Najłatwiej byłoby nacjonalistów po prostu z Kościoła wyprosić. Księdza Międlara przenieść do stanu świeckiego, a członków ONR-u ekskomunikować. Ale to nie rozwiązałoby problemu.

„Ja w obronie ojczyzny i narodu stawałem, głosząc kazanie w Białymstoku” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” ks. Jacek Międlar. Kapłan, który wychodzi na ambonę nie po to, by głosić Ewangelię, lecz by bronić ojczyzny i narodu – trudno o lepsze streszczenie problemu, którego symbolem stał się ks. Międlar.

Bo problemem nie jest wyłącznie ks. Międlar. On stał się medialnym symbolem tego problemu. Zaistniał w mediach dzięki wystąpieniu na Marszu Niepodległości w 2015 roku. Krzyczał do mikrofonu: „Jesteśmy Kościołem walczącym, jesteśmy wojownikami wielkiej Polski”. Późniejsze skandale były tylko kontynuacją tego listopadowego wystąpienia. A istota problemu leży znacznie głębiej. Jest nią zaprzęgnięcie religii w służbę ideologii nacjonalistycznej. To dlatego ks. Międlar mógł sobie pozwolić na „obronę ojczyzny i narodu” w Białymstoku. On i jego zwolennicy autentycznie stawiają sprawy ojczyzny ponad Bogiem. Nacjonalizm jest zatem przede wszystkim wykroczeniem przeciw pierwszemu przykazaniu (tę myśl zapożyczyłem z dawnego tekstu Zbigniewa Nosowskiego o ks. Henryku Jankowskim).

Nie jest to bynajmniej fenomen polski, ma on regionalne wersje w wielu innych krajach. O jego korzeniach w Europie Środkowo-Wschodniej pisze dla kwartalnika WIĘŹ ks. Tomáš Halík (jesienny numer będzie dostępny już niedługo). W swoim tekście czeski duchowny tłumaczy, jak doszło do tego, że od XIX wieku nacjonalizm i religia są w naszej części kontynentu silnie powiązane, opisuje też konsekwencje takiego stanu rzeczy. Pokazuje, że na takich aliansach znacznie lepiej wychodzi nacjonalizm niż Kościół. Pisze: „w hasłach takich, jak słowackie «za Boga i ojczyznę» (i jego odpowiednikach w sąsiednich krajach) ojczyzna stopniowo zajmuje miejsce Boga”.

Wiele środowisk katolickich od lat ostrzegało, że nacjonalizm może być zagrożeniem dla Kościoła. W odpowiedzi słyszały najczęściej, że są przesiąknięte liberalizmem, duchem multi-kulti, oskarżano je o brak patriotyzmu. Z tej narracji czerpią dziś księża pokroju Jacka Międlara. Nietrudno było usłyszeć wystąpienia duchownych przeciwko multi-kulti czy genderyzmowi, ale przeciwko znacznie bardziej rozpowszechnionemu w Polsce nacjonalizmowi wypowiadano się bardzo rzadko. Coraz wyraźniej można dostrzec konsekwencje tego zaniedbania. Nawet protesty przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski są dziś przez ks. Międlara zbywane: „Abp Gądecki w kilku wypowiedziach porównywał polski nacjonalizm z pogańskim narodowym socjalizmem niemieckim. Świadczy to tylko o tym, że arcybiskup Gądecki nie rozumie, czym jest polski nacjonalizm”.

„Narodowy katolik” wybiórczo traktuje teksty biblijne i jest przekonany o posiadaniu Prawdy

Co łączy „nacjonalistycznych katolików”? Można to łatwo zobaczyć we wspomnianym wywiadzie ks. Międlara w „Rzeczpospolitej”. Stoją oni przede wszystkim w opozycji do „demoliberalnych mediów”, których symbolem jest „Gazeta Wyborcza”. Oni jednak zaliczają do nich wszystkie środki przekazu, które nie podzielają nacjonalistycznego punktu widzenia. Ponadto „narodowy katolik” nie ufa instytucjom państwowym (prokuraturze, sądom), wybiórczo traktuje teksty biblijne (ks. Międlar pamięta, że Jezus używał ostrego języka, zapomina jednak wobec kogo i w jakim kontekście) oraz jest przekonany o posiadaniu Prawdy. A ponieważ posiada Prawdę, ma prawo mówić ostro i zdecydowanie o tych, którzy mu nie wtórują. Łatwo z takiego przekonania stworzyć zarzut natury ewangelicznej: że skoro Jezus „jest drogą, prawdą i życiem” (J 14,6), a ja poznałem Prawdę, to wszyscy, którzy ze mną się nie zgadzają, walczą z Chrystusem i Ewangelią.

Takie myślenie jest jednak bardzo dalekie od chrześcijańskiego rozumienia Prawdy. Chrześcijanin nie posiada Prawdy – to Prawda jego posiada i nim kieruje. Może ona przez człowieka przemawiać, na przykład poprzez świadectwo jego życia, ale nigdy nie może zostać utożsamiona z jednym człowiekiem czy grupą osób, ani też do nich ograniczona. Prawda wcieliła się jedynie w Jezusie Chrystusie, Bogu-człowieku. Człowiek, który twierdzi, że posiadł Prawdę, stawia siebie w pozycji Boga, traci pokorę wobec Bożej Tajemnicy, a w konsekwencji najważniejszym punktem odniesienia staje się dla niego wewnętrzny bożek własnego ego. Należy przy tym pamiętać, że ego może mieć swoje umocowanie zarówno w tożsamości indywidualnej, jak i zbiorowej (np. narodowej).

Kościół ma głosić wolność więźniom, także tym zamkniętym w fałszywych iluzjach nacjonalizmu

Jaka może być odpowiedź Kościoła na stawianie tożsamości narodowej w centrum życia osób czy grup odwołujących się do wiary? Tylko jedna: przywrócenie chrystocentrycznej wizji życia. O tym mówił Franciszek podczas swojej wizyty w Polsce z okazji Światowych Dni Młodzieży: „By być spełnionym, aby mieć życie odnowione, odnowione siły – jest jedna odpowiedź. Odpowiedź, która nie jest rzeczą, nie jest przedmiotem, ale jest żywą osobą – nazywa się Jezus Chrystus”.

W tych wspólnotach, w których miejsce Chrystusa zajmuje Naród (koniecznie pisany wielką literą), dochodzi do zjawiska, które papież w tym samym przemówieniu nazwał „uganianiem się za sprzedawcami fałszywych iluzji”. Już Piotr został nazwany szatanem właśnie dlatego, że miał w głowie fałszywą iluzję Jezusa, jakoby wybawcy Narodu spod jarzma zewnętrznego ucisku. Piotr porzucił nudne życie przeciętnego rybaka, aby pójść za Mesjaszem oraz – jak to rozumiał – stanąć u Jego boku i walczyć za Niego na śmierć i życie. Podobnie dzisiejsi nacjonaliści chcieliby wybawiać Naród od ucisku: rosyjskiego, żydowskiego, niemieckiego, brukselskiego… Zupełnie jak Piotr na początku swojej drogi, nacjonaliści porzucają nudne życie codziennie dla większej idei. Tym samym z typowych przedstawicieli dzisiejszego pokolenia nudy – o którym w cytowanym przemówieniu także wspominał Franciszek – stali się aktywnym, prężnym ruchem, który podążył za fałszywą iluzją ideologii nacjonalistycznej.

Najłatwiej byłoby ich po prostu z Kościoła wyprosić. Ks. Międlara przenieść do stanu świeckiego, a nacjonalistów ekskomunikować. Ale to nie rozwiązałoby problemu. Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że nie mówimy o jednym przypadku zagubionego księdza. Pisał o tym Błażej Strzelczyk w „Tygodniku Powszechnym”. A jeśli jest ich więcej, to znaczy, że trafili oni na podatny grunt, a w polskim Kościele panuje przyzwolenie na mylenie ewangelizacji z ideologiczną agitacją. Potrzeba zatem lepszej edukacji kleryków, by nie dochodziło do tego, że duchowny staje się medialną gwiazdą rok po święceniach tylko ze względu na swoje radykalne poglądy.

Zanim zaczniemy wyrzucać nacjonalistów z Kościoła warto także pamiętać, że oni potrzebują nie potępienia, lecz szczerej i radosnej ewangelizacji, bliskiej więzi z Bogiem, który ma zająć – należne tylko Jemu – pierwsze miejsce. Chodzi o to, byśmy im głosili prawdę, że – znów posługując się słowami papieża – „Kościół nie ma innego sensu ani celu niż życie Jezusem i dawanie świadectwa o Nim, «by ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; aby uciśnionych odsyłał wolnymi, aby obwoływał rok łaski Pana»”. Kościół ma głosić wolność więźniom, także tym zamkniętym w fałszywych iluzjach nacjonalizmu (i innych ideologii).