– Chcemy brać los we własne ręce, a nie czekać na to, co przygotują dla nas inni – mówił Andrzej Duda w Kijowie, zachęcając Ukraińców do regionalnej współpracy. Czy jego koncepcja jest realistyczna?

„My, Prezydenci Rzeczypospolitej Polskiej i Ukrainy, w dniu obchodów 25. Rocznicy Niepodległej Ukrainy, potwierdzamy obopólnie strategiczny charakter naszych relacji i deklarujemy, że chcemy nadal budować polsko-ukraińskie sąsiedztwo na zasadach wspólnego rozwoju cywilizacyjnego, który stanie się trwałym spoiwem naszych relacji, gwarantując obecnym i przyszłym pokoleniom Polaków i Ukraińców poczucie wzajemnego zaufania, zgody i bezpieczeństwa” – napisali Andrzej Duda i Petro Poroszenko w deklaracji przyjętej 24 sierpnia w Kijowie.

Przywódcy jasno wyznaczyli granicę między sporem o przeszłość a wspólnym interesem

Obecność polskiego prezydenta (jedynego reprezentanta państw Unii Europejskiej i NATO) na obchodach okrągłej rocznicy niepodległości Ukrainy, przyjęcie wspólnej deklaracji potwierdzającej strategiczny charakter współpracy, a także udział w paradzie wojskowej przedstawicieli polskiego komponentu litewsko-polsko-ukraińskiej brygady (powołanej we wrześniu 2014 roku)  należy oceniać wyłącznie pozytywnie. Zwłaszcza po miesiącach napięcia w stosunkach z Kijowem.

W kontekście narastającego konfliktu wokół Wołynia (w tym wydarzeń w Przemyślu i przygotowywanej przez Radę Najwyższą uchwały o „polskim ludobójstwie”) szczególnie istotne jest przywołanie w deklaracji słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Kijowie podczas pielgrzymki na Ukrainę w 2001 roku: „Najbardziej gorącym pragnieniem rodzącym się w mym sercu jest, aby błędy przeszłych dni nie powtórzyły się w przyszłości. Oby ich pamięć nie była przeszkodą w drodze do wzajemnego poznania się, które jest źródłem braterstwa i współpracy”.

Zaproszenie polskiego prezydenta na uroczystości i jego obecność w Kijowie w tym szczególnym dniu to wyraźny sygnał dla tych polityków i aktywistów po obu stronach granicy, którzy chcieliby budować kapitał polityczny na podsycaniu uprzedzeń i wzajemnej niechęci (służąc tym samym, świadomie lub nie, polityce Kremla). Przywódcy obu państw jasno wyznaczyli granicę między sporem o przeszłość a wspólnym interesem, obejmującym bezpieczeństwo i stabilność.

Niezależnie jednak od opisanego powyżej jednoznacznie pozytywnego przesłania prezydentów, przyjęta deklaracja to przede wszystkim powtórzenie założeń obowiązujących w stosunkach polsko-ukraińskich od dziesięcioleci. Brak w niej konkretnych projektów i nowych jakościowo elementów. Może poza jednym zdaniem: „Deklarujemy gotowość do współdziałania w realizacji aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, która służy realizacji interesów naszych państw i wzmocnieniu znaczenia regionu i jest kluczem do stabilności całego kontynentu”.

Rozwinięciu tego zdania prezydent Duda poświęcił wystąpienie na dorocznej naradzie ukraińskich ambasadorów w kijowskiej Akademii Dyplomatycznej. Po przedstawieniu trzech priorytetów polskiej polityki zagranicznej – „prymatu prawa międzynarodowego, odrzucenia podziału stref wpływów oraz poszerzenia przestrzeni wolności” – zaprezentował koncepcję bliskiej współpracy państw leżących nad Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym. Nazwał ją na potrzeby tego wystąpienia Trójmorzem (dawniej Międzymorze lub ABC), wspólnotą „wolnych narodów i niezależnych państw”, wzmacniających swoją podmiotowość „w ramach wspólnoty euroatlantyckiej”. Koncepcję tę rozwija się od dawna w kręgach ekspertów PiS.

Celem powstania takiej wspólnoty (dysponującej własnym potencjałem obronnym, siecią połączeń energetycznych i transportowych, „sukcesywnie przełamującej blokady współpracy wynikające z kwestii historycznych i tożsamościowych”) jest „zmiana logiki” „hierarchicznego modelu relacji pomiędzy utrwalonymi politycznie centrami, a wskazanymi przez nie peryferiami” – tłumaczył prezydent Duda. „Wyłącznie taka wspólnota, działająca w ramach UE i NATO, może w sposób trwały zagwarantować pokojowy ład na kontynencie europejskim” – mówił. Aby tę wspólnotę zbudować, należy przede wszystkim „przełamać pokusę łatwego zysku osiąganego na drodze protekcji oferowanej przez tych najsilniejszych”; bezpieczeństwo i stabilizacja bez bliskiej współpracy krajów Trójmorza jest bowiem – zdaniem prezydenta Dudy – iluzją.

Część komentatorów zwraca uwagę na nierealistyczne założenia projektu Trójmorza. Wskazują na jego niebezpieczną ahistoryczność w obliczu realnych zagrożeń, brak entuzjazmu ewentualnych uczestników czy wręcz chęć realizacji własnej polskiej strefy wpływów na obszarze I Rzeczypospolitej. Jednak pytanie, które nieuchronnie się nasuwa przy lekturze tego wystąpienia prezydenta RP, dotyczy przede wszystkim ostatniego ćwierćwiecza naszej własnej historii. Gdyby bowiem przyjąć logikę rozumowania Andrzeja Dudy, należałoby uznać, że to nie wsparcie tych „najsilniejszych” z „ustalonych politycznie centrów” (przede wszystkim Berlina i Waszyngtonu) zagwarantowało nam członkostwo w NATO i Unii, lecz że zawdzięczamy je przede wszystkim Grupie Wyszehradzkiej, a Stany Zjednoczone jako gwarant bezpieczeństwa są tylko dyplomatycznym „kwiatkiem do kożucha”.

Prezydent Petro Poroszenko  – mimo frustrującej go zapewne postawy wielu „najsilniejszych”  – wierzy we wciąż obowiązującą w stosunkach międzynarodowych logikę i na zaproszenie Ukrainy do budowy środkowoeuropejskiego przymierza odpowiada krótko: „obraliśmy drogę eurointegracji i integracji transatlantyckiej, z której nie ma już powrotu”. I jest to w moim przekonaniu, niezależnie od konieczności wzmacniania współpracy regionalnej, najlepsza odpowiedź, także dla polskiej polityki zagranicznej.