Przed każdymi igrzyskami powstają teksty, w których ogłasza się, że olimpiada to festiwal dopingu, korupcji i oszustw. Wylicza się śmiertelne ofiary współczesnego sportu. Czy ten czarny obraz jest prawdziwy?

Od I nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, tzn. od 1896 roku, towarzyszy olimpiadom łacińskie hasło: Citius – Altius – Fortius (szybciej – wyżej – silniej). Jego autorem jest przyjaciel ba­rona Pierre’a de Coubertina, dominikanin Henri le Didon. Treść tego hasła odnosi się – rzecz jasna – nie tylko do wysiłku fi­zycznego, lecz obejmuje także sfery: moralną i estetyczną. Stanowi ono elementarny wyróżnik filozofii olimpijskiej. Co pozostało z niego do dzisiaj? Dramatyczne i skandaliczne przypadki związane  z reprezentacją olimpijską Rosji powodują, że pytanie, kto zwycięża: człowiek czy technika, człowiek czy chemia, pozostaje wciąż aktualne. Czy doping i wielkie pieniądze nie czynią ze sportu, a tym samym z olimpiady, karykatury, na którą naiwni kibice dają się jeszcze nabierać?

Olimpiada na czarno

Pytanie o sens takiego uprawiania sportu może wydawać się zasadne, szczególnie wtedy, gdy słyszymy komentatora telewizyjnego, który zachwyca się niebotycznymi sumami transferów piłkarskich, albo w sposób aprobatywny mówi, że kluczem do sukcesu jest nowoczesna technika i „medycyna”; chodzi na przykład o to, że ten, kto będzie mógł pierwszy „od­kwasić” się po wyczer­pujących eliminacjach, wygra finał. Pro­blem, czy te mięśnie „odkwaszają” mu che­micznie, czy nie? A jeśli tak, to czy środkami dozwolonymi, czy też może zapewniającymi, co prawda, chwilowy sukces, a w istocie niszczącymi zdrowie i życie zawodników. Przed każdymi igrzyskami powstaje szereg opracowań i artykułów, w których ogłasza się, że olimpiada to festiwal dopingu, korupcji, oszustw i wielkich pieniędzy, a potem wylicza się śmiertelne ofiary współczesnego sportu, które stoso­wały doping.

Czy ten czarny obraz jest prawdziwy? Nieżyjący już Zdzisław Ambroziak, znany dziennikarz, a wcześniej wybitny siatkarz, bronił sportowców. „Dwukrotnie byłem olimpijczykiem, dwu­krotnie uczestniczyłem w ceremonii otwarcia i nie potrafię opisać źródeł naj­szczerszego wzruszenia (…) Największą trwogę (…) budzi oczywiście doping. Od­powiadam niezmiennie, że doping istniał od zawsze, a za jego współczesny, upior­ny wymiar odpowiedzialni są nie spor­towcy, lecz przede, wszystkim media i sponsorzy (…) Współczesny przemysł far­makologiczny uruchamia masy pieniędzy, porównywalne jedynie do badań kosmo­su. Moda na wieczną młodość, smukłą sylwetkę i fitness do późnej starości staje się obłędem naszych czasów”.

Wszystko to słuszne, choć autor chyba zbyt łatwo usprawiedliwiał zawodników, dorosłych przecież ludzi, którzy godzą się na autodestrukcję. Nie zauważał, że doping to także zdegenerowana polityka, sięgająca w niektórych państwach najwyższych władz, i powiązania mafijne.

Ale ja też będę bronił Igrzysk Olimpij­skich, mistrzostw piłkarskich, i w ogóle sportu, trochę wbrew sobie, bo przecież widzę, co się dzieje. Wykluczenie wielu zawodników rosyjskich z olimpiady w Rio de Janeiro, w tym wszystkich lekkoatletów, przeraża. Wiemy jednocześnie, że doping dotyczy także sportowców innych nacji, na razie udało się im uniknąć kar, ale to tylko kwestia czasu, kiedy wpadną; mam poważne obawy, że niektórzy wielcy i podziwiani gladiatorzy za chwilę dojdą do ściany, o którą się rozbiją. Doping rosyjski okazał się sprawą polityczną, bo zaangażowani w ten niecny proceder byli ważni funkcjonariusze państwowi i służby specjalne. Ci działacze i sportowcy, którzy uciekli na Zachód albo do USA ujawnili, jak działa ta potężna machina dopingowa w ich kraju. Jest bezduszna i bezwzględna.

Oglądając poprzednie igrzyska w Londynie w 2012 roku  z przerażeniem patrzyłem na piętnastoletnie pływaczki z Chin, na gimnastyczki, także z Chin, właściwie dzieci, niektóre poniżej piętnastu lat, ale z wyzywającym makijażem, który miał je trochę – przynajmniej wizualnie – postarzeć. Z czasów młodości pamiętam zawodników NRD, kraju komunistycznego, który chemicznie „hodował” medalistów. Do dziś pamiętam, jak wyglądały pływaczki tego kraju.

„Podczas igrzysk w Montrealu jakiś dziennikarz zapytał trenera pływaczek NRD, dlaczego jego podopieczne mają takie niskie głosy. Odpowiedział: one nie mają śpiewać, tylko pływać”. To cytat z przejmującego reportażu Angeliki Kuźniak o tragicznych losach enerdowskich sportowców. Symbolem zdegenerowanego sportu stała się w ostatnich latach „kariera” amerykańskiego kolarza, Lance’a Armstronga. Oszukiwał przez całą karierę zawodowego kolarza, stosując pełną paletę dostępnych środków. Wielu działaczy – „gangsterów”, bo tak tylko można ich nazwać, wiedziało o wszystkim. Milczeli, bo zarabiali na Armstrongu ogromne pieniądze.

Jednocześnie przecież zawsze podzi­wiałem i podziwiam wspaniałych sportowców, jak na przykład fantastycznego Tomasza Majewskiego, piekielnie inteligentnego, kochającego życie i jednocześnie zdystansowanego wobec siebie i swojej – co tu kryć – dość nudnej konkurencji lekkoatletycznej.

Co cztery lata oczekuję na olimpiadę, i oglądam dyscypliny, które w zwykłym czasie mnie nie interesują, a nawet denerwują, jak np. zapasy czy – o zgrozo! – podnoszenie ciężarów przez kobiety. Ale w tym roku ponownie będziemy się emocjonować: czy Paweł Fejdak i Anita Włodarczyk znowu nie dadzą szans konkurentom w „młocie”, a Piotr Małachowski w dysku?; czy Adrian Zieliński podniesie odpowiednią ilość kilogramów ciężarów, żeby wygrać?; czy Maja Włoszczowska najszybciej pokona trasę w kolarstwie górskim?; czy Piotr Myszka zakończy regaty żeglarskie na najwyższym pudle? A jak popłyną wioślarze i kajakarze, jak pokonają olimpijską trasę kolarze Rafał Majka i Michał Kwiatkowski? A jeszcze są lekkoatleci, tacy jak na przykład Adam Kszczot czy Kamila Lićwinko, pływacy Radosław Kawęcki i Konrad Czerniak. No, i przede wszystkim – moim zdaniem, rzecz jasna – siatkarze i szczypiorniści. Oni są nieobliczalni; ich mecze będę oglądał, niezależnie od tego, czy grać będą w nocy, czy nad ranem czasu polskiego.

Najpierw jednak przez kilka miesięcy oglądaliśmy znicz olimpijski zmierzający do miejsca igrzysk. „Święty” ogień, rozpala­ny potem na głównej arenie, symbolizuje trwałość olimpijską. Zawodnicy (a od olimpiady w Meksyku także sędziowie) składają przyrzeczenie, nawiązując w ten sposób do czasów starożytnych, kiedy sportowcy przysięgali, że pod karą grzyw­ny i chłosty będą w sposób uczciwy startowali w zawodach. Już podczas pierw­szych igrzysk nowożytnych tego drastycz­nego elementu nie było, nikt nikogo nie chłostał, a przysięgę zmie­nioną wprowadzono w 1920 roku w An­twerpii, uzupełniając ją o fragment doty­czący przestrzegania reguł walki. Nad wszystkim góruje flaga olimpijska, której pomysł zgłosił baron de Coubertin. Pięć splecionych ze sobą kolorowych kół na białym tle, co symbolizuje unię pięciu kontynentów oraz przestrzeń, w której zgodnie koegzystują ze sobą wszystkie narody świata. Czy są to już tylko puste slogany? Przecież symbole są ważne tak­że dla współczesnego człowieka.

Lekkoatleci z Cambridge

Wybitny reżyser brytyjski Hugh Hudson zrealizował swego czasu film, który prze­szedł do historii kina. To „Rydwany ognia” ( z muzyką Vangelisa,  której motywy wy­korzystywane są w wielu filmach o sporcie, a na olimpiadzie w Londynie zapowiadały dekoracje zwycięzców). Na marginesie, przypomnę, że dzieło Hudsona znajduje się na liście 45 najlepszych filmów z dziejów kina, które poleca papieska Rada do spraw Środków Społecznego Przekazu.

Reżyser przypomina historię słynnych biegaczy brytyjskich, którzy odnosili suk­cesy na igrzyskach w Paryżu w 1924 roku, ludzi „z sercem przepełnionym nadzieją i ze skrzydłami u stóp”. Byli to: Harold Abrahams, żydowskiego pochodzenia, mistrz sprin­tu; Eric Liddell, Szkot, misjonarz, niedościgniony na krótkich i średnich dystan­sach; Aubrey Montague, Anglik, przeszkodowiec na 3000 metrów; Andrew Lindsay, płotkarz  –  wszyscy studenci w Cambrid­ge. Byli amatorami, mieli podjąć walkę z Amerykanami: Charlesem Paddockiem („pociskiem z Kalifornii”) i Jacksonem Scholtzem („nowojorską błyskawicą”), którzy byli już mistrzami cztery lata wcze­śniej w Antwerpii.

Abrahams i Liddell symbolizują dwa podejścia do sportu, ale przecież uzupełniające się. Rektor uniwersytetu w Cam­bridge apelował do nich, by sprawdzali się, by potrafili odnaleźć w sobie wielkość. „Wykorzystujcie swoją szansę, radujcie się nią, niech nie zniechęcą was żadne potęgi i złe namowy”.

Życie Erica Liddella to bieganie, misje i wiara, przy czym najważniejszy jest Bóg. Jako misjonarz głosił kazania. Mówił do wiernych: „Przyszliście tu, żeby ujrzeć bieg. ujrzeć zwycięzcę, akurat ja nim zostałem, ale chcę, żebyście nie tylko patrzyli, chcę żebyście w nim uczestniczyli”. Na­szą wiarę można porównać – kontynuował Liddell –  do biegu: wymaga siły woli i wielkiego ducha, ale kiedy zwycięzca do­biegnie do mety, odczuwa radość. „Lecz jak długo trwa wasza radość: wracacie do domów, może kolacja się przypaliła, może nie macie pracy; więc jakim prawem mó­wię wam: wierzcie, skoro życie jest takie trudne. Chociaż chciałbym zrobić więcej, mogę wam jedynie wskazać drogę. Nie znam recepty na wygraną w tym wyścigu, każdy biegnie tak jak potrafi”. Skąd brać siły, żeby „pokonać” bieg, pyta Eric, i od razu odpowiada: z siebie. Jeżeli otworzymy się na miłość Chrystusa, nasz bieg będzie uczciwy. Liddell mówił, że wierzy, iż Bóg wyznaczył mu misje w Chinach, ale jednocześnie chce, żeby bie­gał. „Kiedy biegam, czuję, że Go to cie­szy; gdybym zrezygnował z biegania, od­rzuciłbym Boga. Nie robię tego dla przy­jemności, ale zwyciężając oddaję Mu cześć”.

Harold Abrahams („neurotyk” – bo tyl­ko tacy mogą starować na „setkę”, mówił trener Sam Mussabini),  syn litewskiego Żyda, odczuwa ból, bezradność, wście­kłość, upokorzenie (ten wzrok obserwatorów, niejasne aluzje co do pochodzenia, niechętne uści­ski dłoni). Postanawia zmierzyć się z sobą, ze wszystkimi i z każdym z osobna, i w końcu ich prześcignąć. „Chcę zdobyć me­dal na olimpiadzie, widzę go, on na mnie czeka, ale sam sobie nie poradzę”. Zatrud­nia zawodowego trenera, co konfliktuje go z przełożonymi uniwersytetu. Sport bo­wiem stanowił dla nich nieodłączny ele­ment edukacji młodych Anglików, miał wyrabiać charakter, odwagę, uczciwość i cechy przywódcze, ale przede wszystkim poczucie lojalności, wspólnoty i odpowie­dzialności. Zrodziło się w nich podejrze­nie, że żądza sukcesów Abrahamsa przesłania mu te wartości, bo tylko sport ama­torski –  ich zdaniem – przynosi pożądane efekty. Tymczasem Harold – powiadają –  poświęca się doskonaleniu własnej techniki w ślepym  dążeniu do sławy. Abrahams odpowie­dział, że jest Anglikiem i chce wygrywać zgodnie z zasadami walki. Zwycięstwo nie przychodzi bez wysiłku. Zarzuca rozmów­com wyznawanie archaicznych zasad gry rodem ze szkolnego boiska. „Oszukujecie samych siebie, ja wierzę w możliwość do­skonalenia własnych umiejętności i to do mnie należy przyszłość”. „Masz swojego semitę” – podsumował rozmowę rektor, zwracając się do współpracownika. Ciekawe, że konserwatywnego rektora zagrał słynny reżyser Lindsay Anderson, twórca nonkonformistycznego  filmu „Szczęśliwy człowiek” i współtwórca Free Cinema, czyli nowego kina angielskiego.

Zarówno Abrahams,  jak i Liddell zdo­byli złote medale. Płotkarz Lindsay oddał Liddellowi „swoją” konkurencję, bo ten nie chciał startować w niedzielę, która jest „dniem Pana”. Eric imponował swoimi zasadami, nie tylko Kościołowi, ale także wielu działaczom i sportowcom, ale niektórzy – nie bez racji – uważali, że ze swoim fundamentalizmem przesadza, i staje się anachroniczny. Co dzisiaj pozostało w sporcie z ich postaw? Wbrew pozorom wydaję się, że dużo, choć można odnieść wrażenie, że dominuje jakaś „zdegenerowana” wersja Abrahamsa. Pomiędzy postawą Harolda i Erica w istocie nie było wielkiej różnicy, obaj byli uczciwi i ambitni, nie oszukiwali siebie, ani kibiców; byli całkowicie inni, szczególnie charakterologicznie, i religijnie. I obydwaj mogą być wzorem wierności zasadom, które nazywamy „fair play”, choć dziś niektórzy uważają, że to naiwność, a nie zasady. Tacy „kontestatorzy” (działacze, lekarze, dziennikarze, zawodnicy, kibice) to mordercy sportu.

„On się cieszy”

Nie lekceważmy zatem potwornego zagrożenia, jakim są anaboliki. Doping powinien być tępiony ze wszystkich sił, bo wypacza sens sportu i niszczy człowieka. Na olimpiadach trzeba jednak widzieć przede wszystkim człowieka: jego wielkość, słabość, upadek. Bo jednak, mimo wszystko, zwycięża na olimpia­dzie sportowy duch. Tak wierzę. Oszuści wcześniej czy później zostaną ujawnieni. W to też wierzę. Za czasów Ksenofonta modlono się i proszono bogów o zdrowie, piękno i siłę fizyczną. Myślę, że wiele z tych cech zewnętrznych było widać na ostatnich igrzyskach w Londynie, na mistrzostwach świata w siatkówce czy mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Trzeba jednak zrobić wszystko, by przydać igrzyskom (i w ogóle sportowi) coś ze świętości i naturalnego piękna wewnętrznego. Przykładem nie będzie – mówiąc nieco patetycznie – Koroibos z Elidy na Peloponezie, który zwyciężył w biegu na stadionie w czasie pierwszych odnotowanych panhelleńskich Igrzysk Olimpijskich w 776 roku przed Chrystusem. Może należy powrócić do Liddellowskiego zda­nia: „Kiedy biegam, czuję, że On się cie­szy”. Czy ktoś się cieszy ze startu spor­towca nafaszerowanego anabolikami? No, przecież nikt!

Aubrey Montague, długodystansowiec, pisał do matki ze statku płynącego na olimpia­dę w Paryżu: „Szkoda, że Cię nie ma tu, mamo. Na statku panuje wspaniały duch. Harold (Abrahams) gra na pianinie i śpie­wa piosenki, śmiejemy się i rozmawiamy, o wszystkim. Tylko nie o bieganiu. Płyniemy tam dla naszego kraju. Płynę tam dla Cie­bie i dla taty, chcę być waszą chlubą. Ja i moi koledzy zrobimy wszystko dla Anglii”.

Ten styl ducha dostrzegam – mimo wszystko – rów­nież dzisiaj u wielu sportowców, a przecież od olimpiady w Paryżu minęła cała epoka; ponad dziewięćdziesiąt lat.