Jaka jest miara wyznaczona temu nowemu złu, jakim jest terroryzm? I jaki może być w tym sens? Co Ty tam widzisz, Boże, z drugiego brzegu, czego my nie potrafimy dostrzec?

A myśmy prosili i nie otrzymaliśmy. Szukaliśmy, a nie znaleźliśmy. Pukaliśmy, a nie otworzono nam. Przynajmniej tak nam się wydaje. Takie mamy przekonanie. Wbrew temu, co zapowiada Jezus.

Każdy z nas mógłby przedstawić krótszą lub dłuższą listę modlitw niewysłuchanych, zgub nieodnalezionych, drzwi nieotwartych. A przecież Jezus mówi, że „każdy […], kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą”. A jeśli „każdy”, to znaczy bez żadnych wyjątków potwierdzających regułę. I to „każdy” brzmi jak zobowiązanie ze strony Jezusa, jak przyrzeczenie, jak obietnica. Czyżby pozostała niespełniona?

Żeby wyjaśnić naturę Bożego obdarowania, Jezus porównuje dzisiaj dobroć Boga do dobroci człowieka, dobroć „Ojca z nieba” do dobroci ojców ziemskich, którzy umieją „dawać dobre dary swoim dzieciom”: chleb bądź jajko, a w wersji św. Mateusza rybę. Ta ziemska dobroć nie pozwala, by na prośbę dziecka o chleb, jajko czy rybę odpowiadać kamieniem, skorpionem bądź wężem – jak to jest u Mateusza. Dziecko prosi o pokarm, który pozwoli mu żyć, a kamień, skorpion czy wąż to przecież byłyby dary śmiercionośne. Ojciec nie dałby tego swemu dziecku nawet wtedy, gdyby o któryś z tych śmiercionośnych darów poprosił. Nie potrafi skrzywdzić ten, kto prawdziwie kocha. Ale tutaj pojawia się to niepokojące wyrażenie, którym Jezus zwraca się do swoich słuchaczy, a pośrednio i do nas: „choć źli jesteście”.

Co to znaczy, że jesteśmy źli? Wydaje mi się, że wytłumaczenie znajduje się we wcześniejszym fragmencie dzisiejszej Ewangelii. Jezus opowiada krótką historię o człowieku, do którego w nocy przychodzi jego przyjaciel. Niestety, nie ma go czym ugościć. Idzie więc do innego przyjaciela i prosi go o wsparcie, a konkretnie o trzy chleby. Jest już północ. Sąsiad śpi i jego dzieci wraz z nim. Mimo późnej pory jednak wstaje i daje mu to, o co tamten prosi. Czy daje mu z przyjacielskiej dobroci? Nie. Daje mu tylko dlatego, by się tamten więcej nie naprzykrzał, o on – żeby miał spokój. A więc nie z miłości, a z egoizmu. Takie dobro na odczepnego. By pozbyć się natręta.

Tak, umiemy dawać dobre dary, choć źli jesteśmy. Nie tak jednak daje Bóg. Nie z naszego natręctwa, ale z Jego dobroci. Bo jest zawsze gotów, by dawać tym, którzy Go proszą. Jest chętny do rozdawania. I daje zawsze więcej. Ale czy zawsze to, o co prosimy?

Nie modlimy się o rzeczy większe i lepsze, bo do końca nie wiemy, czego nam naprawdę potrzeba

Bohaterką kanadyjskiego filmu „Nowenna” jest Jeanne, lekarka z Montrealu, która przeżywa depresję. Niedawno pochowała syna, a poza tym czuje się winna śmierci swojej pacjentki, katowanej od dawna przez męża. Postanawia skończyć z swoim życiem. Wyjeżdża poza miasto, siada nad Rzeką św. Wawrzyńca, chce się utopić. Gdy siedzi nad brzegiem, dosiada się do niej młody chłopak, François i zaczyna z nią rozmowę. Opowiada, że właśnie przyjechał do sanktuarium św. Anny, by tam odprawić nowennę o zdrowie dla babci. Losy bohaterów się ze sobą dziwnie łączą. François zaczyna się opiekować lekarką, a ta z kolei przyjeżdża do jego domu, by zaopiekować się jego babcią. Dziewiątego dnia nowenny babcia umiera, ale Jeanne wraca do Montrealu.

Czy nowenna tego chłopaka naprawdę nie została wysłuchana? Czy rzeczywiście była bezcelowa? Przecież życie zostało ocalone. To prawda, że inne niż to, o które się modlił. Nie wiemy, czy bardziej potrzebne – bo kto miałby decydować o potrzebności czyjegoś życia? Jak się wydaje, drzwi, do których pukał, pozostały zamknięte, ale jak słusznie zauważył ks. Jan Twardowski, „kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno”. Może to był właśnie ten moment, by przez otwarte okno, dzięki modlitwie tego chłopaka, wylać na kogoś Ducha Świętego Pocieszyciela?

Anna Kamieńska pisała w swoim „Notatniku”: „Otrzymujemy zawsze więcej niż żądamy. Otrzymujemy to, o co prosimy, ale czasem w innej walucie, która okazuje się mocniejszą walutą”. I jeszcze: „Bóg nie jest wróżką, która spełnia dobre i złe życzenia. Modląc się o coś, możemy być pewni, że nasze pragnienia zostaną oczyszczone i zawsze otrzymamy coś lepszego i większego, w innym wymiarze. Tylko nasza słabość i głupota sprawiły, że nie modliliśmy się właśnie o te rzeczy lepsze i większe”.

To prawda. Niejednokrotnie winniśmy Bogu dziękować za to, że którejś z naszych modlitw nie wysłuchał. To prawda, że niektóre nasze prośby były małe, banalne, a może nawet – jak się potem okazywało – złe. A nie modlimy się o rzeczy większe i lepsze, bo tak do końca to nawet nie wiemy, czego nam tak naprawdę potrzeba. To prawda. Bóg widzi lepiej, więcej i z innej perspektywy, z drugiego brzegu. Stamtąd nasze życie widzi się inaczej.

Ale zdawałoby się, że są jakieś modlitwy obiektywnie dobre. Jak choćby prośba o pokój na świecie. Modlić się o pokój to ani błahe, ani małe, ani złe. A media donoszą nam o zamachach już nie co rok czy nawet miesiąc, ale co tydzień. Po Nicei przyszła kolej na Monachium i Kabul. „[…] o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą” – zapewnia nas dzisiaj Jezus. Czy pokój nie jest darem Ducha Świętego?

Przed kilkoma dniami byłem w Warszawie. Na Krakowskim Przedmieściu ustawiono pawilon przygotowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II. Poszczególne wydarzenia z historii Polski opisywane były cytatami ze św. Jana Pawła II. Czytała je młodzież z całego świata. Znalazłem tam także i ten dotyczący zła. Papież przyznaje, że po wojnie myślał sobie tak: „Pan Bóg dał hitleryzmowi dwanaście lat egzystencji i po dwunastu latach system ten się zawalił. Widocznie taka była miara, jaką Opatrzność Boża wyznaczyła temu szaleństwu. […] Jeżeli komunizm przeżył dłużej – myślałem – i jeśli ma przed sobą jakąś perspektywę dalszego rozwoju, to musi być w tym jakiś sens”.

Miara wyznaczona złu. Jaka jest miara wyznaczona temu nowemu złu, jakim jest terroryzm? I jaki może być w tym sens? Co Ty tam widzisz, Boże, z drugiego brzegu, czego my nie potrafimy dostrzec? Nie wiem. I właśnie dlatego, że nie wiemy, będziemy się o pokój wciąż modlić. I może nas kiedyś wysłuchasz.

A może to wszystko jest o wiele prostsze? Może zawsze wśród nas, ludzi, byli i wciąż są tacy ojcowie, co mają w ręku nie tylko chleb, jajko czy rybę, ale także tacy, co mają kamień, skorpiona, węża, a dzisiaj jeszcze – karabin, wszak „źli jesteśmy”. I może już dawno na te nasze modlitwy odpowiedziałeś „zło przygwoździwszy do krzyża”.

Kazanie wygłoszone w Lubsku, w parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, 24.07.2016 r.