Kurdowie znów zostali sami. A może lepiej – świat po raz kolejny wystąpił przeciwko Kurdom.

To w gruncie rzeczy najprostsze i sprawdza się od dziesięcioleci: porzucić w potrzebie wielomilionowy naród, który za wszelką cenę chce udowodnić, iż jest sojusznikiem Zachodu i przyczółkiem demokracji na islamskim Bliskim Wschodzie.

Tak więc: Kurdowie na północy Syrii walczą z samozwańczym Państwem Islamskim, ale też z Turcją, która ponoć ma PI za śmiertelnego wroga. W końcu Turcja ma swoich Kurdów, więc warto dołożyć ich pobratymcom. Nic to, że na opanowanych przez siebie terenach Syrii Kurdowie tworzyli wspólnoty demokratyczne, na dodatek kierujące się (o ile to możliwe w warunkach wojny) społeczną sprawiedliwością, prawami człowieka, w tym respektem dla praw kobiet. Europejska lewica, mocna w deklaracjach, uśmiechała się do syryjskich Kurdów, co nie przerodziło się w żadną konkretną pomoc. Zresztą – zbytnio nie chce pomóc im nikt, choć widać gołym okiem, że w Syrii Kurdowie walczą z fanatykami za Europę i o tzw. europejskie wartości.

W Syrii Kurdowie walczą z fanatykami za Europę i o tzw. europejskie wartości

Podobnie dzieje się w Iraku, gdzie peszmergowie z irackiego Kurdystanu na dobrą sprawę są esencją armii bijącej się z PI. Na dodatek iracki Kurdystan przyjął setki tysięcy muzułmańskich uchodźców (ale też jazydów), nie oglądając się często gęsto na ich narodowość. Dla kurdyjskiego quazipaństwa, a formalnie prowincji irackiej federacji, to wysiłek ponad możliwości; kurdyjskim urzędnikom i pracownikom sektora państwowego przestano wypłacać pensje, by starczyło na potrzeby uchodźców, wysiłek wojenny kosztuje miliony, zaś kraj, który dopiero zaczął odbijać się od dna, znów zaczyna tonąć w głębiach gospodarczej zapaści.

Jeszcze kilka lat temu iracki Kurdystan, państwo świeckie, choć o muzułmańskich korzeniach, demokratyczne, mimo że z wiodącą rolą klanów, życzliwe prawom obywatelskich, jawiło się jak jeden z nielicznych udanych bliskowschodnich eksperymentów, zwłaszcza na tle Iraku rozdartego wojną szyitów i sunnitów. I co z tego, skoro ponadkurdyjska polityka (a może bezradność Zachodu) układa się dzisiaj inaczej. Owszem – Zachód pochwali Kurdów z Iraku, a nawet sprzeda im trochę broni i amunicji, lecz żeby wesprzeć ich naprawdę… Co to, to nie.

O Turcji nawet nie chce się gadać. Po okresie względnej liberalizacji polityki narodowościowej rząd prezydenta Erdogana, pokrzepiony niedawnym puczem (być może zainscenizowanym) znów zaczął przykręcać śrubę. Zgoda – partia Pracy Kurdystanu, lewicowa organizacja wpisana przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską na listę terrorystów to nie pokorne baranki, a wielu nie podoba się również lewicowe oblicze kurdyjskich bojowników. Co nie zmienia postaci rzeczy, że gdyby nie Ankara i marzenia Erdogana o zostaniu współczesnym sułtanem, z tureckimi Kurdami szło się znakomicie dogadać. Również przy pomocy ich braci z Iraku; zresztą niedawna współpraca między irackim Kurdystanem a Turcją mogła być przykładem na to, że cuda istnieją, a niedawni wrogowie umieją wspólnie budować domy, szpitale i lotniska.

Los irańskich Kurdów w tej sytuacji zszedł na plan dalszy. Na dobrą sprawę nic o nich nie słychać, więc można łudzić się, że cisza oznacza spokój. Lecz trudno przywiązywać się do politycznych i cywilizacyjnych nawyków irańskich ajatollahów, skoro można tam stracić głowę niemal za wszystko – np. za związki jednopłciowe – co na Zachodzie ludzi nic nie obchodzi, gdyż należy do sfery prywatności.

Słowem – po kilku latach ułudy, że się uda, przynajmniej w irackim Kurdystanie (a może i w Turcji, choć na mniejszą skalę), znów świat pokazał Kurdom, gdzie ich miejsce. Trudno uwierzyć, lecz jest na świecie naród bardziej porzucony niż kiedyś Polacy.