Pontyfikat Franciszka wydaje się niektórym pontyfikatem niepokoju. Sam papież mówi o „rabanie”, którego pragnie. Owszem, nasz papież jest niespokojny, ale niepokojem św. Augustyna.

Wiele już napisano o tym, że nie można zrozumieć papieża Franciszka, zapominając, że jest jezuitą. Warto jednak zauważyć – nie tylko przy okazji wspomnienia świętego Augustyna (28 sierpnia) – że właściwie całe nauczanie naszego papieża jest osadzone w teologii tego Ojca Kościoła, zwanego nie bez powodu Doktorem Łaski. Czasem można wręcz odnieść wrażenie, że dla Franciszka Augustyn jest ważniejszy nawet od Ignacego z Loyoli.

Przeciw pelagianom

Większość dzieł Augustyna była pisana „przeciwko komuś”: przeciw poganom, przeciw manichejczykom, przeciw arianom, przeciw donatystom. Tytuł „Doktora Łaski” został jednak mu nadany z uwagi na jego pisma przeciw pelagianom.

O co toczył się spór? W dużym uproszczeniu: uczniowie brytyjskiego (lub bretońskiego) mnicha Pelagiusza tak bardzo podkreślali rolę ludzkich wysiłków w drodze do zbawienia, że nie doceniali Bożej łaski. Święty Augustyn uznał to za niezwykle niebezpieczną herezję, która podważa praktycznie cały sens Ewangelii (a tym bardziej Listów świętego Pawła). Szerzej można o tym przeczytać w artykule Dariusza Kowalczyka SJ „Księża mówią kazania, czyli triumf heretyka Pelagiusza”.

Wydaje się, że Jorge Mario Bergoglio dobrze zapamiętał sobie wykłady patrologii poświęcone Augustynowi i pelagianom. Podczas pierwszej mszy krzyżma, którą sprawował jako papież, 28 marca 2013 roku, mówił m.in.: „(…) życie kapłańskie, w którym przechodzi się od jednego kursu do drugiego, od jednej metody do drugiej prowadzi do stawania się pelagianami, do pomniejszania mocy łaski, która jest rozbudzana i wzrasta na tyle, na ile z wiarą wychodzimy, aby dać samych siebie i dać Ewangelię innym, dać nieco posiadanego namaszczenia tym, którzy nie mają zupełnie nic”.

Prymat łaski

Jeśli jakoś można by podsumować całe nauczanie Franciszka, to sprowadza się ono do tego, co zostało powiedziane w cytowanym fragmencie: do prymatu łaski. Pamiętajmy, że jeszcze po śmierci Augustyna toczyły się spory o tzw. początek wiary: o to, czy w spotkaniu Boga z człowiekiem inicjatywa może wychodzić ze strony tego drugiego. Ostatecznie synod w Orange w 529 roku potwierdził to, co dziś wyrażamy, mówiąc: „łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna” – nie da się uwierzyć bez Bożej łaski. To Bóg zawsze wychodzi nam naprzeciw jako pierwszy.

Papież nie twierdzi, że kwestie doktrynalne czy moralne są nieważne; mówi tylko, że ważniejsza od nich jest łaska

Franciszek powtarza tę prawdę wielokrotnie, ukuł nawet hiszpański neologizm: primerear, mający oznaczać mniej więcej „podjąć inicjatywę” (Evangelii gaudium, 24). Austen Ivereigh w swojej książce „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” wyjaśnia slangowe powiedzenie arcybiskupa Buenos Aires: Dios te primerea jako „Bóg cię wypierwszy” (tłum. Marcin Masny). Bergoglio pisał i mówił o tym jeszcze zanim został papieżem, np. we wstępie do opublikowanej w 2009 roku książki swojego przyjaciela, Giacomo Tantardiniego „Il tempo della Chiesa secondo Agostino” („Czas Kościoła według Augustyna”): „Wielu uważa, że wiara i zbawienie przychodzą, gdy podejmujemy wysiłek, by poszukiwać Pana. Tymczasem jest na odwrót: jesteś zbawiony, gdy Pan szuka ciebie, gdy On patrzy na ciebie, a ty pozwalasz na to, by mógł ciebie szukać i na ciebie patrzeć. (…) To jest zbawienie: On kocha cię najpierw. Pozwól mu na to, byś mógł być kochanym. Zbawienie to właśnie spotkanie, gdzie On działa jako pierwszy”.

O tym samym mówi już drugie zdanie adhortacji Evangelii gaudium: „Ci, którzy pozwalają, żeby Jezus ich zbawił, zostają wyzwoleni od grzechu, od smutku, od wewnętrznej pustki, od izolacji”.

„Pozwolić, by Jezus nas zbawił” – ale co to w praktyce oznacza? Odpowiedź Franciszka jest znów w duchu bardzo augustyńskim: papież kładzie ogromny nacisk na znaczenie sakramentów. Przytoczony na początku fragment kazania z mszy krzyżma jest przecież po prostu rozbudowanym wezwaniem do księży, by przypomnieli sobie, jaka jest moc „namaszczenia”, czyli daru święceń.

Z kolei w adhortacji Amoris laetitia Franciszek pisze: „Przez długi czas byliśmy przekonani, że jedynie kładąc nacisk na kwestie doktrynalne, bioetyczne i moralne, nie pobudzając do otwartości na łaskę, dostatecznie wsparliśmy rodziny, umacniając więź małżonków i wypełniliśmy sensem ich wspólne życie” (37). Papież nie twierdzi tu przecież, że kwestie doktrynalne, bioetyczne i moralne są nieważne. Mówi tylko, że ważniejsza od nich jest łaska, moc sakramentu, bez której zachowanie tych norm jest trudne, jeśli nie niemożliwe: „Małżonkowie nigdy nie będą sami, zmuszeni, by o własnych siłach sprostać pojawiającym się wyzwaniom. (…) Zawsze mogą przywoływać Ducha Świętego, który uświęcił ich związek, aby otrzymana łaska ukazywała się na nowo w każdej nowej sytuacji” (74).

Współcześni pelagianie

Franciszek  nie poprzestał jednak na jednorazowym odniesieniu się do pelagian. Wprost przeciwnie, zaczęli się oni pojawiać w jego wypowiedziach coraz częściej, a zarzuty stawały się coraz bardziej konkretne:

„Światowość ta może się umacniać na dwa dogłębnie powiązane ze sobą sposoby. Jednym z nich jest fascynacja gnostycyzmem (…). Drugim jest pochłonięty sobą prometejski neopelagianizm ludzi, którzy w ostateczności liczą tylko na własne siły i stawiają siebie wyżej od innych, ponieważ zachowują określone normy, albo ponieważ są niewzruszenie wierni pewnemu katolickiemu stylowi czasów minionych” (Evangelii gaudium,  94).

Te słowa wywołały oburzenie w niektórych kręgach tradycjonalistycznych. Można się jednak zapytać, czy nie był to efekt zasady: „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Także przy innych okazjach Franciszek porównywał do pelagianizmu to, co określa mianem „restauracjonizmu”, czyli chęć integralnego przywrócenia sytuacji z poprzednich stuleci. Porównanie na pierwszy rzut oka nieco zaskakujące, ale łatwo jednak odnaleźć tu wspólny mianownik w postaci nadmiernego zaufania do ludzkich działań i procedur, nawet niezwykle pobożnych – tak jak bardzo pobożni byli pelagianie, z reguły uprawiający zaawansowaną ascezę, oskarżający przy tym Augustyna o wprowadzanie do teologii nowości, wbrew dotychczasowej tradycji.

Papież obdarza jednak epitetem „pelagian” nie tylko kościelnych konserwatystów. Za takich na pewno nie uchodzą przecież biskupi niemieccy, a to do nich, podczas ich wizyty ad limina w Rzymie w listopadzie 2015 roku, Franciszek mówił o „nowym pelagianizmie, który polega na strukturach administracyjnych i doskonałej organizacji, podczas gdy nadmierna centralizacja nie pomaga, ale komplikuje życie Kościoła i jego dynamizm misyjny“. Rzeczywiście, nie jestem pewien, czy Augustyn zrozumiałby ideę i działanie podatku kościelnego – w każdym razie na pewno nie uznałby, że akurat to jest potrzebne do zbawienia.

Ciągły niepokój

Przed trzema laty Franciszek głosił homilię w dniu wspomnienia św. Augustyna w rzymskiej bazylice noszącej imię Doktora Łaski. Oparł ją na jednym z najbardziej znanych zdań tego świętego: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie, Panie, nie spocznie”. Rozważał je dokładnie, analizując po kolei trzy możliwe niepokoje.

Po pierwsze, niepokój, który pobudza do szukania prawdy, sensu życia, czyli Boga. Po drugie, niepokój, który prowadzi do znalezienia Boga, który jest blisko nas – Chrystusa. Po trzecie, niepokój miłości, która wychodzi naprzeciw drugiej osoby, zarówno Boga, jak i człowieka. Papież podkreślał, że Augustyn całe życie żyje w takim niepokoju – jako nieodrodny syn swojej matki, Moniki, od której „otrzymuje ziarno niepokoju”, będącego troską o innych, zwłaszcza o ich zbawienie (pełen tekst homilii można znaleźć tutaj).

Pontyfikat Franciszka wydaje się niektórym ludziom pontyfikatem niepokoju; sam papież mówi zresztą o „rabanie“, którego pragnie. To w dużej mierze prawda. Nasz papież jest niespokojny, ale niepokojem Augustyna, który wciąż szuka Boga i drugiego człowieka, a równocześnie, świadom słabości swojej i innych, ufa przede wszystkim nie ludzkim wysiłkom i staraniom, lecz łasce Chrystusa.