W Światowych Dniach Młodzieży chodziło raczej o wielokulturową jedność w różnorodności niż o powierzchowne multi-kulti.

25 lat temu, niedługo po ukończeniu studiów, miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Janem Pawłem II w Częstochowie w ramach VI Światowych Dni Młodzieży. W ostatni weekend towarzyszyłem zaś mojej 13-letniej córce i 14-letniej siostrzenicy w XXXI ŚDM w Krakowie.

O ile w Częstochowie, wchodząc w dorosłe życie, przyjmowałem papieskie słowa jako skierowane osobiście do mnie, to tym razem miałem świadomość, że jestem na Błoniach i Campus Misericordiae niejako funkcyjnie. I słuchając słów papieża Franciszka, więcej uwagi zwracałem na społeczne aspekty wydarzenia. Chciałbym podzielić się kilkoma takimi spostrzeżeniami pielgrzyma-oldboya, który na dodatek jest socjologiem.

Odkrywanie miłosierdzia

Duże wrażenie zrobiło na mnie otwarcie uczestników ŚDM na przesłanie o Miłosierdziu Bożym. Dawało się wyczuć zrozumienie, że miłosierdzie jest jednym z kluczowych przymiotów Boga. „Jezu, ufam Tobie” to nie był li tylko oficjalny leitmotiv wydarzenia, ale wyczuwalna werbalizacja „wspólnoty ducha”.

Przesłanie o miłosierdziu było też klamrą spinającą postacie obu papieży: świętego Jana Pawła II i Franciszka. Jan Paweł II jawił się uczestnikom spotkania chyba nawet mocniej jako ten, który odkrył dla świata siostrę Faustynę i przyczynił się do upowszechnienia w skali globalnej kultu Miłosierdzia Bożego niż jako ten, który stworzył formułę i wypracował tradycję Światowych Dni Młodzieży.

Rozprzestrzenianie się kultu Miłosierdzia Bożego to fenomen nie tylko religijny, ale i społeczny. Światowe Dni Młodzieży unaoczniły, że jest w nim coś więcej niż rosnąca znajomość postaci świętej Faustyny i treści przekazanych jej objawień, uznanych przez Kościół. To niejako profilowanie rdzenia wiary chrześcijańskiej. Dodajmy, profilowanie jak najbardziej ewangeliczne. I właśnie w tej perspektywie, a nie jako element programu politycznego, warto analizować wielokrotne apele papieża Franciszka o pomoc słabszym, w tym uchodźcom.

Uczestnictwo oflagowane

W wymiarze społecznym rzucało się w oczy oflagowanie uczestników. Niemalże każda grupa młodych pielgrzymów przemieszczała się pod własnym narodowym sztandarem. Flaga była kluczowym znakiem tożsamościowym takiej grupy i zarazem symbolem wywołującym i ukierunkowującym interakcje z innymi grupami.

Gdy spotykało się flagę francuską, wywoływało to spontaniczne okrzyki Vive la France!, flaga włoska skłaniała do Bravo Italia!, itd. Flag powiewało mnóstwo i każda z nich była mile widziana. W tłumie wybijały się – po dominujących oczywiście flagach polskich – z krajów europejskich, oprócz wspomnianych, flagi hiszpańskie i portugalskie, a także brazylijskie oraz z innych krajów Ameryki Południowej i Środkowej.

Warto budować mosty, nie mury – ale mosty i samych wędrowców warto oflagować

Przywołanie narodowości spotykanych pielgrzymów nie było czysto rytualnym zawołaniem, bo gdy tylko nadarzała się okazja, młodzi Polacy podejmowali rozmowy z Hiszpanami o Hiszpanii, z Peruwiańczykami o Peru itd. Widać było ogólną chęć i łatwość komunikacji oraz nawiązywania kontaktów. Można powiedzieć, że tożsamość narodowa była czynnikiem spajającym poszczególne grupy pielgrzymów, a wspólnie wyznawana wiara stanowiła pomost między nimi. Refleksja socjologa o tożsamości narodowej jako Putnamowskim kapitale społecznym spajającym i religii chrześcijańskiej jako kapitale łączącym nasuwała się sama.

Oflagowane uczestnictwo w Światowych Dniach Młodzieży pokazało, że odniesienie do narodu nie musi trącić nacjonalizmem, rozumianym jako stawianie dobra narodu własnego ponad dobro innych oraz kultywowanie zamknięcia na obcych. Przeciwnie, dla uczestników ŚDM było oczywiste, że – tak jak nawoływał papież Franciszek – warto być gościnnym (i umieć z gościny skorzystać) oraz warto budować mosty, nie mury. Ale mosty i samych wędrowców warto oflagować. Bo chodzi raczej o wielokulturową jedność w różnorodności niż o powierzchowne multi-kulti, rozumiane jako rozpływanie się tożsamości w ponowoczesnym społeczeństwie globalnym.

Wniosek jest prosty: symboli tożsamości narodowych nie należy ani instrumentalnie wykorzystywać (stawiając jednych przeciwko drugim), ani próbować ich rugować z przestrzeni publicznej. Natomiast można i warto na tożsamościach zbiorowych o charakterze narodowym budować wspólnotę w wymiarze światowym. Trzeba mieć tylko łączące spoiwo (Putnam powiedziałby: smarowidło).

Europejska integracja ojczyzn

Po powrocie do Warszawy uświadomiłem sobie, że wśród morza flag pielgrzymich nie zauważyłem ani jednej flagi Unii Europejskiej (podobno inni je dostrzegli, ale musiały być w ilościach śladowych). Owszem, trudno się było ich spodziewać, znając stosunek instytucji unijnych do obecności chrześcijaństwa i jego symboli w przestrzeni publicznej.

Ale przecież wśród flag narodowych powiewały też flagi takich państw, które prowadzą podobną co Unia politykę uprywatniania religii, a nawet podejmują wobec chrześcijan działania represyjne. W tłumie pielgrzymów dostrzec można było na przykład młodych niosących flagi chińskie.

Myślę, że istotna jest tu jeszcze inna okoliczność. Unia Europejska to projekt polityczny i ekonomiczny, realizowany w gruncie rzeczy z pominięciem sfery kultury. A to w tej ostatniej młodzi ludzie – tak Europejczycy, jak i spoza naszego kontynentu – okazują się lokować swoją tożsamość zbiorową, właśnie jako przynależność narodową, a także tożsamość lokalną. Powinno to współczesnym architektom integracji europejskiej dać wiele do myślenia.

Integracja rozumiana jako proces kulturowy to ścieżka budowania wspólnej Europy ojczyzn, a pomysł na „super-państwo Europę” jest tyleż technokratyczny, co utopijny. W sferze kultury państwo to ojczyzna: dużo więcej niż struktura będąca zorganizowaną przestrzenią masowej konsumpcji, wolnego handlu i swobodnego przemieszczania się. Ojczyzna to także ośrodek kulturowej identyfikacji ludzi, źródło ich zbiorowej tożsamości.

Miłość i bezpieczeństwo

Na koniec kwestia pomocy uchodźcom i migrantom: wielokrotnie podnoszona przez papieża Franciszka jako przejaw czynnego miłosierdzia wobec słabszych.

W polskim i europejskim dyskursie publicznym (ze względu na oczywiste okoliczności – akty terroru) sprawa ta często łączona jest z bezpieczeństwem publicznym. Na poziomie programowania polityki publicznej wrażliwość etyczna względem uchodźców, o którą apeluje papież, musi więc być powiązana ze skutecznością działań, której jednym z atrybutów jest zapewnienie bezpieczeństwa ogółowi obywateli. Światowe Dni Młodzieży pokazały dobitnie, że masowe spotkanie wielokulturowe może być doświadczeniem na wskroś pokojowym. I że chrześcijaństwo niesie ze sobą ideę pokoju. Owszem, nie zawsze tak było, ale (nieewangeliczna) idea „ewangelizacji mieczem” została w Kościele przezwyciężona.

Światowe Dni Młodzieży pokazały więc uniwersalny potencjał idei chrześcijańskiego miłosierdzia. Pozwoliły światu zobaczyć młodych katolików z wielu państw, ze wszystkich kontynentów, chcących żyć tą ideą. Unaoczniły też, że aby okazywać sobie życzliwość i otwartość, potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa. Nie ma bezpieczeństwa bez miłości. Ale i nie ma miłości bez bezpieczeństwa. Potrzebujemy obu.

W podobnym duchu należałoby programować politykę w kwestii migracji. Przecież dość często niechęć do integracji ze strony przybyszów, mieszkających od lat w Europie Zachodniej, jest owocem realnego doświadczenia przez nich duchowej pustki sytego Zachodu.

Dla rozwiązania w Europie kwestii uchodźczej potrzebujemy w sferze publicznej i miejsca dla czynnego chrześcijaństwa z jego ideą miłosierdzia wobec słabszych, i sprawnego aparatu państwa skutecznie chroniącego obywateli przed przemocą. Tymczasem europejscy laiccy zwolennicy otwarcia na uchodźców często przejawiają postawę zamknięcia na chrześcijaństwo. A ci ludzie wierzący, którzy dają prymat bezpieczeństwu publicznemu, chcą niejako wypreparować z chrześcijaństwa ideę miłosierdzia wobec przybyszów. Chciałbym, aby jednym z owoców Światowych Dni Młodzieży była rewizja obu tych stanowisk.