Kilka dni temu mer francuskiego Lille ze względów bezpieczeństwa odwołała największy w Europie pchli targ. Reakcja Francuzów pokazuje, dlaczego nie boją się terroru, i dlaczego my też nie powinniśmy się go bać.

„A Ty się nie boisz? Bo właśnie myśleliśmy, żeby w tym roku pojechać tam na wakacje, ale wiesz, ze względu na sytuację…” – tymi słowami w ostatnich tygodniach niektórzy znajomi próbowali mi wytłumaczyć, dlaczego ostatecznie nie wybiorą się do Francji, a tegoroczny urlop spędzą raczej w Portugalii, Grecji lub na rodzimym wybrzeżu.

Nie widzę w tym wyborze nic złego. Jednak tego typu pytania pokazują, że wyobrażenie o atmosferze we Francji nie odzwierciedla rzeczywistości.

Francuskie władze uznają wprawdzie, że kraj „jest w stanie wojny z terroryzmem, z dżihadyzmem i radykalnym islamizmem” (z przemówienia premiera Manuela Vallsa ze stycznia 2015 r.). Widać to na ulicach i w innych miejscach publicznych patrolowanych przez żołnierzy uzbrojonych w karabiny szturmowe. Zadekretowany w listopadzie ubiegłego roku stan wyjątkowy został po zamachu z 14 lipca przedłużony o sześć miesięcy. Francuskie wojsko uczestniczy w międzynarodowej koalicji przeciw tzw. Państwu Islamskiemu, prowadzi naloty na jego pozycje w Iraku i w Syrii, organizuje szkolenia m.in. dla kurdyjskich peszmergów. 

Pchli targ w Lille

Pchli targ w Lille. Fot. Lilletourism.com

Jednak najbardziej jak dotąd namacalna decyzja zapadła zaledwie tydzień temu. Mer Lille, 220-tysięcznego miasta na północy Francji, Martine Aubry postanowiła odwołać największy w Europie pchli targ, który miał się odbyć na początku września. Po konsultacji z policją doszła do wniosku, że nie sposób zapewnić bezpieczeństwa przechodniów na gęsto zabudowanym terenie, gdzie na 10 km kw. może się zgromadzić aż do 3 milionów osób.

Choć decyzja ta w obecnym kontekście może się wydawać rozsądna (łatwiej zabezpieczyć choćby Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej, gdzie są zamknięte stadiony, są ogrodzenia, bramki itd., a tych na pchlim targu nie ma), wręcz pożądana, wielu Francuzów jej nie popiera, a wśród nich nie są tylko lokalni przedsiębiorcy stojący przed perspektywą utraty przychodów. Reakcje i argumenty przytoczone przez oponentów odwołania targu pozwalają lepiej rozumieć, dlaczego Francuzi nie boją się terroru, oraz dlaczego my też nie powinniśmy się go bać.

Daesz wygrał?

„Daesz wygrał” – skomentował ktoś pod komunikatem magistratu zapowiadającym odwołanie pchlego targu (Daesz, czyli tzw. Państwo Islamskie). Jest w tym sporo racji, bo celem ataków na anonimowe osoby w miejscach kultury i rozrywki (teatr Bataclan i okoliczne bary w Paryżu, Promenada Anglików w Nicei) nie jest w pierwszym rzędzie wywarcie presji na francuskie władze, by cofnęły operacje wojskowe w Iraku i Syrii. Chodzi przede wszystkim o to, by zniechęcić ludzi do prowadzenia „grzesznego” – według doktryny Daesz – trybu życia.

Polskie wyobrażenia o atmosferze terroru we Francji nie odzwierciedlają rzeczywistości

Daesz usiłuje więc przy pomocy zamachów upodobnić atmosferę europejskich miast do tej, którą narzucił na opanowanych przez siebie terenach: zamknięte kina i teatry, zakaz puszczania „świeckiej” muzyki i spożywania alkoholu; kobiety muszą nosić nikab. Skoro nie da się nawrócić wszystkich Europejczyków i Amerykanów na rygorystyczną wersję islamu, niech się boją wychodzić z domu i przybywać do miejsc „rozpusty”. Z tej perspektywy odmowa zmiany trybu życia pod przymusem strachu może stanowić akt oporu i nieoddania pola wrogowi.

Drugi argument przeciwko uleganiu strachowi – może mniej wzniosły – wynika z faktu, że zagrożeń terrorystycznych prędko nie zażegnamy. Choć samozwańcze Państwo Islamskie ma terytorium, z którego udziela wsparcia zamachowcom w różnych regionach świata – warto przypomnieć, że Daesz uderza także w kraje zamieszkiwane w większości przez muzułmanów, np. w Indonezję i Jordanię. Ataków dokonują zazwyczaj nie obcy wysłani na operację lub „migranci”, ale lokalni mieszkańcy bądź obywatele tych krajów.

Zatem nawet jeśli całkowicie pozbawimy Daesz terytorium, dochodów czerpanych ze sprzedaży ropy oraz baz szkoleniowych, sieć – zarówno w internecie, jak i między komórkami rozrzuconymi po świecie – raczej przeżyje i będzie mogła kontynuować planowanie ataków. Zresztą, jak pokazały najnowsze zbrodnie, do dokonania tzw. zamachu może wystarczyć prosty nóż lub wynajęta ciężarówka.

„Wojna” nie do wygrania

Pojęcie „wojna z terrorem”, wprowadzone do obiegu przez amerykańskiego prezydenta George’a W. Busha po atakach z 11 września 2001 roku, od razu wzbudziło sceptycyzm specjalistów od terroryzmu. Budzi także i dziś, gdy dotyczy „wojny z terroryzmem”, o której mówią francuskie władze. Takiego rodzaju wojny nie da się przecież wygrać, co nie znaczy, że zwycięstwo terrorystów jest nieuniknione.

Zabierając Daeszowi podstawę terytorialną, zredukujemy go do tego, czym naprawdę jest: prostego ruchu terrorystycznego. Takich było wiele w historii Francji, nawet jeszcze w drugiej połowie XX wieku, od zwolenników utrzymania Algierii francuskiej poczynając, na grupach komunistycznych rewolucjonistów (Action directe) kończąc. Funkcjonowały na przestrzeni kilku lat i ostatecznie wszystkie wygasły.

Konflikty asymetryczne mają to do siebie, że nie dadzą się rozwiązać wyeliminowaniem przeciwników. Nikt nie myśli poważnie, że Daesz zdobędzie Francję i wywiesi flagę na dachu Pałacu Elizejskiego. Ale także nikt nie powinien się łudzić, że możemy ze stuprocentową pewnością zapobiec zamachom, czy przez zwiększenie wydatków na wywiad i uliczne patrole, czy przez śledzenie, zamknięcie bądź deportację wszystkich podejrzanych o udział w organizacji terrorystycznej.

Należy zaakceptować fakt, że tzw. stan wyjątkowy przestał być wyjątkowy, stał się codziennością i jeszcze latami będzie nam towarzyszyć ryzyko zamachów. W tej sytuacji, aby pokonać terror i tym samym rozbroić terrorystów – musimy przede wszystkim zachować własny styl życia.