Tekst pewnego publicysty prawicowo-katolickiego z aktualnego „Plusa Minusa” jest klinicznym przykładem, jak w Polsce prawica katolicka odrzuca nauczanie papieża Franciszka.

Prawica rozpoczyna powitanie papieża Franciszka. W „Plusie Minusie” (czyli sobotnim wydaniu „Rzeczpospolitej”) tekst znanego publicysty prawicowo-katolickiego. Tytuł mówi sam za siebie: „Niemiecki wyrób kościołopodobny”. Ten wyrób serwują nam Niemcy, sterujący teologicznie Franciszkiem. Nie po raz pierwszy Kościół niemiecki drażni polskich fundamentalistów, a ja nie po raz pierwszy na te ich elukubracje reaguję.

Publicyście „Plusa Minusa” chodzi o trzech kardynałów niemieckojęzycznych, którzy mają decydujący wpływ na Franciszka. A więc najpierw osławiony kardynał Walter Kasper, prowadzący nas, katolików, od dłuższego czasu na zatracenie, czyli do piekła; jest w tym towarzystwie także kardynał Reinhard Marx z Monachium; samo nazwisko może człowieka przerazić; i w końcu kardynał Christoph Schönborn z Wiednia, teolog – wydawałoby się.

Oto słowa naszego publicysty: „To oni (wymienieni powyżej kardynałowie – przyp. AL) proponują nowe rozwiązania, ganią i krytykują tych, którzy nie chcą przemierzać dróg wyznaczonych nad Renem i formują opinie, do których odnoszą się później eksperci w dziedzinie katolicyzmu, a czasem nawet sam papież Franciszek”. Wiemy, wiemy, Franciszek – ekspert od katolicyzmu to marny, i dlatego słucha tych Niemiaszków.

Czytamy dalej: „Kardynał Reinhard Marx stwierdził, że katolicy powinni przeprosić gejów. W kilka dni ta dość absurdalna teza obiegła cały świat, a na koniec odniósł do niej sam Ojciec Święty podczas improwizowanej konferencji prasowej na pokładzie samolotu”. O zgrozo! Na dodatek, jak wiemy, papież nie potępił wtedy kardynała Marxa.

Jest jeszcze gorzej. „Niemieckojęzyczni kardynałowie” (Kasper, Schönborn) pozostają także „głównymi interpretatorami niejasnych sformułowań adhortacji «Amoris laetitia»”. Prawica nie może znieść tej adhortacji, szczególnie tych fragmentów dotyczących małżeństw niesakramentalnych: wiadomo – relatywizm, rozmywanie doktryny, czyli zjazd ku zatraceniu.

Potem nasz publicysta opisuje niekończące się pasmo klęsk kościoła niemieckiego (świadomie piszę z małej litery). I przedstawiciele takiego kościoła chcą o czymś decydować, a nawet są głównymi teologami Franciszka.

Konkluzja publicysty bardzo prawicowego i bardzo katolickiego: „Wiem oczywiście, że biskupów się nie wyrzuca, ale wiem także, że są liczne sposoby, by zastąpić ich kimś innym, tak by szkodnicy nie mogli już dłużej niszczyć Kościoła”. Zamarłem. Mocne. Najbliżsi doradcy papieża niszczą Kościół. A jakie to są sposoby tej eliminacji? Tego publicysta nie konkretyzuje, a szkoda. W każdym razie: „Ich następcy (…) powinni jak ognia unikać powtarzania błędu modernizmu, odrzucenia moralności i protestantyzacji”. Czytacie to samo, co ja? Kardynałowie Kasper, Marx i Schönborn odrzucają moralność!!! Trzeba zatem powrócić do Ewangelii – pisze nasz autor – bo dzisiaj ludzie chcą czegoś, „co daje naprawdę potężnego kopa”. Ewangelia jako potężny kop? Okazuje się, że można i tak. Przykro mi, ale ja nie będę nikogo kopał Ewangelią.

Najlepsze jest zakończenie artykułu. Gdzie zatem mamy ten idealny przykład? W jakim regionie świata Kościół działa i ewangelizuje najwspanialej? W Afryce, proszę państwa. A dlaczego tam? Bo w Afryce – z lubością zacytuję autora – „ludzie oczywiście grzeszą, ale nie udają że ich grzech to norma, i z pasją się z niego spowiadają”. Pytanie: a gdzie ludzie nie grzeszą? I skąd wiadomo w jakim stanie emocji spowiadają się Afrykańczycy?

Ale mniejsza o to. Bo teraz będzie ta wisienka na torcie: „Ich księża zaś, nawet jak mają problem z celibatem, to nie chcą jego zniesienia, lecz z pokorą przyznają, że do czegoś nie dorastają”. Kiedy to pierwszy raz przeczytałem, padłem ze śmiechu. Czyli nasz purytański publicysta dopuszcza w przypadku księży afrykańskich życie, że tak powiem, na dwóch frontach, bo oni uznają swoją niedoskonałość, i wszystko jest ok. Fantastyczne – najważniejsze, że werbalnie są oni skrajnie konserwatywni i walczą pryncypialnie o zasady i o czystość doktryny. Fajny model proponuje nam nasz publicysta. „To jest model katolicyzmu, który ma przyszłość” – podkreśla. „Ten niemiecki wymrze” – konkluduje bezwzględnie w ostatnim zdaniu.

Przepis na katolicyzm, który otrzymaliśmy w „Rzeczpospolitej” jest prosty. Jak to zgrabnie podsumował jeden z internautów – więcej knuta niż Słowa i domieszka nieuświadomionego (albo uświadomionego) rasizmu, czyli dziecięcy Afrykańczycy.

A teraz bez cienia ironii. Tekst ten jest klinicznym przykładem, jak w Polsce prawica katolicka odrzuca nauczanie papieża Franciszka. Samego Franciszka wprost tak ostro jeszcze się nie atakuje, wiadomo – szacunek dla zastępcy Chrystusa na ziemi, więc od czasu do czasu słychać tylko jakieś głosy dystansujące się od niektórych jego wypowiedzi, choć proces polskiego „rozczarowania” Franciszkiem postępuje, przede wszystkich wśród sfer kościelnych, politycznych i w środowiskach prawicowych. Dla ludzi świeckich i rozczarowanych Kościołem Franciszek jest wielką nadzieją. Także nadzieją na powrót!

A tymczasem dezawuuje się najbliższych współpracowników papieża, który zbyt ulega ich wpływom. I na dodatek są to współpracownicy niemieckojęzyczni. Niemcy? Nie, nie będą nas pouczać.