W zeszłym roku Batmanowi stuknęła 75-tka i – trzeba to powiedzieć głośno – nigdy nie był w lepszej formie. Ty również obchodziłeś swój jubileusz.

Wiesz, co o Was mówią: gdzie Batman nie może, tam Jokera pośle. Spodziewałem się, że wyskoczysz nagle z tortu i skradniesz Nietoperzowi maskę lub pelerynę, zakłócając przebieg uroczystości. Albo zabijesz kolejnego Robina. A może tym razem Alfreda? Jednak pozostałeś cichy aż do teraz, gdy na ekranach kin oglądamy animowany „Zabójczy żart”, bazujący na komiksie Alana More’a (scenariusz) oraz Briana Bollanda (rysunek) z 1988 roku. Zobaczyłem Twoją smutną twarz, postanowiłem napisać.

Krzywy Uśmiechu, nie próbuję Cię zrozumieć

Może kiedyś tego chciałem. Teraz wydaje mi się, że zbyt dużo czasu poświęciłem na próby odpowiedzi na pytanie „skąd zło?”, a zbyt mało na wpatrywanie się w piękno. Jeśli czegoś chcę, to raczej wyjaśnienia, dotarcia jak najbliżej do momentu, gdy to się zaczęło. Twoja twarz – o ile to jeszcze jest twarz – zawiera w sobie treść. Mam wrażenie – i popraw mnie jeśli się mylę – że nie traktujesz tej twarzy z należytą powagą. Otrzymałeś ją od Stwórcy, a potem dostała się ona w Twoje ręce. Straciłeś ją, a to, co tak chętnie pokazujesz światu, to w istocie maska.

„Zabójczy żart” jest tym dla kultury masowej, czym „Eichmann w Jerozolimie” dla humanistyki

Podobno przyczyny, dla których wyglądasz tak, jak wyglądasz, spowite są tajemnicą. Próbowałem doszukać się początku tej historii, ale jedne tropy łączą się, inne kluczą, pozostałe nagle rwą się, aby odnaleźć się w innym miejscu. Okazuje się bowiem, że nie masz jednej twarzy, jednego imienia ani nawet jednej postaci. Lubisz być w wielu miejscach. Najbardziej odsłoniłeś się jednak w powieści graficznej „Batman” i wersja ta jest najbardziej znaną w kulturze Zachodu, wielokrotnie przetwarzaną na potrzeby filmów fabularnych, animowanych, będąca natchnieniem dla różnych innych postaci (np. Clown z filmu „Spawn” czy postać Kapitana Spauldinga z „Domu 1000 trupów” i „Bękartów diabła”, wreszcie tytułowe „To” Kinga).

Sednem Twojej postaci, Krzywy Uśmiechu, jest to, że Jokerem się staje, nie rodzi. Prawdziwego Jokera, patriarchę szeregu następnych wcieleń i osobowości, stworzył Jerry Robinson. Nad jego pomysłem pochylili się dalej Bob Kane, twórca postaci Batmana, oraz Bill Finger. Ostatecznie wizerunek Jokera został oparty na obłędnym wizerunku aktora Conrada Veidta w filmie „The Man Who Laughs” z roku 1928: biały makijaż, wielki uśmiech odsłaniający zęby, zaczesane do tyłu włosy. Muszę Ci to przyznać: siła tego wizerunku jest niesamowita, nie traci na złowieszczym blasku od lat.

Pojawiasz się po raz pierwszy w komiksie „Batman”#1 wiosną 1940. Jednak dopiero z kolejnych, nagromadzonych zeszytów komiksów, niczym tomów akt szyderczej sprawy, wyłania się następujący obraz.

Zwykły, smutny parafianin Jack

Pozwól, że opowiem Ci historię o mężczyźnie imieniem Jack, być może dostrzeżesz w niej jakieś podobieństwo? Jack był przeciętnym, niczym nie wyróżniającym się, nudnym mężczyzną. Zatrudniony jako inżynier w zakładach chemicznych Ace Chemicals w rzeczywistości pragnął zostać zawodowym komikiem. Pierwsze próby sceniczne spotkały się z druzgoczącą krytyką żywiołowej publiczności. Nie był śmieszny, był nudny, niezdarny, pozbawiony wewnętrznej charyzmy. Wraz z żoną spodziewali się pierworodnego dziecka, jednak finansowo ledwo się utrzymywali. Nadchodzący poród oraz życie w większej rodzinie pchnęła Jacka do desperackiej decyzji. Uległ namowom przestępców, aby dokonać napadu rabunkowego na firmę produkującą talie kart do gier.

Jack brzydził się przemocą; jego rola miała ograniczyć się do wdziania kostiumu mitycznego Red Hooda. Policja poszukiwała już wcześniej tej postaci, nie zdając sobie sprawy, iż w rzeczywistości jest kilku aktorów odgrywających tę rolę. Kostium Red Hood (Czerwonego Kaptura) składał się z hełmu przypominającego probówkę – wysokiego, bez zewnętrznych otworów na oczy i usta, oraz czerwonej peleryny. W dniu napadu Jack próbował raz jeszcze swych sił jako komik, jednak z fatalnym skutkiem. Ubrany w elegancki, sceniczny garnitur zapijał swoje niepowodzenie w pobliskim barze. Tam został odnaleziony przez funkcjonariuszy policji, którzy przekazali mu tragiczną wiadomość o śmiertelnym wypadku jego ciężarnej żony. Pogrążonego w rozpaczy przestępcy przymusili do zrealizowana przestępczego zamiaru. Bezwolny, bardziej prowadzony niż prowadzący, stanął na czele napadu. Wyglądał groteskowo: elegancki czarny garnitur, opierający się na ramionach czerwony hełm, zdolny pomieścić kilka głów, oraz czerwona peleryna.

Napad nie udał się, większość przestępców towarzyszących Czerwonemu Kapturowi została schwytana na gorącym uczynku. Uciekającemu Jackowi zagrodził drogę Batman. Niedoszły komik podjął kolejną dramatyczną decyzję: wskoczył do kadzi z chemikaliami żywiąc nadzieję, iż obszerny hełm dostarczy mu tyle powietrza, by zdołał się uratować. Wynurzył się w rzece, którą spływały ścieki. W wodnej toni zobaczył własne odbicie: kredowo-biała twarz, zielone włosy. Resztki zdrowego rozsądku roztrzaskały się w szaleńczym śmiechu. Narodził się Joker.

Tak to widzieli Alan Moore i Brian Bolland.  „Zabójczy żart” jest tym dla kultury masowej, czym książka Hanny Arendt „Eichmann w Jerozolimie” dla współczesnej humanistyki. Obydwa tytuły rozważają – w sposób sobie właściwy –  jakie jest uzasadnienie dla popełnianego zła. Gdy próbuję zrozumieć haniebne ludzkie czyny, jestem bezradny. Banalność zła polega na jego głupocie, bezsensie, absurdzie. Nie ma dla niego intelektualnego wyjaśnienia.

Zbrodniarze wojenni powiedzą „wykonywaliśmy rozkazy”, Joker odpowie „miałem zły dzień”. Przeciwnik Nietoperza pójdzie jeszcze dalej prowokując pytaniami w stylu: jakie zło spotkało ciebie, że stałeś się tym, kim jesteś? I dodaje zaraz: to nie jest normalne biegać z peleryną po mieście. Joker jest odpowiedzią naszych neurotycznych czasów, kiedy umyka nam sens cierpienia. Przyznaję: wobec bólu, który nas spotyka, to łatwa pokusa, by chwycić się obłąkańczego śmiechu. Przecież ten, kto się śmieje, zdaje się nie cierpieć.

Ten wiecznie uśmiechnięty Joker

Wiem, że pierwotna wersja powieści graficznej była wielokrotnie modyfikowana, żyła własnym życiem. Ty sam nie mówiłeś o swej przeszłości, Jack przestał istnieć. Wraz z narodzinami trupiobladej postaci pojawiła się mordercza obsesja dotycząca Batmana: jeden z was musiał zginąć.

Wersja przedstawiona przez Tima Burtona w jego filmie „Batman” jest zasadniczo zgodna z powieścią graficzną. Niesamowita kreacja aktorska Jacka Nicholsona przypomina kreację Conrada Veidta. Scena narodzin Jokera pozostaje bez zmian: to chemiczna kadź. Różnice, które wprowadził Burton – Jack otrzymuje nazwisko Napier, jest gangsterem romansującym z żoną szefa, nadto to on miał w młodości zastrzelić podczas napadu rabunkowego rodziców Bruce’a Wayne’a – nie zmieniają istoty tej postaci.

Nieco inaczej podszedł do tematu Christopher Nolan w filmie „The Dark Knight”. Scena narodzin Jokera nie jest pokazana, za to jest opowiedziana. Dysponujemy aż dwiema – sprzecznymi, a jakże – wersjami tego wydarzenia. Wyjątkowo dzieli się nimi sam zainteresowany.

W pierwszej scenie, podczas dokonywania egzekucji gangstera Gomble’a, Joker rozpoczyna swój monolog: „Chcesz wiedzieć skąd mam te blizny? Mój ojciec był pijakiem i okrutnikiem. Któregoś wieczora odbiło mu bardziej niż zwykle. Mama złapała za nóż kuchenny, żeby się bronić. Nie spodobało mu się to. Ani trochę. Patrzyłem jak wbija jej nóż śmiejąc się przy tym. Odwrócił się do mnie i zapytał: Skąd taka powaga, synu? I rzucił się na mnie z nożem. Skąd taka powaga, synu? Wetknął mi nóż w usta: sprawmy, że się uśmiechniesz. No i… Skąd taka powaga?”.

W drugiej scenie staje przed Rachel, miłością Bruce’a Wayne’a: „Wyglądasz na zdenerwowaną. To przez te blizny? Chcesz wiedzieć skąd je mam? Zbliż się. (Przyciąga ją siłą i trzyma nóż przed jej twarzą). Spójrz na mnie. Miałem żonę. Była piękna jak ty. Mówiła mi, że za dużo się martwię, że powinienem się częściej uśmiechać. Była hazardzistką, zadłużyła się u lichwiarzy. Pewnego dnia pocięli jej twarz. Nie mieliśmy forsy na operację, nie potrafiła tego znieść. Chciałem, żeby znowu się uśmiechała. Żeby wiedziała, że nie przeszkadzają mi jej blizny. Dlatego wetknąłem brzytwę w usta i zrobiłem to (pokazuje swój uśmiech). Sobie. Wiesz co, nie mogła na mnie patrzeć. Odeszła. Teraz dostrzegam, jakie to zabawne. I ciągle się uśmiecham”.

Nolanowskie wersje różnią się od ikonicznego wzoru i to na tyle, że można powiedzieć o zupełnie odmiennej mitologii uniwersum Batmana. Główne różnice to brak nieszczęśliwego wypadku: ten Joker jest świadomy tego, co się stało, nie zrywa ze swą przeszłością, zaś deformacja twarzy dotyczy tylko ust. Długie, układające się w uśmiech blizny na policzkach szpecą postać. Wreszcie ten Joker najbardziej świadomie staje się tym, kim jest: maluje swoją twarz na biały kolor, usta i blizny zaznaczając wyraźnie czerwienią, zaś pomalowane na zielono włosy zdradzają ciemne odrosty. To Joker, który ze swego istnienia zrobił świadomą kreację. Tyle różnic.

Dwie opowieści o jednym szaleństwie

Krzywy Uśmiechu, podobnie, jak wielka siła tkwi w Twojej upiornej twarzy, tak również nie sposób odmówić wielkiej sile tkwiącej w symbolu umieszczonym na piersi faceta w trykocie.  Opowieści o superbohaterach w trykotach wpisały się już na trwałe w kulturę popularną. Dziś trudno sobie wyobrazić, by istniał świat kultury bez takich postaci, jak Spider-man czy Superman. Jednak, Krzywy Uśmiechu, czasem mam wrażenie, że kultura masowa ma Twoją twarz.

To oczywiście złudzenie, wielkie i trudne do odparcia (ja wciąż wierzę w wyznanie Dostojewskiego o pięknie), nie mogę Ci jednak odmówić siły, z jaką inspirujesz kolejnych szaleńców. W styczniu 2009 roku w Belgii Kim Degelder z pomalowaną twarzą w Twoje barwy wkracza do żłobka i zabija nożem dwoje dzieci i rani 13 kolejnych. 20 lipca 2012 James Holmes (USA, miasto Aurora) zabił na premierze „Mroczny Rycerz Powstaje” 12 osób i 58 zranił. Zatrzymany, przedstawił się Twoim imieniem. Ich wyjaśnienia, zatrzymanych i osadzonych w więzieniu, są bełkotliwe, niespójne, lub w ogóle ich brak. Wobec ich milczenia muszę zwrócić się do Ciebie. Hipnotyzujesz ludzi, cała Twoja siła to trupioblada twarz i obłąkany śmiech, który jest odpowiedzią na wszystko na zepsute społeczeństwo, na toczącą nas hipokryzję, na wszystkich siedem grzechów głównych (i ich kolejne wariacje).

Na to wszystko jedna odpowiedź – śmiech. Pociągasz umysły słabe, skrzywdzonych i poranionych ludzi, a w naszych neurotycznych czasach to niemal my wszyscy. Wobec bólu, który nas spotyka, to łatwa pokusa, by chwycić się obłąkańczego śmiechu.

Wobec tego szaleństwa, wobec Twojego szaleństwa, pojawia się inna pokusa. Stać się jak Twój przeciwnik. Może szaleństwo to zaczęło się w dobrej wierze, ale kończy się tak, jak Ty, Krzywy Uśmiechu, zwykłeś mawiać: zamaskowany bohater też jest szaleńcem. Mógłbyś się teraz uśmiechnąć. Rozciągnąć swoje usta raz jeszcze tak, że gotów byłbyś połknąć cały świat w swym szaleństwie. Do tej pory uważałem, że każdy bohater ma swojego arcy-przeciwnika, swoje mroczne odbicie. Wiesz, Ty i Batman, Lex Luthor i Super-man. Trzymacie się w szachu jak ying i yang, potwierdzając wszelkie manichejskie trucizny.

Zrozumiałem jednak, że nie zawsze pojawienie się bohatera jest odpowiedzią na pojawienie się szaleńca. Siła emblematu na piersi – nietoperz, pająk, świecąca gwiazda – jest równie inspirująca, jak Twój śmiech. Co więcej, siła symbolu przekracza umowne granice między fikcją a rzeczywistością. W 2011 roku powstał zadziwiający film dokumentalny „Superheros”. Jego reżyser, Michael Barnett, przedstawił kilkoro Amerykanów, którzy po zmroku wdziewają swoje śmieszne przebrania – stare hełmy, skórzane pasy, fantastyczne maski, hokejowe ochraniacze – i wyruszają w noc swego miasta. Zapewne gdzieś tam w swych sercach marzą o starciu z Tobą. Do tego czasu patrolują nocą parki, udzielają pobitym pierwszej niezbędnej pomocy, informują napotkanych bezdomnych, gdzie mogą otrzymać pomoc.

Przez chwilę patrząc na reportaż o dniach Xtreme Justice, Zimmer, Dark Guardian i innych, czułem zażenowanie. Taką siłę mają mity naszej kultury masowej, że całkowicie ulegają im jednostki słabe psychicznie, myślałem. Że fikcja wdziera się w rzeczywistość i ją kreuje. Dopiero później zrozumiałem, że ci „superheros for real life” (jak głosiło jedno z haseł reklamowych tego filmu) są w pełni zaangażowani w to, co robią. Odnaleźli siebie pomagając innym. Dają innym nadzieję. Są współczesna wersją dawnych straży obywatelskich. Nie wchodzą w konflikt z policją, nie używają broni palnej, nie łamią prawa. I zrozumiałem, że oni, ci przebierańcy z pozytywną szajbą, są tam, gdzie policja nie zawsze dociera, bo jest zajęta chwytaniem Ciebie.

Wiem, że nie odpiszesz na ten list. Albo zrobisz to w sposób sobie właściwy: kolejną niepojętą zbrodnią nad którą rozciągniesz swój uśmiech. I choć nie mam innych odpowiedzi, wciąż będę śledził tę zapierająca dech walkę: Ty uciekniesz z Arkham Asylum, Batman wyjdzie ze swej jaskini; rozpocznie się Wasz obłąkany taniec. Patrząc na Wasze zmagania, na maskę i na śmiech, wiem, że muśnie mnie peleryna, a na rękach zostanie biały makijaż.