Wierzę, że ks. Jacques Hamel nie odchodził z negatywną pamięcią zła, którego doświadczył. Wszystko, co przygotował, przypadnie Bogu.

Miał 86 lat, w tym 58 lat kapłaństwa. Od 10 lat był na emeryturze, ale była to bardzo aktywna emerytura. Tego dnia – jak co dzień – odprawiał poranną Mszę św. Towarzyszyła mu – jak to bywa na francuskiej prowincji – „mała trzódka”: dwie siostry zakonne, dwoje świeckich.

Wiem, jak to wygląda. Przez lata jeździłem na wakacyjne zastępstwo do Francji. Cicha Msza w starym, pustym kościele.

Ostatnie miesiące przyzwyczaiły nas do myśli, że do potencjalnego zamachu może dojść na dworcu kolejowym, lotnisku, w metrze, galerii handlowej, na koncercie czy stadionie, ale nie w kościele. Dotąd nam się wydawało, że świątynia to miejsce bezpieczne, azyl. Śmierć przyszła we wtorkowy poranek, 26 lipca. Ks. Jacques Hamel właśnie składał ofiarę Krzyża.

Tym razem śmierć była młodym mężczyzną. Zamiast kosy miała nóż. Śmierć nie przyszła sama. Do jej uszu szeptała nienawiść. Ks. Hamel nie musiał czekać do niedzieli, by posmakować dzisiejszej Ewangelii: „jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie”. Tym razem noc przyszła za dnia.

Człowiek jest istotą gromadzącą. Choć dzisiaj cały świat żyje na kredyt, to człowiek wciąż kumuluje, zbiera. Dobra materialne i duchowe. Książki i pieniądze. Rzeczy przydatne i nieprzydatne. Znaczki i monety. Nie tylko. Imelda Marcos, żona prezydenta Filipin, miała zbiór liczący kilka tysięcy par butów. Nie zdążyła chodzić we wszystkich. Cristiano Ronaldo ma kilkanaście samochodów. Wszystkimi naraz nie jeździ. Bo przecież nie chodzi o ty, by używać, ale o to, by mieć, przecież wszystkiego zużyć się nie da.

To właśnie ten błąd popełnia bohater z tej krótkiej historyjki opowiedzianej przez Chrystusa. Chce zburzyć spichlerze, by zbudować jeszcze większe. Zbiera, kumuluje, chce mieć jeszcze więcej i więcej. Takie zadowolenie z posiadania dla posiadania. Z apetytem, który rośnie w miarę jedzenia. A wszystko to w złudnym przekonaniu, że życie ludzkie zależy od tego, co się posiada.

Z naszą pamięcią staniemy przed Bogiem: dobrą lub złą. Z tą, w której będziemy pamiętać dobro otrzymane – albo z tą wypełnioną złem

Te złudne nadzieje rozwiewa dzisiaj najpierw starotestamentalny mędrzec Kohelet. „Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem?” – pyta w imieniu każdego z nas. I odpowiada: „Marność”. A Jezus dopowiada: „jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?”. A tego, kto „skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem” nazywa głupcem. Bo głupotą jest kumulować po to tylko, aby być bogatym przed samym sobą. Mądrością jest być bogatym przed Bogiem. Tę myśl rozwija jeszcze św. Paweł, który w Liście do Kolosan pisał: „Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi”, wśród ziemskich dążeń wymijając „chciwość, która jest bałwochwalstwem”.

A papież Franciszek przed kilkoma dniami dopowiadał w Częstochowie: „Pragnienie władzy, wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą, która stara się wkraść wszędzie”. Chęć posiadania nie musi bowiem dotyczyć jedynie rzeczy materialnych, ale może także władzy, wielkości, sławy czy innych pragnień. Niekoniecznie trzeba kumulować bogactwo materialne, ale można także kumulować pychę, władzę, samouwielbienie czy chęć panowania. Na to też można – niestety – budować coraz większe spichlerze w naszych sercach. Z równie złudnym przekonaniem, że od tego zależy nasze życie.

Od czterech dni słuchamy papieża Franciszka. Przeżywamy te niezwykłe rekolekcje z człowiekiem, który mówi rzeczy trudne i wymagające. Od pierwszego przemówienia na Wawelu, przez homilię w Częstochowie, po katechezy wygłaszane do młodzieży zebranej na Błoniach czy pod papieskim oknem, powracają te same tematy. A właściwie jeden: zaproszenie, by pójść drogą za Jezusem Sługą: „Dziś ludzkość potrzebuje mężczyzn i kobiet, a szczególnie ludzi młodych, takich jak wy, którzy nie chcą przeżywać swojego życia połowicznie, młodych gotowych poświęcić swoje życie w bezinteresownej służbie braciom najuboższym i najsłabszym, na wzór Chrystusa, który oddał się całkowicie dla naszego zbawienia. W obliczu zła, cierpienia, grzechu, dla ucznia Jezusa jedyną możliwą odpowiedzią jest dar z siebie, a nawet dar własnego życia, na wzór Chrystusa; to jest postawa służby. Jeśli ktoś, kto nazywa siebie chrześcijaninem, nie żyje, aby służyć, służy tylko, aby żyć. Swoim życiem zapiera się Jezusa Chrystusa” – mówił papież na zakończenie Drogi Krzyżowej.

Papież jest realistą. Przyznaje, że jeśli pójdzie się za Jezusem do końca, to jest to droga szczęścia, ale trzeba wiedzieć, że doświadcza się na niej niepowodzeń, marginalizacji i samotności. Czy to jest porywający projekt na życie? Na pewno jest to pomysł, który sytuuje się gdzieś na antypodach tego, o czym mówił Jezusowy bohater: „odpoczywaj, jedz, pij i używaj”. Zamiast tego papież – a przecież właściwie sam Jezus – proponuje drogę służby i wyrzeczeń. „[…] dawać siebie innym, eliminując dystanse, pozostając w małości i konkretnie wypełniając codzienność – to subtelnie Boskie” – mówił w Częstochowie. To Boskie działanie jest dostępne nam wszystkim. Więcej, wszyscy jesteśmy do niego wezwani i powołani zgodnie z nakazem Apostoła: „dążcie do tego, co w górze”. Gdy ktoś tak żyje, niestraszne są mu słowa: „Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie”. Bo dla człowieka bogatego przed Bogiem „noc jako dzień zajaśnieje” (Ps 139).

Podczas pierwszego przemówienia na Wawelu papież mówił o dwóch rodzajach pamięci: „W codziennym życiu każdej osoby, podobnie jak każdego społeczeństwa istnieją jednak dwa rodzaje pamięci: dobra i zła, pozytywna i negatywna. Dobrą pamięcią jest ta, którą Biblia ukazuje nam w Magnifikat, kantyku Maryi uwielbiającej Pana i Jego zbawcze dzieło. Pamięcią negatywną jest natomiast ta, która spojrzenie umysłu i serca obsesyjnie koncentruje na złu, zwłaszcza popełnionym przez innych”.

Pamięć to też forma gromadzenia, zbierania, kumulacji. Z naszą pamięcią staniemy przed Bogiem: dobrą lub złą. Z tą bliższą Magnifikat, w której będziemy pamiętać dobro otrzymane – albo z tą wypełnioną złem, zwłaszcza tym złem, którego doświadczyliśmy od innych.

Wierzę, że ks. Hamel oddawał swoje życie z pamięcią pozytywną, pamięcią, którą wypełnił dobrem po brzegi, „miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą”. I nie odchodził z negatywną pamięcią zła, którego doświadczył. I nie martwił się też tym, komu przypadnie to, co przygotował. Bo wszystko, co przygotował, przypadnie Bogu. I zaśpiewał Magnifikat.

Kazanie wygłoszone w Lubsku, w parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, 31.07.2016 r.