Warto zacząć inaczej myśleć o Mszy św. Nie jak o czymś, co trzeba Bogu dać, nie jak o realizacji uciążliwego obowiązku, przykazania, z którego ksiądz przepyta w konfesjonale, ale jak o czasie, gdy wszystko się otrzymuje: Jego słowo, Jego ciało, Jego samego.

Jezus nawiedza dom przyjaciół, gdzie mieszkają Maria, Marta i Łazarz – dzisiaj nieobecny. Jak pisze św. Łukasz, „Marta uwijała się koło rozmaitych posług”. To zachowanie Marty jest bardzo naturalne. Wyrasta z ludzkiego odruchu, z człowieczeństwa. Jezus był zdrożony, zmęczony, głodny. Trzeba było – jak nakazuje gościnność – obmyć Mu nogi, dać Mu jeść, pozwolić odpocząć. Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego. Nie trzeba być człowiekiem wierzącym, by być gościnnym. Natomiast Maria „siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie”. Trochę się to siostrze nie spodobało, dlatego prosi Jezusa o reprymendę dla Marii. Jezus jednak – zapewne ku jej zdziwieniu – owszem, bardzo łagodnie, ale jednak gani ją samą: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele”. Owo „wiele” to oczywiście wszystko to, co Marta chciała zrobić dla Jezusa. Ale na co Jezus czeka? Na wiele? Nie. „Potrzeba […] tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”. Wcale nie czeka, by Mu usługiwano, ale aby Go słuchano.

W teologii istnieje rozróżnienie na religię i wiarę. Oba te słowa charakteryzują naszą relację do Boga. Religia to – w dużym skrócie – wszystko to, co robimy dla Boga. Wiara zaś – to, co od Boga otrzymujemy. Religią jest to, co w naszej relacji do Boga ludzkie, naturalne. Wiarą – co nadprzyrodzone. Im człowiek bardziej religijny, tym bardziej jest przekonany, że dla Boga wciąż trzeba coś robić, dawać, ofiarowywać – jak Marta, która uwija się koło rozmaitych posług. Natomiast im człowiek bardziej wierzący, tym bardziej przekonany, że nic Bogu dać nie może, a wszystko może od Niego otrzymać – jak Maria, która po prostu siada i słucha, nie chcąc uronić ani słowa, ani stracić chwili. Trochę tak jak w tej piosence religijnej: „Nie mam nic co bym mógł Tobie dać, / Nie mam sił by przed Tobą Panie stać. / Puste ręce przynoszę przed Twój w niebie tron. / Manną z nieba nakarm duszę mą”.

Małgorzata Wałejko pisała przed rokiem na łamach „Więzi”: „To zmiana akcentu w pracy nad sobą: z dbania o przyzwoitość – swoją i innych – na szukanie okazji, by poznawać Jezusa, być z Nim, przyjmować Jego dary, które ciągle płyną. A zatem zmienić kierunek: przestać próbować Bogu coś dawać z siebie […]. Przestawić myślenie, by to od Niego przyjmować wszystko – także cud mojej przemiany w tej czy innej słabości, to już Jego troska, nie moja. Maria z Betanii siedziała przy Jezusie i chłonęła Go. Nic nie robiła, nie uwijała się jak Marta, patrzyła i przyjmowała Jego obecność. […] i to jest dokładnie to »jedno« […]: być z Bogiem w intymnym kontakcie, słuchać, przyjmować. Cieszyć się sobą nawzajem, a nie myśleć o tym, czego jeszcze nie zrobiłem, a należało” („Więź” 2015/1). A jak to zrobić w konkrecie? Na przykład zacząć inaczej myśleć o Mszy św. Nie jak o czymś, co trzeba Bogu dać, nie jak o realizacji uciążliwego obowiązku, przykazania, z którego ksiądz przepyta w konfesjonale, ale jak o czasie, gdy wszystko się otrzymuje: Jego słowo, Jego ciało, Jego samego. A gdy się Mszę opuści, to spowiadać się ze straconej okazji, a nie z zaniedbanego obowiązku. Ten kto kocha, spotyka się, bo chce, a nie dlatego, że musi. Jeśli z musu, to znaczy, że nie z miłości.

Wystarczy usiąść i wsłuchać się w Jezusowe słowa. Innych uniesień nie trzeba

Na „Rekolekcjach Filmowych” w ramach Zielonogórskiego Festiwalu Filmu i Teatru pokazywałem film pt. Hadewijch o młodej dziewczynie, bardzo religijnej Francuzce, która wstępuje do klasztoru (pisałem już o tym filmie na swoim blogu). Narzuca sobie ostre posty, głoduje, umartwia się, wystaje w deszczu, by zmoknąć i zmarznąć. Mądra przełożona nakazuje jej wrócić do świata, bo – jak mówi – w postępowaniu postulantki nie ma Boga, a jedynie szukanie siebie, własna pycha. „Jesteś karykaturą zakonnicy” – mówi jej przełożona. Więcej: jest karykaturą chrześcijaństwa. Ta dziewczyna wciąż chce Jezusowi coś dać, udowodnić, ofiarować. Jest religijna, to pewne, ale czy rzeczywiście otwarta na Boga? W Paryżu nawiązuje znajomość z gorliwymi muzułmanami z przedmieścia. Zachwyca ją ich religijność. Angażuje się coraz bardziej. Chce złożyć Bogu ofiarę, bierze udział w zamachu terrorystycznym. To nie jest tylko fabuła filmu. W Europie wielu młodych ludzi przechodzi na islam, szukając tam religijnego radykalizmu i stając się potencjalnymi bojownikami tzw. Państwa Islamskiego. Czy terrorysta z Nicei był islamistą? Nie wiem, pochodził z Tunezji, miał arabskie pochodzenie, pewnie wyznawał islam. Nie trzeba jednak być skrajnym wyznawcą islamu, by chcieć Bogu ofiarować cudze życie. Wiemy aż za dobrze z historii, że i chrześcijanie niejedną wojnę toczyli, powołując się – niestety – na Boga. Niektórym jednak wciąż to się marzy. Na polskich ulicach pojawiły się ostatnio wlepki z napisem: „Zabicie wroga ojczyzny to nie grzech. To droga do nieba”. Wymyślili to zapewne ludzie bardzo religijni, ale bardzo wątpię, czy rzeczywiście wierzący w Boga.

Bohaterka filmu, o którym przed chwilą mówiłem, przyjęła zakonne imię Hadewijch, po naszemu – Jadwiga. Tak miała na imię żyjąca w XIII w. holenderska mistyczka, znana jako Hadewijch z Antwerpii. Jednym z kluczowym kategorii dla mistyków jest ekstaza. Dla Hadewijch ekstaza nie wiąże się jednak ani z bólem, ani z cierpieniem, ani też gwałtownym zawieszeniem (jak u św. Teresy z Avila), ale – jak pisze znawca jej duchowości – panuje w niej nastrój wszystko obejmującego skupienia i lekkości. Jak pisze komentator, „ani śladu histerii u Hadewijch. Żadnych jęków. Tylko »wewnętrzny spokój«”. Myślę, że taki spokój, takie właśnie uniesienie musiała przeżywać Maria z Betanii, siedząc u stóp Pana i słuchając Jego słów. Taka ekstaza dostępna jest nam wszystkim. Wystarczy usiąść i wsłuchać się w Jezusowe słowa. Innych uniesień nie trzeba.

Chrześcijaństwo jest i religią, i wiarą. W naszej relacji do Boga jesteśmy i Martą, i Marią. Przecież Jezus nie powiedział Marcie, że źle robi. I zapewne jej gościnę przyjął. Nogi obmył, obiad zjadł, odpoczął. Trzeba jednego i drugiego: czynu i kontemplacji, miłości bliźniego i ekstazy. Byleby w równowadze. A mówiłem dzisiaj o tym, byśmy bardziej byli jak Maria, bo pokusa, by być Martą jest większa. Wciąż budzi się w nas bowiem przekonanie, że trzeba się uwijać wokół Boga jak „wokół rozmaitych posług”. Czasami – niestety – w imię tych posług niektórzy uciekają się aż do zbrodni. A przecież – napomina nas Jezus – trzeba tylko jednego. Potrzeba miłości. To jest ta owa „cząstka”, której nie będziemy pozbawieni. „Pozdrawiam tego, którego kocham krwią mego serca” – pisała mistyczka Hadewijch. I żadnej innej krwi nie trzeba.

Kazanie wygłoszone w Lubsku, w parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, 17.07.2016 r.