Czy rzeczywiście państwo polskie nie miało godności, gdy prezydent Kaczyński promował Irenę Sendlerową, a premier Kaczyński – Władysława Bartoszewskiego?

Państwowy pogrzeb „Inki” i „Zagończyka”, podczas którego prezydent RP wygłosił słynne przemówienie, przypomniał mi dwa inne pogrzeby polskich bohaterów narodowych, w których uczestniczyłem wraz z Andrzejem Dudą – wówczas jeszcze nie głową państwa.

Irena Sendlerowa – bezprzykładnie bohaterska  

15 maja 2008 r. bardzo skromny pogrzeb miała wielka Irena Sendlerowa. W promowanie wiedzy o jej dokonaniach bardzo angażował się Lech Kaczyński. Pani Irena zmarła jednak w dniu kolejnego wyjazdu ówczesnego prezydenta do Izraela. Lecha Kaczyńskiego na pogrzebie reprezentował więc podsekretarz stanu w jego kancelarii, Andrzej Duda.

O ile pamiętam, Duda nie zabierał wówczas głosu. Czy miał świadomość, że uczestniczy w pogrzebie bohaterki? Niewątpliwie. Wiedział doskonale, że Kancelaria Prezydenta, w której pracował, zaapelowała, aby w dniu pogrzebu Ireny Sendler wszystkie szkoły w Polsce uczciły jej pamięć minutą ciszy. Apel podkreślał, że była ona człowiekiem godnym najwyższego uznania. W specjalnie opublikowanym komunikacie można było przeczytać, że bohaterska postawa pani Ireny w czasach pogardy dla człowieka powinna stać się przykładem dla każdego. Jakże aktualnie brzmią słowa ówczesnego apelu Kancelarii Prezydenta: „W dobie zagrożenia terroryzmem, ksenofobią, antysemityzmem, brakiem tolerancji wobec drugiego człowieka, pamięć o takich ludziach jak Irena Sendler powinna być szczególnie pielęgnowana”.

„Czcząc bohaterstwo Ireny Sendlerowej, oddajemy hołd ludziom, którzy przeciwstawiają się nienawiści”

Andrzej Duda z pewnością znał też doskonale przekonanie swego ówczesnego zwierzchnika – na którego dziedzictwo tak często obecnie się powołuje – że Irena Sendlerowa powinna być prezentowana jako bohater narodowy. Lech Kaczyński wielokrotnie o tym mówił i pisał. Dwukrotnie podejmował starania o Nagrodę Nobla dla pani Ireny, inicjując wysyłanie listów nominacyjnych oraz szukając sojuszników w Izraelu i nie tylko. W swoim liście nominacyjnym skierowanym do Komitetu Noblowskiego prezydent Kaczyński pięciokrotnie pisał o jej heroizmie, nazywając jej biografię „bezprzykładnie bohaterską”. Przekonywał: „Czcząc bohaterstwo Ireny Sendlerowej, chcemy pokazać, że wspólnie oddajemy hołd ludziom, którzy przeciwstawiają się nienawiści. Dzięki takim osobom możliwy jest lepszy świat. Świat, w którym nikt już nie będzie musiał powtarzać jej ofiary”.

Władysław Bartoszewski – symbol walki o niepodległość

Pamiętam też doskonale 4 maja 2015 r. – dzień, w którym kandydat na prezydenta Andrzej Duda uczestniczył w pogrzebie Władysława Bartoszewskiego. Wśród tłumów zgromadzonych w warszawskiej katedrze Duda był właściwie jedynym znaczącym politykiem obozu prawicy, który postanowił oddać hołd zmarłemu. Tym większy szacunek budziła jego obecność i modlitwa.

Czy w czasie pogrzebu Bartoszewskiego Duda myślał o zmarłym jako bohaterze narodowym? Trudno powiedzieć, bo ostatnie lata życia pana Władysława upłynęły pod znakiem ostrych sporów z Prawem i Sprawiedliwością. Sądzę jednak, że Andrzej Duda uczestniczył w tym pogrzebie także z potrzeby serca, a nie tylko z chęci przypodobania się centrowym wyborcom.

Zakładam bowiem, że obecny prezydent pamiętał wówczas nie tylko ostatnie lata sporów swojego obozu politycznego z Bartoszewskim, lecz także list premiera Jarosława Kaczyńskiego wystosowany w lutym 2007 r. z okazji jubileuszu 85-lecia Profesora. Nie inaczej: Profesora! Tak właśnie tytułował Bartoszewskiego urzędujący premier Kaczyński w liście, którego treści nie powstydziłby się sam Donald Tusk. „Postać Pana Profesora stała się żywym symbolem ciągłości walki o niepodległość naszej Ojczyzny” – pisał Jarosław Kaczyński. Przekazał jubilatowi „wyrazy mojego głębokiego szacunku i uznania dla Pańskiej działalności, która dla Polaków jest przykładem autentycznego patriotyzmu, prawdziwej odwagi i żywej postawy chrześcijańskiej”.

Premier Kaczyński przypominał w liście z 2007 r. zasługi Bartoszewskiego i tak je podsumowywał: „Pana doświadczenia składają się na los człowieka, który był udziałem najlepszych obywateli naszego narodu. Tych, którzy nigdy nie godzili się ze złem, przemocą i niesprawiedliwością i którzy potrafili dać świadectwo prawdy, godności i człowieczeństwa w nieludzkich czasach”. Według ówczesnego premiera „Zarówno w trudnych czasach PRL, poprzedzających zryw »Solidarności«, jak i w okresie społecznego marazmu, który nastąpił po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, wyróżniała Pana patriotyczna aktywność i niewzruszone przekonanie w sens wysiłków prowadzących do wolności”.

Podsumowaniem listu były wspomniane słowa: „Tak oto postać Pana Profesora stała się żywym symbolem ciągłości walki o niepodległość naszej Ojczyzny” i odręczny dopisek: „Proszę przyjąć moje najlepsze życzenia i wyrazy najwyższego szacunku – Jarosław Kaczyński”.

Przypuszczam, że Andrzej Duda pamiętał ten list podczas pogrzebu Władysława Bartoszewskiego – i zapewne nadal doskonale go pamięta. W lutym 2007 r. niespełna 35-letni Duda pełnił przecież funkcję wiceministra sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (ministrem był Zbigniew Ziobro). W takim wieku i w takiej roli bardzo uważnie śledzi się poczynania i słowa niekwestionowanego lidera własnej formacji politycznej.

Dodatkowym motywem sprawiającym, że – będąc współpracownikiem braci Kaczyńskich – taki list się zapamiętuje, był fakt, że ujawniła się owego dnia także poważna różnica między dwoma najpotężniejszymi wówczas ludźmi w Rzeczypospolitej. Premier Kaczyński wystosował wtedy do Władysława Bartoszewskiego cytowany list gratulacyjny pełen najwyższych superlatyw, zaś prezydent Kaczyński nie chciał komentować jubileuszu i dokonań jubilata. A nawet więcej…

Przebywający tego dnia w Dublinie Lech Kaczyński – pytany przez dziennikarzy, czego życzy jubilatowi – stwierdził: „Jeśli chodzi o pana ministra Bartoszewskiego, to ja mam taką zasadę, że moja znajomość z osobami, które podpisały 3 lipca zeszłego roku pewien list, się zakończyła”. Trzeba wyjaśnić, że w lipcu 2006 r. Bartoszewski podpisał list otwarty byłych ministrów spraw zagranicznych, krytykujący odwołanie przez stronę polską w ostatniej chwili spotkania przywódców państw Trójkąta Weimarskiego. Jako powód strona polska podawała chorobę prezydenta Kaczyńskiego. Byli szefowie polskiej dyplomacji uznali, że „odwołanie spotkania na szczycie bez bardzo istotnej przyczyny jest lekceważące wobec partnerów”. Prezydent stwierdził zaś, że „ten list bardzo źle świadczy o ministrach”.

Różnica w zachowaniach braci Kaczyńskich była więc tego dnia bardzo duża. Ich współpracownicy nie mogli tego nie zauważyć i nie zapamiętać.

Nie tylko z bronią w ręku

Po co o tym wszystkim przypominam? Bo zastanawiam się, dlaczego 28 sierpnia br. wystąpienie Andrzeja Dudy było tak bardzo niezgodne z faktami i dzielące Polaków. Bo nie rozumiem, w jaki sposób człowiek uczestniczący z dobrą wolą we wspomnianych wyżej pogrzebach – a były one także głębokim przeżyciem duchowym – może obecnie, na innym pogrzebie, budować od podstaw panteon narodowej chwały, udając, że nie traktuje Ireny Sendlerowej czy Władysława Bartoszewskiego jako polskich bohaterów.

Od tygodnia nie mogę znaleźć dobrej odpowiedzi na pytania, które w Laboratorium WIĘZI postawił Jakub Halcewicz: „Dlaczego obecny prezydent woli raczej wprowadzać podziały (i to podczas przemówienia w kościele!), odcinać się od poprzedników, zamiast – jak przystoi głowie państwa – ukazać ponadpartyjny nurt konsekwentnie dążący do zadośćuczynienia pamięci o pomordowanych bojownikach powojennego antykomunistycznego podziemia? Czy czczenie pamięci »żołnierzy wyklętych« musi wiązać się z wykluczaniem z grona patriotów rodaków myślących inaczej niż zwolennicy obecnej ekipy rządzącej?”.

Czy heroizmem jest tylko walka z bronią w ręku?

Dlaczego prezydent mówił na pogrzebie „wyklętych” bohaterów tak, jakby wolna Rzeczpospolita dotychczas żadnych bohaterów godnych tego miana nie posiadała? A co z „bezprzykładnie bohaterską biografią” Ireny Sendlerowej? Przecież obecna głowa państwa wie doskonale, co o jej heroizmie myślał prezydent Kaczyński i jaką politykę prowadził w tej dziedzinie… A co z „symbolem ciągłości walki o niepodległość naszej Ojczyzny”, jakim było życie Władysława Bartoszewskiego, jednego z „najlepszych obywateli naszego narodu”? Przecież prezydent Duda był wiceministrem w rządzie premiera Kaczyńskiego, który tak właśnie zwracał się do jubilata?

Ci bohaterowie narodowi wyraźnie znikli z horyzontu Andrzeja Dudy. Być może nawet prywatnie nadal uznaje ich heroizm – ale publicznie prezentuje stanowisko skrajnie odmienne: bohaterami odzyskującej godność Rzeczypospolitej stali się w jego przemówieniu wyłącznie „niezłomni” bojownicy antykomunistycznego podziemia. Wyłącznie. Nie ma innych bohaterów – bo przecież wcześniej państwo polskie niby było wolne, ale nie miało godności i jedynie „teoretycznie nie” było rządzone przez spadkobierców stalinowskich katów. Czy rzeczywiście państwo polskie nie miało godności, gdy prezydent Kaczyński promował Irenę Sendlerową, a premier Kaczyński – Władysława Bartoszewskiego?

Polska jest różnorodna („polskość to otwartość i pluralizm”, mówił Jan Paweł II) i, choćby z tego powodu, powinna mieć zróżnicowanych bohaterów – tak aby różne środowiska ideowe współtworzące naszą wspólnotę mogły się z nimi utożsamiać. W jesiennej „Więzi” publikujemy rozmowę z dyrektorem walczącego o przetrwanie Muzeum II Wojny Światowej. Na zarzut rządowych recenzentów, że wystawa muzeum zbytnio koncentruje się na cywilach, a za mało na bohaterstwie żołnierzy, Paweł Machcewicz odpowiada: „proporcjonalnie mniej jest historii militarnej, ale bohaterskiej jest dużo. Bo bohaterstwo to nie tylko walka z bronią w ręku. Pokazujemy bohaterstwo zwykłych ludzi, czy nawet ich przyzwoitość, co w czasach okrutnej wojny może już być heroizmem”. Przywołuje unikatowy w Europie fenomen Polskiego Państwa Podziemnego „jako wielki wysiłek kilkuset tysięcy ludzi, w ogromnej większości cywilów, którzy tworzyli konspiracyjne struktury państwowe, np. podziemne sądownictwo, szkolnictwo, parlament, prasę”.

Machcewicz przekonuje, że „to jest właśnie tradycja, do której powinniśmy się dzisiaj odwoływać. Polakom obecnie najbardziej brakuje, moim zdaniem, takich postaw proobywatelskich, prowspólnotowych, a tu mamy w naszej historii takie wspaniałe doświadczenie. Czy to nie jest heroizm? Czy heroizmem jest tylko walka z bronią w ręku? A łączniczki, bez których konspiracja by nie funkcjonowała, są mniej warte, bo nie strzelały? A Rada Pomocy Żydom nie jest heroiczna? A szkolnictwo podziemne?”.

Warto dyskutować o różnorodnych polskich bohaterach. Ale najbardziej warto promować takie postaci, które mogą łączyć wspólnotę narodową ponad istniejącymi podziałami ideologicznymi. Tylko że w tym celu głowa państwa nie może przedstawiać bohaterów „aktualnie obowiązujących” (według politycznego zapotrzebowania) jako jedynych czy nawet „lepszych” od innych.

A Irena Sendlerowa i Władysław Bartoszewski i tak mają swoje oczywiste miejsca w panteonie polskich bohaterów narodowych – nawet jeśli aktualnie rządzący będą pamięć o nich dalej przemilczać czy zniekształcać.