Zanim wypuścimy w świat kolejny tweet czy wpis facebookowy potwierdzający, że „papież zgadza się ze mną i nie lubi tych, których ja nie lubię” – spróbujmy choć przez chwilę zrozumieć Franciszka tak, jak chciałby tego on sam.

Nareszcie mogę zacząć nieco spokojniej pisać o Franciszku w Polsce. Pojeździłem trochę „za papieżem” w pierwszych dwóch dniach jego pobytu. Trudno jednak coś pisać, gdy się siedzi w podróży za kierownicą.

Jeszcze trudniej, gdy się stoi o świcie w tłumie (o dziwo, wyjątkowo cierpliwych) rodaków czekających na wpuszczenie do sektora pod klasztorem jasnogórskim. Dochodząc w rodzinnym gronie do tego miejsca, zdążyliśmy właśnie pochwalić rodzimych organizatorów ŚDM, a tu nagle okazało się, że w Częstochowie kompletnie zabrakło logistycznej wyobraźni. Licznie zgromadzeni ludzie napierali z trzech stron do jednego jedynego wąskiego „gardła”, w którym BOR-owcy sprawdzali wszystkich wchodzących do trzech sektorów. Żadnych barierek na dojściu, żadnej ustalonej kolejności, tak jakby organizatorzy nie zdawali sobie sprawy, jakimi niebezpieczeństwami może grozić pozostawienie takiego tłumu samopas. Chwilami jeden sprawiedliwy policjant usiłował dyrygować ruchem, ale tylko na chodniku. Nie mógł bowiem ingerować w kompetencje BOR…

Całe szczęście, po ponad godzinie oczekiwania w ścisku, zaczęto sprawdzać szczęśliwców, którzy dopchali się do bramki, bardziej „po łebkach” – i dzięki temu w końcu wszyscy znaleźli się na czas pod murami klasztoru. Dobrze tam było posiedzieć między pielgrzymami i pomodlić się wspólnie, oczekując na przyjazd proroka naszych czasów.

Wszechmocny przychodzi w małości i pokorze – to styl obecności Boga

Franciszek przyniósł nam niesłychanie potrzebną katechezę o stylu obecności i działania Boga wobec ludzi. To Wszechmocny, który przychodzi w małości i pokorze. Bóg, którego cechami działania są małość, bliskość i konkretność. Pięknie mówił też o wrażliwości Maryi, którą powinniśmy naśladować. Wspaniała refleksja duchowa i teologiczna. Spontanicznie napisałem na FB: „Wszyscy przyjaciele i nieprzyjaciele, wierzący i niewierzący – jeśli chcecie wiedzieć, jaki jest Bóg, w którego wierzę z Kościołem: czytajcie, proszę, homilię papieża z Jasnej Góry”.

Chciałoby się jej słuchać dalej i dalej (cały tekst dostępny tutaj. Zwłaszcza zastanawiałem się, jak wiarę w tak działającego Boga konkretnie wyrazić w życiu Kościoła, który powinien przecież być żywym sakramentem objawiającym Pana. Pisał trochę o tym przed trzema laty w „Więzi” ks. Grzegorz Strzelczyk. Jego „Kościelne sny o potędze” wydają mi się ważną lekturą uzupełniającą do Franciszkowej homilii.

Tu natomiast chciałbym jeszcze wspomnieć o innej sprawie. Pisałem przed kilkoma dniami o ośmiu pokusach, przed jakimi stoi Kościół w Polsce. Już pierwsze godziny obecności Franciszka w naszym kraju przypomniały mi o innej pokusie, czyhającej głównie na komentatorów papieskiej pielgrzymki i nauczania.

To pokusa wypowiedzi w stylu „Ale im dołożył!”. Im to znaczy oczywiście: tym, których nie lubię. Ja, który (właściwie zawsze) mam rację. A teraz… nawet papież zgadza się ze mną. I można sobie poużywać na tych, których nie lubię, wdzięcznie bijąc ich po głowie papieskim cytatem.

Uleganie takiej pokusie często zdarza się publicystom. Zarówno tym, których szczerze nie znoszę, jak i tym, z którymi się zazwyczaj zgadzam (będzie bez nazwisk, bo chodzi o problem, a nie o osoby). Sam też tej pokusie podlegam i ulegam. Także wczoraj i dzisiaj parokrotnie tak emocjonalnie reagowałem. Jeśli udało mi się tej gwałtownej reakcji nie wyrazić publicznie, to z dwóch powodów. Pierwszy to brak okazji (podobno to Sztaudynger żartował, że cnota jest chronicznym brakiem okazji…) – będąc w tych dniach bardziej pielgrzymem, nie udzielałem się komentatorsko, nie miałem więc szansy na dzielenie się z innymi swymi frustracjami.

Ale jest też inny powód. Dobrze utkwiła mi w pamięci rozmowa z nieodżałowanej pamięci biskupem Janem Chrapkiem z roku 1997. Jako ówczesny biskup pomocniczy toruński był on koordynatorem pielgrzymki Jana Pawła II do Polski (tym, którzy już nie pamiętają Chrapka, przypominam choćby, co mówił o wolontariacie; więcej pisałem o nim w książce „Krytyczna wierność”). Po pielgrzymce papieskiej udało mi się zaprosić bp. Chrapka do rozmowy w studiu Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego (w owych czasach prowadziłem tam stały program). Po bardzo ciekawej rozmowie na antenie „Chrapello” powiedział mi coś takiego: „Papież niewątpliwie przemówił teraz «naszym» językiem. Bylebyśmy tylko nie potraktowali tego faktu jako cepa, którym będziemy innych obkładali po głowach”.

Pamięć o tej Chrapkowej przestrodze sprawia, że dzisiaj apeluję do koleżanek i kolegów publicystów: Wiem, że ścigamy się wszyscy, kto pierwszy i szybciej opublikuje błyskotliwy komentarz. Wiem, że każdy z nas jest głęboko przekonany, iż ma 200% racji, a ci, którzy myślą inaczej, mają tej racji minus 200%. Ponieważ jednak rzecz dotyczy papieża, to może zanim wypuścimy w świat kolejny tweet czy wpis facebookowy potwierdzający, że „papież zgadza się ze mną i nie lubi tych, których ja nie lubię” (tyle że jest nieco bardziej subtelny i nie wymienia ich z nazwiska) – spróbujmy choć przez chwilę zrozumieć Franciszka tak, jak chciałby tego sam Franciszek. Trudne to, ale nie niemożliwe.