Zewsząd słychać zachęty do podtrzymywania ducha Światowych Dni Młodzieży. Rodzi się jednak pytanie: do czego zapraszamy młodzież, która z takim entuzjazmem przyjęła Franciszka?

Nie brak, rzecz jasna, świetnie zorganizowanych duszpasterstw, które swoją renomą przyciągają kolejne pokolenia wiernych, ale gdyby spojrzeć szerzej, widać – choćby po wieku wolontariuszy w czasie dni w diecezjach przed ŚDM – deficyt młodych w Kościele. Wypowiadali się już na ten temat mądrzejsi ode mnie, nie będę więc powtarzał socjologicznych analiz. Chciałbym natomiast przyjrzeć się Kościołowi przed- i po-ŚDM-owemu przez pryzmat świadectw moich parafian.

*

W poniedziałek, kilka dni po tym jak papież przypomniał, że w kancelarii parafialnej należy odnosić się do ludzi z godnością i nie atakować z góry cennikiem, młodzi narzeczeni słyszą w jednej z parafii taryfikator usług okołoślubnych. Jeszcze nie zdążył wyschnąć po ulewie pas startowy w Balicach, a u nas już żyjemy tak, jakby wizyty papieża i jego słów w ogóle nie było. Powtórz, Franciszku.

*

Przez kilka miesięcy powtarzaliśmy zaproszenia do udziału w ŚDM, czytaliśmy odezwy, apele, zachęty. Nie brakło wieców przypominających dawne czasy i karteczek składanych do wydziałów kurialnych z nazwiskami uczestników jako potwierdzenie obecności na kolejnych spotkaniach. I co? I niewiele to dało. Nie dotrzemy w taki sposób do młodych.

W mojej parafii gościli pielgrzymi z Peru. Jedna z rodzin zabrała do domu dwie dziewczyny. Gospodarze nie mieli samochodu, więc dziewczyny ciągnęły chodnikiem walizkę przez kilka przecznic. W połowie drogi pojawiło się dwoje młodych ludzi, zaczęli rozmawiać z pielgrzymami, wypytywać o wszystko. W pewnym momencie usłyszeli zaproszenie, by również wybrali się do Krakowa. Zatrzymali się zdumieni, zaczęli się jąkać. Dziewczyny się roześmiały. Atmosfera się rozluźniła. Młodym Polakom spodobał się ten pomysł. Wybiorą się do Krakowa. Żaden wiec, żadne „spontaniczne” akcje, jedynie pełna życzliwości rozmowa na ulicy wystarczy, by pozyskać nowych pielgrzymów. Bliskość. Tylko tyle.

*

Jedna z rodzin, która przyjęła gości z Brazylii, to osoby w podeszłym wieku. Zastanawiały się, jak przyjmą pielgrzymów, jak z nimi rozmawiać. Kiedy tylko pielgrzymi weszli do domu, w ślad za nimi pojawiły się dzieci sąsiadów. Do Kościoła im nie po drodze, ale chcieli poznać gości. Zaczęli rozmowę o życiu, o Bogu i o Kościele. Pojawiła się seniorka rodu, staruszka, która pamięta Powstanie. Wszyscy przyjęli ją z serdecznością. Później były tańce – od poloneza przez sambę po makarenę. Kilka godzin zabawy. Zachwyceni gospodarze podsumowują: było jak kazał Franciszek – chwila z dziadkami, a potem raban.

Czy młodzi sąsiedzi odnajdą przez to spotkanie drogę do Kościoła? Musieliby się wysilić, bo kościelna codzienność nie jest tak radosna jak podczas Światowych Dni Młodzieży. Czy będzie im się chciało?

*

Parafia św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Widok na tereny kościoła parafialnego św. Teresy od Dzieciątka Jezus na warszawskich Włochach. Fot. S. Walerzak.

Inna rodzina mieszka w nowoczesnym blokowisku. Dzieci w osiedlowej piaskownicy pochwaliły się innym, że w ich domu będą pielgrzymi. Kiedy ci się zjawili, zadzwonił telefon. Któryś z sąsiadów zapytał o gości. Czy można ich zobaczyć, powitać? Pielgrzymi wyszli więc na balkon, a tam aplauz prawie z każdego okna na osiedlu. Na moment ich okno zmieniło się w taką warszawską Franciszkańską 3.

Po kolędzie przyjmuje tam księdza jedna trzecia mieszkańców, a pielgrzymów witało pewnie z 80 proc. Czy pytanie o to, jak zachęcić ich do odwiedzenia kościoła, naprawdę spędza sen z naszych powiek?

*

Żegnamy jedną z grup, która wyjeżdża na początku sierpnia. Zjawia się redaktor z warszawskiego radia. Rozmawia z pielgrzymami i goszczącymi ich rodzinami. 70-letnia kobieta przyznaje, że komunikację ocalił tłumacz internetowy i że jest pobytem młodych zachwycona, bo lubi żywych, aktywnych ludzi…

Pierwszy raz wyznaje coś takiego! Chodzi do kościoła niemal codziennie, działa w różnych grupach, udziela się w parafii. A jednak czegoś jej brakowało w naszych kostycznych wspólnotach. Siedziało to w niej przez lata. Przybycie młodych, aktywnych pielgrzymów pomogło jej to wyrazić.

*

Kilka dni po wyjeździe ostatniej grupy robimy spotkanie podsumowujące ŚDM. Przychodzi kilkadziesiąt osób, reszta dzwoni z usprawiedliwieniem (czekali na koniec ŚDM, żeby wyjechać na urlop). Parafialne after party. Jest pokaz zdjęć, filmików nakręconych smartfonami, audycji o naszej parafii. Ciasto, Boże krówki ŚDM, owoce. Atmosfera znakomita. Na koniec wszyscy dostają albumy – kronikę ŚDM. Książki przyjechały prosto z drukarni z Krakowa, niespodzianka od księdza proboszcza.

W tej radości, ktoś stawia pytanie: jak zreformować nasze duszpasterstwo, żeby młodzi czuli się wśród nas tak dobrze, jak czuli się wśród – bądź co bądź – katolików całego świata? Sięgamy po Słowo Boże. Otwieramy Ewangelię: słowo o Przemienieniu.

To prawda, przejrzeliśmy się w świetle Taboru. Radość Ewangelii jest w nas. To wszystko, co przeżywaliśmy, jest w nas. Jak sprawić, by trwało dłużej niż kilka dni? Kto znajdzie do tego klucz?