Przed znakiem pokoju nie pytamy sąsiada w kościelnej ławce, czy jest w stanie łaski uświęcającej. W kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju” chodzi właśnie o wzajemny szacunek między osobami, bez warunków wstępnych. O różnicach możemy, nawet stanowczo, porozmawiać później.

Mnożą się komentarze do kampanii społecznej „Przekażmy sobie znak pokoju” – pozytywne i negatywne, dziękujące i potępiające, wspierające i zarzucające odejście od nauki Kościoła. Chciałbym odpowiedzieć na kilka najważniejszych zarzutów. Nie da się – przynajmniej na razie – odpowiedzieć na wszystkie uwagi, tak wiele ich było w mediach społecznościowych. Nie wystarczyło tu pięć krótkich punktów, w których wyjaśnialiśmy, „Dlaczego zapraszamy do znaku pokoju”.

Człowiek do człowieka

Choć wielokrotnie jednoznacznie wskazywano – robili to i organizatorzy, i patroni medialni – jakie są cele kampanii, i tak pojawiły się zarzuty, że są one świadomie odmienne od deklarowanych. Niektórzy bracia współwyznawcy (siostry jakoś łagodniej reagują…) uznają, że inicjatywa ta „na wzór podobnych kampanii prowadzonych w ostatnich latach na Zachodzie, nie stawia sobie bynajmniej za cel tylko promowania szacunku dla osób homoseksualnych, lecz zmianę obowiązującego prawa i doprowadzenie do prawnej legalizacji związków homoseksualnych”, a tym samym „część prominentnych polskich środowisk katolickich staje w opozycji do nauczania moralnego Kościoła”.

Przypisywanie komuś intencji odmiennych od publicznie wyrażanych to bardzo poważny zarzut. Nie wiem, skąd cytowany wyżej Marcin Przeciszewski zaczerpnął taką wiedzę. Na pewno nie z materiałów tej kampanii ani z jej analizy. Między założeniami kampanii a wnioskami redaktora naczelnego KAI nie ma logicznego związku. Podanie komuś ręki nie jest ani akceptacją czyjegoś postępowania, ani postulatem, by objąć to postępowanie ochroną prawną.

Raz jeszcze należy podkreślić, że mamy tu do czynienia z kampanią społeczną, czyli dotyczącą ludzkich postaw i zachowań. Nie ma ona żadnych założeń ani implikacji dogmatycznych czy moralnych, dotyczących natury małżeństwa czy czynów homoseksualnych. Jest jedynie sygnałem, że – tworząc to samo społeczeństwo – należy szukać sposobów tworzenia go w sposób pokojowy, nie wyrzekając się swoich poglądów i ocen.

Na kampanijnym plakacie człowiek wyciąga rękę do człowieka, a nie ideologia do ideologii

To właśnie jest istotą poprawnie rozumianej tolerancji: żyć obok siebie, jednocześnie mając świadomość różnic, zaś negatywnych ocen nie przekuwać na niechęć czy nienawiść. Przynajmniej tak wyglądały założenia tolerancji w dawnej Rzeczypospolitej. A tolerowanie się wzajemne to minimalny warunek, aby nie wejść na drogę prowadzącą do wojny wszystkich ze wszystkimi. Można i trzeba żyć w pokoju w tym samym społeczeństwie, nawet jeśli różnimy się w ocenach i wyznawanych normach moralnych.

Główne i jedyne przesłanie kampanii – dwie wyciągnięte do siebie ręce – jest wyraźnie sformułowane na płaszczyźnie relacji człowieka do człowieka, nie zaś płaszczyźnie prawnej, politycznej czy teologicznej. Nie ma w tym przesłaniu nic, co pozwalałoby widzieć w nim prawny postulat wprowadzenia tzw. małżeństw homoseksualnych czy formalizowania związków jednopłciowych. Nic – poza lękiem i podejrzeniami osób, które to właśnie widzą.

Katechizm mniej znany

W kampanijnym plakacie widzę raczej konkretyzację tej części katechizmowego opisu stosunku Kościoła do osób homoseksualnych, która jest w naszym kraju najmniej znana. Dlaczego najmniej znana? Otóż nie spotkałem w swoim życiu nikogo, kto nie wiedziałby, że Kościół rzymskokatolicki uznaje współżycie homoseksualne za grzeszne (co oczywiście nie znaczy, że wszyscy, którzy o tym wiedzą, zdanie to podzielają). Spotkałem zaś bardzo wielu i katolików, i niewierzących, którzy byli zaskoczeni cytatem z Katechizmu Kościoła katolickiego wzywającym do traktowania osób o skłonnościach homoseksualnych „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”. Spotkałem także niejednego, który dziwił się, że Kościół nie potępia skłonności homoseksualnej jako takiej.

Uznaliśmy zatem w „Więzi”, że warto wesprzeć inicjatywę, która chce przypomnieć o tej katechizmowej triadzie: „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”. Z szacunkiem, czyli bez pogardy. Ze współczuciem, czyli bez odrzucania. Z delikatnością, czyli bez oskarżania. Trzeba o tym przypominać, bo w stosunku naszych rodaków (także katolików) do osób homoseksualnych zdarzają się i pogarda, i odrzucanie, i oskarżanie. Zdarza się również przemoc – najczęściej słowna, ale też pojedyncze przejawy fizycznej agresji.

Niektórym jednak – na samo słowo „szacunek” – od razu zapala się czerwona lampka ostrzegawcza. Katolicka Agencja Informacyjna w kolejnych depeszach powtarza zdanie: „Kościół naucza, że szacunek dla osób homoseksualnych nie może prowadzić do aprobowania zachowania homoseksualnego albo do zalegalizowania związków homoseksualnych”. Zgoda. Ale skąd ta konieczność przypominania – za każdym razem, gdy pada postulat szacunku wobec osoby o skłonnościach homoseksualnych – do czego ów szacunek prowadzić nie może? Na to pytanie katechizm zresztą dał już odpowiedź. O wiele trudniejsze jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, do czego ów szacunek prowadzić może i powinien

Przesłanie kampanii jest pod tym względem proste i czytelne: do pokoju, a nie wojny między osobami. Zapraszając osoby i środowiska o dalece zróżnicowanej tożsamości oraz nie formułując żadnych postulatów na poziomie prawnym, politycznym czy doktrynalnym, organizatorzy kampanii wskazują, że wzajemny szacunek między osobami buduje pokój społeczny, który jest zawsze pożądaną wartością.

Uścisk dłoni

Na kampanijnym plakacie człowiek wyciąga rękę do człowieka, a nie ideologia do ideologii czy doktryna do doktryny. Chodzi tu właśnie o to, by w homoseksualiście dostrzec najpierw osobę, a nie zaraz przedstawiciela rozwiązłej homoidelogii prowadzącej do rozpusty, deprawacji i pedofilii oraz zmiany definicji małżeństwa. Żeby widzieć w homoseksualiście nie podmiot zbiorowy, lecz człowieka – bo to konkretny człowiek domaga się szacunku.

Na uścisku dłoni przesłanie tej kampanii się zaczyna i na nim się kończy

Próbujmy się wczuć na przykład w sytuację rodziców, którzy mają dzieci o orientacji homoseksualnej, i którzy nie potrafią stworzyć takiej relacji, w której byłoby miejsce na szacunek dla własnego dziecka, a jednocześnie niezgoda na niektóre aspekty jego postępowania. W takich sytuacjach warto szukać, w oparciu o wskazówki z katechizmu, „trzeciej drogi”: pośredniej między, z jednej strony, bezkrytyczną akceptacją człowieka wraz z jego grzechem, a z drugiej – odrzuceniem grzechu wraz z człowiekiem, który go popełnia. Wyciągając rękę do człowieka, nie rezygnujemy z prawa do oceny moralnej. Negatywna ocena nie oznacza zaś potępienia człowieka.

Na uścisku dłoni przesłanie tej kampanii się zaczyna i na nim się kończy. Wypowiedzi różnych osób w filmach dostępnych na stronie internetowej kampanii są zapisem ich osobistych doświadczeń, przekonań i poglądów. Żadna z tych osób nie jest rzecznikiem kampanii. Każda z nich wypowiada się we własnym imieniu i reprezentuje swoje stanowisko, nie zaś zaangażowanych podmiotów. W filmach tych z założenia nie ma logotypów patronów medialnych – właśnie dlatego, żeby nie sugerować powiązania indywidualnych wypowiedzi poszczególnych osób ze wszystkimi podmiotami podpisanymi pod, firmowanym wspólnie, plakatem.

Niektórzy zarzucają nam też współpracę z niewłaściwymi podmiotami. Zastanawiałem się oczywiście nad zaangażowaniem Kampanii Przeciw Homofobii w inicjatywę „Przekażmy sobie znak pokoju”. KPH w przeszłości działała bowiem w sposób prowokacyjny i mocno zideologizowany. Obecnie jednak organizacja ta, jak się zorientowałem, zmieniła nieco swoje metody działania. Jakaś nowa forma współpracy z katolikami (nie tylko homoseksualnymi) może być dla niej kolejnym krokiem ku praktycznemu zrozumieniu, że Kościół nie jest organizacją homofobiczną.

Znak pokoju z ONR?

Można to zresztą ukazać przez pewną daleką analogię, o którą upominał się w swoim ciekawym komentarzu ks. Wojciech Węgrzyniak. Owszem, bardzo chętnie bym wsparł w imieniu „Więzi” kampanię na rzecz wzajemnego szacunku między narodowcami (także tymi z ONR) a KOD-owcami. Skoro dochodzi już między nimi do przepychanek nawet na pogrzebie, to może symboliczne przekazanie znaku pokoju w czymś by pomogło? Może spotkanie z żywym człowiekiem utrudniłoby ONR-owcom (przynajmniej na jakiś czas) odmawianie patriotyzmu inaczej myślącym rodakom?

Zgadzam się prawie całkowicie z diagnozą ks. Węgrzyniaka o „deficycie szacunku, jeśli chodzi o dziesiątki innych grup” (z jednym wyjątkiem: krakowski biblista zapędził się bowiem, wymieniając także pedofilów wśród grup społecznych, które mogłyby być tematem podobnych kampanii – na co oczywiście nigdy nie można się zgodzić). Od wielu lat piszę o publicznej nienawiści jako jednym z kluczowych polskich problemów[1]. Od kilku lat bezskutecznie poszukuję partnerów do zbudowania w Polsce Koalicji Wzajemnego Szacunku, która mogłaby doprowadzić do podpisania międzyreligijnej i wieloświatopoglądowej wspólnej deklaracji, a następnie – jako pozarządowy watchdog – monitorować realizację zawartych w niej zasad. Na próżno. Widocznie w Polsce współpraca podmiotów odwołujących się do różnych systemów wartości w dobrym celu wciąż przerasta wyobraźnię. Wciąż bliższa nam jest wersja „Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam” niż „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”.

Ks. Węgrzyniak w swoim komentarzu postulował również: „Skoro środowiskom LGBT zależało na tym, żeby w kampanię włączyć również środowiska katolickie, to czy jednak nie byłoby uczciwiej, gdyby wydali deklarację: czyny homoseksualne uznajemy za zło i grzech, ale prosimy, domagamy się czy apelujemy o szacunek do nas? Bez tej jasności, nie wiadomo, czy ktoś nie chce wkręcić katolików w całkiem inną kampanię niż się to wydaje”. Ten postulat wynika z niezrozumienia, na czym polega kampania „ponad podziałami”, taka jak ta. Otóż nie można zgłaszać tego typu wstępnych oczekiwań – zwłaszcza wobec świeckiej organizacji, która nie rozumuje w religijnych kategoriach grzechu.

Dobrze to pokazuje sytuacja odwrotna. Przecież oburzyłbym się głęboko, gdyby ze swej strony KPH oczekiwała ode mnie odwołania wielokrotnie wyrażanego publicznie[2] sprzeciwu wobec propozycji nadawania prawnego statusu tzw. związkom partnerskim. Po prostu: różnimy się głęboko w poglądach, także dotyczących moralności – ale żyjemy w jednym społeczeństwie.

Szacunek przede wszystkim

A może jednak z katolickiego punktu widzenia niewłaściwe i stronnicze jest samo wyeksponowanie postulatu szacunku wobec osób homoseksualnych? Czytam dokumenty kościelne i dochodzę do wniosków wręcz odmiennych. W najnowszej adhortacji papieża Franciszka „Amoris laetitia” znajduje się akapit poświęcony stosunkowi do osób o kondycji homoseksualnej. Jest on częścią rozdziału o „sytuacjach skomplikowanych”. Papież podkreśla, jak niełatwym doświadczeniem ­w rodzinie – i dla rodziców, i dla dzieci – stają się homoseksualne skłonności dziecka.

Nie jest łatwo odróżnić postawę wobec człowieka od postawy wobec jego grzechu. Ale Kościół mi mówi, że tak trzeba!

Potem Franciszek pisze: „Dlatego chcemy przede wszystkim podkreślić, że każda osoba, niezależnie od swojej skłonności seksualnej, musi być szanowana w swej godności i przyjęta z szacunkiem, z troską, by uniknąć jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji, a zwłaszcza wszelkich form agresji i przemocy” (podkr. moje – ZN). Papież mówi o tym szacunku jako należnym „przede wszystkim”. To znaczy: zanim spojrzymy na ten problem od innych (bardzo ważnych!) stron, np. doktrynalnej czy moralnej, trzeba zacząć od uszanowania osoby, od odrzucenia wszelkich (a więc także słownych) form agresji i przemocy. Przydałoby się to niektórym agresywnym komentatorom kampanii.

Franciszek apeluje też dalej do Kościoła o zapewnienie „pełnego szacunku towarzyszenia” rodzinom, które zmagają się z dylematem homoseksualnej kondycji swoich członków. Jakoś nie słyszałem, żeby tego typu duszpasterskie towarzyszenie było codziennością Kościoła w Polsce.

Przyznaję, że dla mnie samego jako osoby, która szmat życia spędziła na propagowaniu katolickiej wizji małżeństwa i rodziny, a zwłaszcza pogłębianiu duchowości małżeńskiej, to wezwanie mojego Kościoła jest dużym wyzwaniem. Bo nie jest łatwo odróżnić postawę wobec człowieka od postawy wobec czynu czy stanu uznawanego za grzeszny. Bo nie jest łatwo połączyć szacunek dla osób homoseksualnych (także żyjących w stałych związkach) z własnymi przekonaniami religijnymi i moralnymi. Nie jest to łatwe – ale Kościół mi mówi, że tak trzeba!

Tylko drogowskazy

A żeby było jeszcze trudniej, Kościół – mówiąc o „sytuacjach skomplikowanych” – nie daje nam w tej dziedzinie żadnych gotowych recept. Stawia jedynie drogowskazy. Wzywa do szacunku wobec każdego człowieka przeżywającego skłonności homoseksualne. Wzywa też do odkrywania wciąż na nowo i wciąż głębiej unikalnego duchowego bogactwa, jakie tkwi w komplementarności kobiety i mężczyzny oraz w ich sakramentalnym małżeństwie. Nie znajduje powodów, dla których można by zmieniać definicję małżeństwa. Każdy z tych postulatów jest czytelny. Ale najtrudniejsze jest spójne ich połączenie. I nie ma tu jednoznacznego kościelnego algorytmu postępowania np. dla wspomnianych rodziców, których dzieci odkrywają skłonności homoseksualne (podobnie zresztą jak dla rodzin osób, które się rozwodzą).

Trzeba to zatem wszystko w sobie jakoś godzić. Nie mogę więc zrezygnować z zachęty do szacunku wobec osób o skłonnościach homoseksualnych (bo ktoś inny obawia się, że doprowadzi to do zmiany definicji małżeństwa). Nie mogę też zrezygnować z rozumienia małżeństwa jako „trwałej, wiążącej, monogamicznej relacji jednej kobiety i jednego mężczyzny[3]” (bo ktoś powołuje się na własne lub cudze doświadczenia czułości i wierności w związkach homoseksualnych) ani z fundamentalnego biblijnego założenia moralnego, że właściwym kontekstem dla seksualnego okazywania miłości jest tylko więź małżeńska.

W niektórych skomplikowanych ludzkich sytuacjach dokładne praktyczne rozumienie konkretnych konsekwencji tych założeń wymaga precyzyjnego procesu rozeznawania duchowego. Nieprzypadkowo właśnie „rozeznawanie” to „Klucz do »Amoris laetitia«”. W taki sposób patrzę zresztą również na te filmowe wypowiedzi osób nagranych dla potrzeb kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”, z którymi zdecydowanie się nie zgadzam. Oglądając je, cały czas stoję jednak przed opisanym wyzwaniem: jak z szacunkiem i w pokoju wejść w relację z taką osobą. Z konkretną osobą, którą mam szanować – a nie z poglądem, z którym się nie zgadzam.

Kto jest godzien znaku pokoju?

Tytuł kampanii nawiązuje do znaku pokoju przekazywanego sobie wzajemnie przez wiernych podczas liturgii. Jeszcze niedawno w polskich kościołach obowiązywały zalecenia, by znak pokoju przekazywano jedynie przez skinienie głową. W końcu powszechnie przyjął się jednak gest podania dłoni najbliżej stojącym osobom.

Często nie poświęcamy temu symbolowi większej refleksji. A przecież, gdy dobrze się nad tym zastanowić, to w kościele na znak pokoju podajemy ręce często osobom żyjącym w stanie, który Kościół określa jako grzech ciężki. Tyle że jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, by takie osoby wypraszać z liturgii, by przestrzegać przed ryzykownym szacunkiem dla nich, by zachowywać do nich odpowiedni dystans.

Kościół jest świętą wspólnotą, w której grzesznik wyciąga rękę do grzesznika

Podczas liturgii przed znakiem pokoju nie pytamy sąsiada w kościelnej ławce, czy jest w stanie łaski uświęcającej i przystąpi za chwilę do komunii (bo jeśli nie, to…???). I o to właśnie chodzi w kampanii „Przekażcie sobie znak pokoju”: o wzajemny szacunek między osobami, o wyciągnięcie dłoni do człowieka, z którym się różnię. O szacunek bez warunków wstępnych. Wystarczającym powodem tego szacunku jest człowieczeństwo bliźniego, a jeśli został ochrzczony – godność dziecka Bożego. O różnicach możemy, nawet stanowczo, porozmawiać później.

Znak pokoju to poznawanie się, próba zrozumienia (zanim się oceni), przełamywanie schematów, życzenie dobrze drugiemu. A zaraz potem wszyscy mówią: „Panie, nie jestem godzien…”. Bo wszyscy, podając sobie dłonie na znak pokoju, czynimy to jako grzesznicy. Zdarza się, że ktoś świadomie omija z daleka inne osoby w kościele, aby nie musieć przekazywać im znaku pokoju. Ale nie trzeba tu chyba nikomu wyjaśniać, ile to ma wspólnego z Ewangelią. Dobrze, że czasami zdobywamy się na to, by przemierzyć całą świątynię i znak pokoju przekazać komuś, z kim nam „nie po drodze”.

Nie po to, by unicestwić złych

Nazajutrz po tym, jak w Polsce rozgorzały spory wokół kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”, papież podczas środowej audiencji mówił o sprawach, które jakoś mi się kojarzą z fundamentalnymi założeniami tej kampanii. Nie chcę argumentować, że Franciszek wsparłby tę inicjatywę. Chcę tylko zaprosić czytelników do samodzielnego przemyślenia w tym kontekście słów Namiestnika Chrystusa (cytuję dalej depeszę Polskiej Agencji Prasowej).

„Papież Franciszek powiedział w środę, że dla Kościoła jasnym orędziem jest to, iż Bóg nie posłał Jezusa na świat, by ukarać grzeszników czy unicestwić złych. Podczas audiencji generalnej w Watykanie Franciszek podkreślił, że publiczna działalność Jezusa była nie tyle »dochodzeniem sprawiedliwości«, co »pełnym miłosierdzia pochyleniem się nad ludzką biedą, grzechem i zagubieniem«.

Papież przywołał słowa św. Jana Chrzciciela, który oczekiwał zupełnie innych rezultatów przyjścia Jezusa, gdyż mówił: »Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone«. Franciszek podkreślił, że gdy Jezus w bardzo odmienny sposób rozpoczął swoją misję publiczną, św. Jan Chrzciciel cierpiał i nie rozumiał tego.

Jezus – jak dodał papież – był »konkretnym narzędziem miłosierdzia Ojca, który wszystkim wychodzi na spotkanie, niosąc pocieszenie i zbawienie«. Orędzie, jakie Kościół otrzymuje z tego opisu życia Chrystusa, jest bardzo jasne. Bóg nie posłał swego Syna na świat, by ukarać grzeszników czy unicestwić złych. Do nich skierowane jest zaproszenie do nawrócenia, odnalezienia drogi powrotu – wyjaśnił Franciszek. Przypomniał, że wiara nie może redukować Boga do »ograniczonej przestrzeni własnych pragnień i przekonań«”.

Nawrócenie jest sprawą między Bogiem a człowiekiem. Każdy z nas jest powołany do niego osobiście i indywidualnie. Inicjatywa „Przekażcie sobie znak pokoju” jest także sygnałem, że kondycja homoseksualna nie jest samowykluczeniem się z Kościoła, który jest naturalnym środowiskiem nawrócenia dla każdego człowieka, bez względu na jego skłonność. Kościół jest świętą wspólnotą, w której grzesznik wyciąga rękę do grzesznika i – zamiast z poczuciem samozadowolenia mówić: „dobrze, że nie jestem jak ten…” – sam bije się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie…”.

Bo, jak słusznie na innym miejscu pisał ks. Wojciech Węgrzyniak, „świat byłby dużo lepszy, gdybyśmy częściej myśleli o swoich grzechach, a nie cudzych”.

 


[1] Zob. np. teksty z roku 2010: „Kochaj bliźniego swego, także wroga politycznego” czy „Wszyscy jesteśmy z PiS-u” po zabójstwie Marka Rosiaka w łódzkim biurze poselskim PiS
[2] Nie tyko w „Więzi”, lecz także w „Gazecie Wyborczej” („Koalicja zdrowego rozsądku), „Kulturze Liberalnej” („Od rewolucji wolę reaktywację) i „Przewodniku Katolickim” („Nieoczywista oczywistość).
[3] To cytat z raportu Laboratorium „Więzi” zatytułowanego „Małżeństwo: reaktywacja” (2009). Pisaliśmy w nim też:  „Inne formy trwałych relacji międzyludzkich również mogą być doświadczeniem miłości, wierności i oddania. W pełni szanujemy osoby zaangażowane w takie relacje. Nie widzimy jednak powodu, by określać ich związki mianem »małżeństwo«”.