Kard. Sarah zaproponował, aby księża znów zaczęli odprawiać Mszę skierowani twarzą „na wschód”, a nie do wiernych. Zacząć jednak należałoby od ponownego odkrycia liturgicznej symboliki.

Prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Robert Sarah zaproponował, aby – począwszy od pierwszej niedzieli Adwentu – księża znów zaczęli odprawiać Mszę świętą skierowani twarzą „ad orientem”, czyli „na wschód”, a nie do wiernych. „Jest bardzo ważne, aby kapłani i wierni jak najszybciej ponownie razem zwrócili się w tym samym kierunku – na wschód lub przynajmniej ku absydzie, ku Panu, który przychodzi” – powiedział kardynał na konferencji „Sacra Liturgia”, która odbyła się w Londynie 5 lipca.

W gruncie rzeczy „wschód” ma tu znaczenie nie tyle geograficzne, co symboliczne i teologiczne. Chodzi o to, by kapłan wraz z wiernymi byli zwróceni w tę samą stronę. W praktyce rzecz sprowadza się do tego, że od ofiarowania kapłan winien stanąć z drugiej strony ołtarza, a w konsekwencji – plecami do wiernych. Ustami o. Federico Lombardiego Watykan szybko zdementował, by planowano jakieś zmiany w obrzędzie Mszy świętej.

Przyjęcie języków narodowych i odwrócenie się kapłana spotkało się z przychylnością wiernych

W powszechnym przekonaniu posoborowa reforma liturgiczna wyraziła się w dwóch najbardziej spektakularnych zmianach: we wprowadzeniu do liturgii języków narodowych oraz odwróceniu się kapłana odprawiającego Mszę twarzą do ludu. Trzeba uczciwie powiedzieć, że obie „nowości” zostały przez dokumenty Kościoła jedynie dopuszczone, a nie nakazane. I tak na przykład nakazano odsunięcie ołtarza od ściany, aby umożliwić sprawowanie Mszy świętej twarzą do ludu, ale nigdzie tego ostatniego nie nakazano. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że tak powszechne przyjęcie języków narodowych i odwrócenie się kapłana spotkało się z przychylnością wiernych. W jakimś sensie obie te zmiany były oczekiwane (rzecz jasna, nie przez wszystkich).

W stronę wschodu

Najstarsze świadectwa historyczne pokazują, że już w czasach starożytnych chrześcijanie modlili się zwróceni ku wschodowi. Uzasadnienie znajdowano w Kantyku Zachariasza, gdzie Jezus nazywany jest „Wschodzącym Słońcem”.

Ustalenie się kierunku w modlitwie chrześcijańskiej było ostatecznie powiązane z różną koncepcją Mesjasza. Zwracając się w kierunku Świątyni Jerozolimskiej, Żydzi wyrażali swoją nadzieję na przyjście Mesjasza, który odbuduje świątynię i zgromadzi Izraela. Kierunek modlitwy związany był więc ściśle z mesjańską nadzieją Narodu Wybranego. Tak w modlitwie prywatnej, jak i liturgicznej wyznawcy Chrystusa przestali się zatem kierować ku ziemskiej Jerozolimie, a zaczęli  – ku Jerozolimie niebiańskiej. Gdy bowiem Pan powróci w chwale sądzić lud, zbierze sprawiedliwych i uczyni z nich niebiańskie miasto. Wschodzące słońce było symbolem tej eschatologicznej nadziei na Paruzję.

Pierwsze bazyliki rzymskie były „orientowane”, tzn. budowane na osi wschód (orient)–zachód, z prezbiterium skierowanym na wschód. Taki układ świątyni bardzo dobrze oddawał to eschatologiczne napięcie, które towarzyszyło starożytnym chrześcijanom. Skierowani ku wschodowi, zebrani na liturgii wyczekiwali przychodzącego Pana. Nie wszystkie jednak kościoły miały prezbiterium skierowane na wschód. Zdarzało się – tak jak to jest w bazylice św. Piotra – że od wschodu sytuowano wejście do kościoła, co prowadziło do tego, że sprawowano tam liturgię twarzą w stronę ludu.

Znamienne jest to, że określenie versus (ad) populum zostało prawdopodobnie użyte po raz pierwszy w roku 1502 przez Johannesa Burckarda, mistrza papieskich ceremonii w jego Ordo Missae, a następnie podjęte w Ritus servandus odnoszącym się do Mszału Piusa V z roku 1570. W rytuale tym omawia się przypadek, gdy ołtarz jest zwrócony na wschód i jednocześnie w kierunku ludzi. Chodziło tutaj o właśnie o takie kościoły, gdzie wejście jest po stronie wschodniej, a absyda po zachodniej. Rytuał precyzuje, iż na Pax Domini kapłan nie musi odwracać się od ołtarza, ponieważ już stoi zwrócony do ludzi. Jak widać, istotą było w tym przypadku to, aby to kapłan był skierowany ku wschodowi, a nie całe zgromadzenie.

Oczy zwrócone na ołtarz

Czasy późnego średniowiecza i przełomu trydenckiego owocowały pewnymi zmianami w liturgii i architekturze. Stół ołtarzowy – który pierwotnie był sytuowany bardziej centralnie – został przesunięty w głąb prezbiterium, ozdobiony wysokimi kandelabrami, dominującym krzyżem, a czasami bardzo rozbudowanym retabulum, czyli nastawą, w której umieszczano obrazy i rzeźby. W ten sposób zewnętrzne ukierunkowanie liturgii (wschód kosmiczny) zostało zastąpione ukierunkowaniem wewnętrznym (absyda), a wschód geograficzny został zastąpiony wschodem symbolicznym, który stanowił ołtarz z Najświętszym Sakramentem.

Po II Soborze Watykańskim nastąpiło drugie zwycięstwo widzialności w liturgii

W konsekwencji (duchowy) wzrok wiernych nie sięgał już poza świątynię, nie wychylał się ku Paruzji, ale został zatrzymany przez tabernakulum, które ustawiano in media altaris parte (w centralnym miejscu ołtarza). Perspektywę eschatologiczną zastąpiono więc perspektywą eucharystyczną, a oczekiwanie na przyjście Pana – Jego obecnością. Kościół potrydencki budowany był wokół tabernakulum, przekształcając świątynię, choćby częściowo, z domus Ecclesiae (dom Kościoła) na domus Dei (dom Boga).

Można powiedzieć, że taka rekonstrukcja przestrzeni i liturgii była pierwszym zwycięstwem dominacji widzialności w percepcji liturgicznej. Liturgia potrydencka bardzo się uteatralizowała, a wierny uczestniczył w niej, podziwiając ją z daleka. Trzeba pamiętać, że dotychczas przyglądanie się Mszy świętej było utrudnione. Średniowieczną tradycją było bowiem budowanie tzw. lektorium (fr. jubé) na granicy między prezbiterium a nawą (czego pozostałością jest tzw. łuk tęczowy), które uniemożliwiało oglądanie sprawowanych misteriów. W nowych kościołach wstawiano jedynie niskie balaski.

To, co się stało po II Soborze Watykańskim, nazwałbym drugim zwycięstwem widzialności w liturgii. Nie chodzi już o podziwianie z daleka misteriów, które dzieją się w prezbiterium, za plecami kapłana i licznych posługujących, lecz o bezpośrednie widzenie i śledzenie tego, co się wydarza na ołtarzu. Być może – pozwolę sobie na osobistą diagnozę – łączy się to z ogólną tendencją do postrzegania rzeczywistości przede wszystkim za pośrednictwem wzroku, czyli przekształcenia rzeczywistości w spektakl. Guy Debord pisał: „Spektakl nie jest zbiorem obrazów, ale społecznym stosunkiem między ludźmi, nawiązywanym za pośrednictwem obrazów”. Ten los podzieliła także Msza święta, którą „przeżywamy” przede wszystkim poprzez obraz.

Autocelebracja czy communio Kościoła?

Kard. Joseph Ratzinger pisał, że sprawując Mszę twarzą do ludu, tworzy się liturgię zamkniętą, a zgromadzenie – patrząc sobie w oczy – celebruje siebie, a nie przychodzącego Pana. Według niego stałe utrzymywanie w liturgii pozycji twarzą w twarz symbolizuje i wyraża jedynie wspólnotę jako taką i każe myśleć o zamkniętym kręgu. Celebratio versus populum pomniejsza transcendentalny wymiar Eucharystii i akcentuje znaczenie zgromadzenia jako zamkniętej i skoncentrowanej na sobie społeczności. W ten sposób wspólnota izoluje się od innych zgromadzeń liturgicznych, a przede wszystkim od niewidzialnego zgromadzenia świętych w niebie, pozostając w dialogu sama ze sobą. Zwolennicy celebracji twarzą do ludu podkreślają jednak, że taki sposób odprawiania lepiej wyraża przekonanie, iż „Chrystus jest pośród nas” i staje się widzialną epifanią communio Kościoła.

Pewne próby zaradzenia problemowi zaproponował Ratzinger już jako papież, każąc stawiać na ołtarzu krucyfiks koncentrujący na sobie zarówno wzrok kapłana, jak i wiernych (trudno się dziwić, iż słychać było narzekania, że nic nie widać; operatorzy kamer podczas transmisji Mszy papieskich mieli poważne trudności z usytuowaniem kamery, wszak telewizja ma pokazywać, a widz chce widzieć).

Trzeba jednak pamiętać, że kierunek geograficzny (topografia) nie jest tożsamy z kierunkiem duchowym. Jeden z dokumentów Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów mówi wprost, iż określenie versus populum nie wyraża teologicznego wymiaru liturgii eucharystycznej. „Pozycja fizyczna – czytamy w dokumencie – musi być odróżniona od wewnętrznego, duchowego ukierunkowania. Byłoby wielkim błędem uważanie, iż zasadnicze ukierunkowanie akcji ofiarniczej jest wobec wspólnoty”. Mówiąc krótko, nawet gdy kapłan celebruje versus populum, składa ofiarę versus Deum.

W istocie bowiem w „posoborowej” liturgii wszyscy – i celebrans, i wierni – duchowo zwróceni są ku Panu, versus Deum. W centrum tej liturgii jest przecież Bóg obecny najpierw w kapłanie sprawującym przecież in persona Christi, w zgromadzeniu liturgicznym, w swoim Słowie, a następnie na ołtarzu pod postaciami Chleba i Wina.

Plecami do ludzi?

Odpowiedź na pytanie, czy i ewentualnie do której formy – przedtrydenckiej (ku pustej absydzie) czy potrydenckiej (ku ołtarzowi z tabernakulum) – ewentualnie powrócić, nie jest wcale oczywista.

Skierowanie się kapłana i wiernych w jednym kierunku wcale nie musi oznaczać zwrócenia się ku wschodowi. Co ważniejsze: wschód kosmiczny czy wschód liturgiczny, wskazywany przez krucyfiks? Co więcej, takie sprawowanie liturgii wcale nie musi otwierać naszego duchowego wzroku na przychodzącego Pana. Zwykłe przestawienie księdza z jednej strony ołtarza na drugą niczego nie rozwiąże. Jeśli pójść za ścisłą interpretacją (ku wschodowi kosmicznemu), to teologiczna symbolika liturgii domaga się, aby przestrzeń poza ołtarzem pozostała zupełnie otwarta, niczym nie „zablokowana” – ani tabernakulum, ani wielkim ołtarzem, ani także krzesłami dla kapłana i posługujących. W ten sposób teologia Eucharystii staje się topograficznie widzialna.

Praktycznego rozwiązania domagałby się także problem istnienia w wielu prezbiteriach dwóch ołtarzy (przed- i posoborowego). Co ciekawe, w roku 1993 Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przypomniała, że teologicznie ważniejsze jest zachowanie w kościele jednego ołtarza niż sprawowanie liturgii twarzą do zgromadzenia. Do przemyślenia jest także kwestia usytuowania tabernakulum. Ferowany zarzut, że przeniesienie tabernakulum z osi kościoła (z tzw. ołtarza głównego) do kaplicy bocznej jest protestantyzacją liturgii, nie ma moim zdaniem uzasadnienia.

Bez ponownego odkrycia tej całej bogatej symboliki przestrzeni liturgicznej nagłe wprowadzenie „reformy reformy” byłoby tylko niezrozumiałym odwróceniem się księdza plecami do ludzi, co wierni – słusznie czy nie – odebraliby jedynie jako utrudnienie uczestnictwie we Mszy świętej.

Warto też wspomnieć, że i obecnie przecież w wielu miejscach Mszę świętą od ofiarowania do Komunii sprawuje się właśnie twarzą do ołtarza. Tak jest w kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze czy w Ostrej Bramie w Wilnie. Tak jest też – sam tam odprawiałem – w kaplicy Little Brompton Oratory w Londynie, gdzie działa duszpasterstwo polskie. Tak jest w licznych kaplicach domowych, zakonnych itp. I trzeba przyznać, że takie skierowanie daje kapłanowi – że tak powiem – inny komfort skupienia. Nie trzeba zastanawiać się, co zrobić z oczami. Ale to tylko moje osobiste odczucie. Ciekawe jest także to, że nikt w tych wymienionych miejscach nie podnosi buntu.

Tak czy inaczej, rzecz domaga się gruntownego przemyślenia, a nie pochopnych deklaracji czy działań. I na pewno nie chodzi tu o triumfalne ogłaszanie zwycięstwa tej czy innej kościelnej frakcji, lecz o coraz lepsze odkrywanie obecności Boga w liturgii. Jestem przekonany, że jest to możliwe zarówno wtedy, gdy się ogląda księżowskie plecy, jak i wtedy, gdy patrzy mu się w twarz. Uczestnictwo aktywne zaczyna się w sercu. Kierunek modlitwy – wspólny czy różny – może w tym pomóc, ale błędem byłoby sądzić, że od tego zależy świętość, skuteczność i owocność naszych celebracji. Niejeden święty sprawował twarzą do ludu i niejeden święty wpatrywał się w kapłańskie oblicze. A że utraciliśmy zmysł symboliki liturgicznej, to też prawda. Tak czy inaczej, chodzi o to, żeby ewentualne reformowanie liturgii prowadziło nie do przodu czy do tyłu, lecz w głąb. Żeby wierni – patrząc na twarz księdza bądź też na jego plecy – serca zwracali ku Bogu, versus Deum.