Skoro – jak twierdzą autorzy projektu „Ratujmy kobiety” – prawo nie może poniżać i wykluczać ludzi, to nie może poniżać i wykluczać nienarodzonych jeszcze dzieci. Tym sposobem założenia tego projektu obracają się przeciwko niemu samemu. Chyba że konsekwentnie uznamy, iż dziecko w prenatalnej fazie rozwoju nie jest człowiekiem.

Oto za nami sejmowa prezentacja założeń dwóch projektów w sprawie prawa aborcyjnego. Pierwszy z nich ma intencję liberalizującą – chodzi tu o projekt obywatelski „Ratujmy kobiety”. Cele drugiego, przygotowanego przez stowarzyszenie Ordo Iuris, dobrze wyraża jego tytuł: „Stop aborcji”. Pierwszy zaprezentowany został przez Barbarę Nowacką, drugi zaś przez Joannę Banasiuk. Dziś skupię się na tym pierwszym projekcie – wkrótce ciąg dalszy.

Chłodna analiza argumentów Barbary Nowackiej prowadzi do ciekawych i zaskakujących wniosków. Działaczka lewicy kilkakrotnie powtarzała, że bez dostępu do aborcji kobiety nie mogą decydować o tym czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci. Kulminacją tego argumentu było stwierdzenie, że żyjemy w kraju, „gdzie kobiety trzy razy stawały na czele rządu i żadna z nich, kierując polityką całego państwa, nigdy nie mogła zdecydować o tym, kiedy, czy i ile chce mieć dzieci”…

Gdy zastosuje się do rozumowania Nowackiej zwykłe, nieprzepuszczone przez liberalne filtry semantyczne, znaczenie słowa „decydować” – to wynika z tego, że wszystkie trzy premierki (Hanna Suchocka, Ewa Kopacz, Beata Szydło) były ofiarami czegoś w rodzaju gwałtu. Chodzi mi o to, że wykluczające przemoc współżycie seksualne zakłada zgodę bądź przyzwolenie obu stron, a to z kolei zakłada decyzję. Decyzję czy, kiedy i jak współżyć seksualnie. Poczęcie dziecka jest bezpośrednim następstwem tej decyzji. Tylko zatem w sytuacji gwałtu bądź innej formy przemocy seksualnej kobieta nie decyduje, czy, kiedy i jak mieć dziecko. W ogóle bowiem wówczas nie decyduje.

Wiadomo jednak, że po nałożeniu owych liberalnych filtrów semantycznych słowa radykalnie zmieniają swe znaczenie, a inne znikają w ogóle. Można nawet decydować, czy stanie się to, co się już stało, na przykład: czy będzie się w ciąży, czy też nie będzie – nawet jeśli już się w niej jest. Dlatego też projekt „Ratujmy kobiety” nie mówi o matce, lecz o „kobiecie w ciąży” i nie uznaje podmiotowości prawnej dziecka poczętego. Stawia je wręcz w roli agresora, przed którym kobieta w ciąży musi się „ratować”…

Wolno przy tym wątpić, by wszystkie te kobiety, na które powołuje się Nowacka, rzeczywiście były po jej stronie. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by Hanna Suchocka czy Beata Szydło były zwolenniczkami liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. To zaś wskazuje na pewien stały problem z kulturą argumentacyjną liberałów.

W projekcie liberalnym dziecko nie jest podmiotem prawa, gdyż po prostu nie jest podmiotem

Stanowisko liberalne wyrażone w projekcie „Ratujmy kobiety” nie znajduje żadnego zakotwiczenia w obowiązującym porządku prawnym, w podstawowych dokumentach polskiego prawa oraz jego założeniach aksjologicznych. Jest projektem opartym na pewnego rodzaju wyrozumowanej wizji jednostki i społeczeństwa, co jak wiadomo, jest jedną z cech wyróżniających ideologię liberalną. Jako że jest to wizja jednocześnie bardzo szeroka i pozbawiona głębi, postulaty idą w kilku kierunkach niezbornych prawnie i spłycających życie ludzkie. W praktyce oznaczają one: aborcję na życzenie; zapoznanie (względnie zaprzeczenie przez nieuznanie) podmiotowości dziecka poczętego; wprowadzenie obowiązkowej edukacji seksualnej typu B (tj. permisywnej), połączonej z ograniczeniem władzy rodzicielskiej, m.in. poprzez nieograniczony dostęp dziewcząt do antykoncepcji. Związana jest z tym także dezynwoltura pojęciowa, jako że projekt wprowadza typową dla liberalnego światopoglądu i jego instytucji nowomowę (np. „prawa reprodukcyjne i seksualne”).

Tym jeszcze, co zwraca uwagę w liberalnej kulturze intelektualnej, są jej niedostatki metodologiczne. Chodzi o to mianowicie, że liberalizm (przynajmniej ten dominujący w polskim życiu publicznym) prezentuje tezy, lecz nie testuje ich, nie bada zakresu ich obowiązywalności, nie dąży do ich falsyfikacji. Naiwnie zakłada zatem, że wynikająca z danego przekonania teza wspiera to właśnie przekonanie i tylko je. Jest to oczywiście rodzaj zaślepienia, który istotnie wpływa na możliwości poważnej dyskusji społecznej i osiągania konsensu społecznego.

Wystąpienie Nowackiej dostarcza tu znakomitych ilustracji. Twierdzi ona bowiem, że prawo musi być „zrozumiałe, spójne i trwałe”, że „nie może poniżać ludzi” czy ich „wykluczać” oraz ma „być zgodne z instynktem moralnym obywateli”. Każda z tych tez wspierać ma jej stanowisko. A przecież każda z nich wspiera również stanowisko jej oponentów, a zatem twierdzenia te przemawiają za zaostrzeniem przepisów antyaborcyjnych. Co więcej, przemawiają przede wszystkim za stanowiskiem rygorystów. Jeśli bowiem prawo ma być istotnie i konsekwentnie zrozumiałe, spójne i trwałe, to konieczne jest właśnie zaostrzenie obowiązujących przepisów. Obecny kompromis jest bowiem w praktyce rozbieżnością pomiędzy deklaracjami zawartymi w Konstytucji RP gwarantującej „każdemu człowiekowi prawną ochronę życia” a konkretnymi wskazaniami dopuszczalności aborcji.

Skoro prawo nie może poniżać i wykluczać ludzi, to nie może poniżać i wykluczać nienarodzonych jeszcze dzieci. I jeśli ma być zgodne z „instynktem moralnym obywateli”, to trudno nie zauważyć, że tak statystyki, jak i ilość zebranych podpisów przemawiają za projektem Ordo Iuris czy – różniącym się od niego – projektem Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia, który został skierowany do Sejmowej Komisji do Spraw Petycji i niebawem będzie tam rozpatrywany. Co więcej, wydaje się to rozumieć sama Nowacka, gdy wzywa posłów, by „odrzucili uprzedzenia” i „nie patrzyli na sondaże”. Jeśli jednak zauważa wpływ uprzedzeń na możliwości dochodzenia prawdy, to trudno zrozumieć upór, z jakim określa swych oponentów (tuż po otwarciu swego wystąpienia i wielokrotnie w jego trakcie) „religijnymi, prawicowymi fanatykami”.

Jeśli stanowisko liberalizujące ustawę ma aspirować do elementarnej spójności, to wymaga uznania, że żadna z powyższych tez nie odnosi się do dziecka w prenatalnej fazie rozwoju. Taką spójność można osiągnąć tylko twierdząc, że nie jest ono człowiekiem. Istotnie, projekt lewicowy w ogóle nie zajmuje się podmiotowością dziecka poczętego. Wydaje się, że nie jest ono podmiotem proponowanego prawa, gdyż po prostu nie jest podmiotem.

Sposobem eliminacji cierpienia nie jest anihilacja cierpiącego

Nowacka potraktowała, co prawda, dzieci z pewną uważnością, której jednak nie trzeba uznawać za typową dla liberalizmu. Oto aborcja ma zapobiegać cierpieniom dzieci, które inaczej rodzą się „niechciane, nikomu niepotrzebne”, „niechciane i niekochane”. Wiadomo, że lewicowy liberalizm to ambitny, wręcz rewolucyjny projekt przebudowy świata w kierunku powszechnego szczęścia. Wydaje się, że proponowane środki (najlepszym sposobem eliminacji cierpienia jest anihilacja cierpiącego) są równie śmiałe, jak śmiała jest owa wizja, ku której chcą nas prowadzić liberałowie. Ku realizacji tej wizji jesteśmy jednak prowadzeni na smyczy roszczenia ogólnoludzkich praw, nigdy zaś upominania się o ludzkie powinności. Egzekwowaniem jej zajmują się zaś instytucje europejskie i światowe, niejednokrotnie działając ultra vires, czyli poza zakresem swych kompetencji.

Wydaje się zatem, że – paradoksalnie – zwolennicy argumentacji zaprezentowanej przez Nowacką mają powody do zadowolenia… Ich projekt został odrzucony po to właśnie, by – w myśl ich postulatów – prawo mogło być trwałe, zrozumiałe i spójne, niewykluczające i nieponiżające, zgodne z instynktem moralnym (a może raczej moralnymi przekonaniami?) obywateli. Jeśli o taki ideał legislacyjny rzeczywiście im chodziło, to mogą celebrować swój sukces, dzielony z oponentami. Oto prawdziwa społeczna zgoda o silnej podstawie aksjologicznej. Oto kompromis aborcyjny, na który czekaliśmy.