Prawdziwe dobro zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się sprawiedliwość, a zaczyna miłosierdzie – dobro bez przymusu.

Dzisiejsza przypowieść o czuwających sługach i ich panu należy do tych historii opowiedzianych przez Jezusa, które wydają mi się bardzo mało prawdopodobne. Pan, który przychodzi w nocy, zamienia się rolami ze swoimi służącymi, wkłada na siebie ich strój, a następnie im usługuje, wydaje mi się trudny do wyobrażenia. Chyba jednak nikt tak nie robi. Przynajmniej ja sobie tego nie wyobrażam.

Tak czy inaczej: to nie jest typowe czy zwyczajne zachowanie. To, co robi pan wobec swoich służących, na pewno ani nie należy do jego obowiązków, ani też nie wynika z jakiejś przypisanej mu powinności. Pan zazwyczaj nie obsługuje służących. To oni obsługują jego. Za to zresztą im płaci. Gospodarz z przypowieści czyni dobro, którego czynić nie musi. I właśnie dlatego powiedzielibyśmy, że to dobro nadzwyczajne, wyjątkowe, dobro wykraczające ponad normę.

Każdy z nas intuicyjnie wyczuwa, co to jest dobro. Teologia moralna mówi, że dobro to działanie zgodne z obiektywną normą moralności. O dobrym człowieku powiemy po prostu, że postępuje tak jak się należy: tak jak wymaga tego jego wiek, stanowisko, pozycja, rola społeczna, miejsce w rodzinie, religia, którą wyznaje, a jeśli jest chrześcijaninem – wypełnia przykazania. Wiemy, kim jest dobre dziecko, dobry ojciec, dobry mąż i dobra żona, dobry przełożony, dobry pracownik, dobry ksiądz, nauczyciel, prezydent, polityk czy rzemieślnik. Każdy z nas ma bowiem jakieś wyobrażenie zobowiązań wynikających ze stanu, zawodu, pozycji. Stąd już niedaleko do stwierdzenia, że dobro jest niczym innym jak wypełnianiem obowiązków powierzonych człowiekowi.

Czy jednak rzeczywiście wystarczy tylko wypełnić dobrze swoje obowiązki, aby być dobrym? A co z działaniami, które wykraczają poza obowiązek? Co z gospodarzem, który służy swoim sługom? Jak nazwać takie dobro?

Myślę, że są dwa rodzaje dobra. Najpierw to, które dzisiaj ukazuje nam gospodarz wobec swoich sług. To dobro nie wynika z obowiązku czy z przymusu, ale z chęci, z nieskrępowanej woli, z czystego pragnienia, by dobro stało się czyimś udziałem. Chyba można powiedzieć, że to jest dobro z miłosierdzia. Ono jest wtedy, gdy czynię dobro, którego nie muszę, do którego nie jestem zobowiązany, którego nie nakazuje mi przykazanie. To jest dobro, które wyrasta ponad obowiązek. Dobro miłosierne. Chciałoby się powiedzieć: prawdziwe dobro.

Ale jest jeszcze to dobro, do którego jesteśmy zobowiązani, dobro ze sprawiedliwości. Ono jest w pewnym sensie oczywiste i wynika z naszych naturalnych zobowiązań. Ojciec, który jest dobry dla dziecka, nie robi żadnej łaski. Ani syn, czy córka, którzy opiekują się rodzicami. Oni też nie robią żadnej łaski, nic w tym nadzwyczajnego. Podobnie jak robotnik, który dobrze pracuje. I pracodawca, który dobrze płaci. To jest tylko i wyłącznie ludzka sprawiedliwość.

W jednej ze swoich konferencji bp Grzegorz Ryś mówił: „Nie nazywajcie miłosierdziem tego, co jest wyłącznie sprawiedliwością”. No właśnie. Prawdziwe dobro zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się sprawiedliwość, a zaczyna miłosierdzie – owo dobro bez przymusu.

Miłosierdzie – chyba można tak powiedzieć – jest przedsmakiem nieba

Najpopularniejsze pokuty, jakie są zadawane w konfesjonale to pokuty modlitewne: litanie, koronki, różaniec, lektura Biblii czy Msza św. „za karę”. Ale zdarza się, że kapłan jako pokutę zadaje zrobienie dobrego uczynku wobec kogoś z najbliższych. Sam tak robię. Niejeden raz słyszałem jednak prośbę o zamianę na różaniec, litanię, jakąś modlitwę. Pamiętam takiego penitenta, który „się skarżył”, że mu żaden dobry uczynek nie wychodził. Jaki by sobie bowiem nie wymyślił, dochodził do wniosku, że to, co zrobił, to żadne nadzwyczajne dobro, a zwykła przyzwoitość. Takie dobro ze sprawiedliwości. Żaden „dobry uczynek” nie wydawał mu się wystarczająco „dobry”.

W Ewangelii jest jeszcze jedna scena, gdy pan staje się sługą i przystępuje do obchodzenia tych, którzy – w jakimś sensie – byli jego sługami. To scena obmywania nóg w Wieczerniku. Jezus – jak zanotował św. Jan – „wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany”. Można by powiedzieć, że scena zapowiedziana przez Jezusa w przypowieści właśnie się dzieje. Jezus realizuje to, co zapowiada. Jest jak ów pan, który wraca z uczty weselnej. Nawet okoliczności są podobne. „A była noc” – jak zauważył św. Jan. Uczniowie niewiele rozumieli, z tego co się wydarzyło. Św. Piotr nie chciał Mu dać swoich nóg do umycia. Ale to tę właśnie scenę Jezus zostawia uczniom jako swój testament: „Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi”.

Miłosierdzie – czyli dobro, które wyrasta ponad sprawiedliwość – jest przykazaniem Pana. Ale nie tylko przykazaniem. Miłosierdzie – chyba można tak powiedzieć – jest przedsmakiem nieba.

Jezus opowiada dzisiejszą przypowieść o gospodarzu i sługach w kontekście eschatologicznym. Mówi o gotowości na przyjście Pana. Uczta, przy której Pan będzie posługiwał, jest już ucztą niebiańską. Czy może być bardziej radykalny obraz nieba niż wizja Boga, który usługuje swoim dzieciom; Pana, który obchodzi swoje sługi, Stwórcy, który służy swojemu stworzeniu?

Niebo to będzie coś więcej niż dobro, na które zasłużyliśmy dobrym życiem. To byłaby tylko sprawiedliwość mierzona ludzką, ziemską miarą. Niebo będzie aktem miłosierdzia. Realizacją niczym nieskrępowanego pragnienia Boga, by dzielić się z człowiekiem samym sobą. Czy odczuwali to już uczniowie w Wieczerniku, gdy Pan im nogi umywał? Czy wiedzieli, że tak właśnie będzie smakowało niebo? Nie wiem. Wiem tylko, że sami możemy innym takiego właśnie nieba przybliżyć.

Nie trzeba wiele. Tak się przecież dzieje zawsze wtedy, gdy porzucamy rolę pana, a wcielamy się w rolę sługi. Gdy przestajemy oczekiwać, że ktoś nas będzie obchodził, a sami przepasujemy się szatą służącego. Wtedy dzieje się miłosierdzie. Wtedy dzieje się niebo.

Kazanie wygłoszone 7 sierpnia 2016 r. w parafii pw. św. Jana Chrzciciela w Dzietrzychowicach