różnych powodów obawiające się zmian proponowanych w projekcie Inicjatywy Stop Aborcji i opowiadające się za pozostaniem przy obecnym tzw. kompromisie aborcyjnym, z trudem wypracowanym w 1993 roku.

Pewna znajoma wyjaśniła mi, że przywdziała czerń niejako przeciw projektom liberalizacyjnym. Zaskakujące? Ewentualne zaostrzenie prawa w kwestii aborcji będzie według niej skutkowało irytacją społeczną i wychyleniem wahadła opinii w stronę liberalną. Po zmianie rządów może zaowocować to nową ustawą, dopuszczającą przerwanie ciąży w znacznie większej liczbie wypadków niż obecnie, choćby i „na życzenie”.

Teraz nastąpiła moja kolej, by objaśnić jej powód, dla którego na ten dzień wybrałam strój kolorystycznie upodabniający mnie do drobnego ptaka, amadyńca. Otóż choć rozumiem obawy związane z projektem „Stop aborcji” („rozumiem” nie jest tu w pełni tożsame z „podzielam”), nie wydaje mi się dobrym posunięciem włączanie się w protest, którego medialną twarzą stała się m.in. Barbara Nowacka, promująca przy okazji liberalizacyjny projekt „Ratujmy kobiety” (gwarantujący swobodę przerwania ciąży do końca 12. tygodnia jej trwania – a decyzji tej nie ograniczają żadne dodatkowe zasady).

Jeśli zatem kobiety zasadniczo skłonne otoczyć życie dzieci poczętych ochroną prawną również miały potrzebę wyrażenia swojego sprzeciwu wobec projektu Ordo Iuris, mogły przygotować swój własny protest. Podobno wydarzenie o tak wielkiej skali jak Czarny Poniedziałek zrodziło się oddolnie – uczestnicy skrzyknęli się w mediach społecznościowych. Skoro tak, mogły się w swoim gronie skrzyknąć także kobiety, które nie mają nic wspólnego z radykalnymi feministycznymi postulatami.

Wspólnie protestowały zwolenniczki aborcji na życzenie i obrończynie obecnej ustawy

Może je niepokoić pomysł karania kobiet, przeciw któremu opowiedział się zresztą Episkopat, jak również liderzy organizacji pro-life zrzeszeni w Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. Może wywoływać obawy także to, czy przy nowej ustawie lekarze odważyliby się wykonywać badania prenatalne i podejmować w czasie ciąży bardziej skomplikowane leczenie matki i dziecka. „Lekarze przestaną leczyć” – krzyczał tytuł wywiadu z prof. Romualdem Dębskim, opublikowany w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej”. Z kolei prof. Bogdan Chazan, zaangażowany w Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Aborcji”, broni tego projektu, zapewniając, że nie łączy się on z żadnym zagrożeniem dla zdrowia i życia matek. Także gdy chodzi o opinie prawników, będą one zupełnie rozbieżne.

Komu w takiej sytuacji wierzyć? Jeśli sami nie dysponujemy fachową wiedzą medyczną czy prawną, nie potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak ustawa przełoży się na praktykę lekarską. Możemy się czuć kompletnie zdezorientowani czy wręcz zagrożeni (celowo używam formy męskiej, bo ten stan może towarzyszyć także mężczyznom obawiającym się o swoje żony i dzieci).

Rozumiem zatem, że także część społeczeństwa nastawiona w temacie aborcji bardziej „za życiem” miała potrzebę wyrażenia swojego niepokoju. Czy naprawdę trzeba było jednak stawać ramię przy ramieniu z kobietami pragnącymi wprowadzić aborcję na życzenie i wykrzykującymi hasła w stylu „moje ciało, moja sprawa” (by nie cytować zawołań bardziej wulgarnych)? Najbardziej aktywne uczestniczki demonstracji, dziś tak chętnie cytowane w liberalnych mediach, zachowywały się tak jakby sprawa była prosta i dotyczyła dramatu jednej, a nie dwóch osób (a nawet trzech – nie mówimy przecież wyłącznie o sytuacjach, w których ojciec jest psychicznie niezaangażowany). Czy w natłoku transparentów ze skrajnymi hasłami, obok wypowiedzi o tym, że aborcja jest podstawowym prawem kobiety i każdy powinien „móc ją sobie zrobić”, bardziej zniuansowane myślenie, biorące pod uwagę dobro tak matki, jak dziecka, miało szansę być słyszalne? Przeglądając doniesienia medialne, upewniam się, że nawet jeśli się ono pojawiło, to nie zostało nagłośnione.

Gdyby przeciwniczki ustawy Ordo Iuris, które zasadniczo są przeciw aborcji, ale dostrzegają w projekcie coś niepokojącego, zorganizowały oddzielną manifestację o dobrze sprecyzowanych hasłach, miałaby ona wielką szansę na oddźwięk medialny. W efekcie wczorajszego wspólnego wystąpienia powstało natomiast wrażenie, że społeczeństwo jest bardzo zradykalizowane, co dla polityków może stać się argumentem, by wracać do pomysłów w rodzaju projektu „Ratujmy kobiety”.