Łzy Ronaldo, a jeszcze ta ćma, która złowróżbnie przysiadła na jego powiece, coś we mnie poruszyły.

Przyznam, że to zjawisko widziałem po raz pierwszy w życiu: podczas finału Mistrzostw Europy Stade de France wydawał się zaatakowany przez ćmy. Zwłaszcza na obrazie z najwyżej umieszczonych kamer co chwila widać było nerwowe trzepotanie dwóch czy trzech. Jedna siedziała przez całą pierwszą połowę meczu na prawej łopatce trenera Portugalii, Fernando Santosa. Inne krążyły wokół głów zawodników; gdy Cristiano Ronaldo przewrócił się po raz trzeci i poprosił o zmianę, ćma przysiadła na jego zapłakanej twarzy.

Ćmy były spore; może ze znanego także w Polsce największego europejskiego gatunku, czyli Acherontia atropos, zmierzchnica trupia główka? Nie wiem, czy stadion pachniał lawendą lub wiciokrzewem, które to wonie przywabiają jakoby ćmy, natomiast nie wątpię, że to ćmom należało współczuć: oszołomione blaskiem ogromnych reflektorów zawieszonych nad boiskiem, miotały się w panice, a może w niespełnionej, a skądinąd śmiertelnej tęsknocie do źródła światła?

Ćmy w wielu kulturach kojarzone są ze śmiercią, duszami zmarłych, czy to potępionych, czy, przeciwnie, wyzwolonych. Symbolizują także wiedzę tajemną – w niektórych regionach naszego kontynentu uważano je za wcielenie wiedźm – ale również chaos. Ta demoniczna symbolika zdawała się odpowiadać pierwszym minutom finałowego spotkania Francja – Portugalia. Byliśmy bowiem świadkami dramatu sportowca, do którego nie mam sentymentu, ale którego wielkości nie sposób kwestionować.

Sprawa ochrony najwybitniejszych piłkarzy od wielu lat zaprząta uwagę specjalistów od przepisów gry w piłkę nożną. Nie ulega wątpliwości, że geniusze boiska są najbardziej narażeni na brutalne faule, nieraz cynicznie włączane do taktyki drużyny, której trener wie, że bez gwiazdora jego przeciwnicy przestają być groźni. Co najmniej od ataku angielskiego obrońcy Roya McFarlanda, po którym kontuzji doznał Włodzimierz Lubański, przez przedwczesny koniec kariery Marco van Bastena, aż po nieprzeliczone wprost faule na Messim i Cristiano Ronaldo, śledzimy od lat skutki filozofii, że piłkarza, który potrafi nas przedryblować, można jeszcze ściąć z nóg. Poniekąd zasada (niestety nie przestrzegana ze szczególną konsekwencją), by atak z tyłu był zawsze karany żółtą kartką, została kilka lat temu wprowadzona właśnie z myślą o ochronie najzdolniejszych zawodników.

Ale przyznajmy, że faul Payeta w ósmej minucie finałowego spotkania Euro, faul, nawiasem mówiąc, przeoczony przez sędziego, nie był raczej efektem celowej złośliwości. Francuzi przystąpili do meczu niesłychanie zmotywowani, przez pierwszy kwadrans próbowali nie dopuścić Portugalczyków do piłki – poza jednym kontratakiem, zakończonym niecelnym strzałem Naniego, prawie im się to udało – i ostre wejście w nogi Ronaldo było raczej efektem rozgorączkowania czy, mówiąc językiem fachowym, przemotywowania francuskiego piłkarza. Nieszczęście chciało, że niezamierzone (choć pewnie wykonane z tzw. zamiarem ewentualnym, jak powiedziałby prawnik) uderzenie tuż powyżej kolana praktycznie wykluczyło z gry lidera Portugalii. Przez siedemnaście minut truchtał on jeszcze po boisku, lekarze dwukrotnie próbowali mu pomóc, ale w dwudziestej piątej minucie spotkania poprosił o zmianę.

Należałem do tego momentu do niemałej w Polsce grupy fanów futbolu, mających spory kłopot z wybraniem strony, której w finale gotowi są kibicować. Sytuacja taka sprzyja, co prawda, rozkoszowaniu się pięknem spektaklu, ale było gorzej: jak to ujął ktoś na facebooku, w głębi serca z rozmaitych powodów życzyło się obydwu drużynom przegranej.

Francja miewała urodziwe piłkarsko zrywy, ale – jak pisałem poprzednio – finał osiągnęła nie bez pomocy sędziego (staram się ufać, że w dużej mierze przypadkowej). Portugalia w gruncie rzeczy ani razu nie zachwyciła, a w kilku spotkaniach prezentowała zgoła antyfutbol. W dodatku Ronaldo… Nie dość, że jako miłośnik FC Barcelona odczuwam pewną rezerwę do gwiazd Realu Madryt, to jeszcze zachowania Ronaldo, przy całym mistrzostwie jego gry, mnie drażnią – od sposobu, w jaki reaguje na zdobyte przez siebie bramki, po co najmniej nierozważne słowa, jakimi potrafi skwitować swoje niepowodzenia. W tej ostatniej rubryce na poczesnym miejscu stawiam jego złotą myśl: „Gdyby wszyscy grali na takim poziomie jak ja, to byśmy wygrali”.

A jednak łzy Ronaldo, a jeszcze ta ćma, która złowróżbnie przysiadła na jego powiece, coś we mnie poruszyły. Jeden z najlepiej opłacanych zawodników świata chciał zagrać w meczu, który z punktu widzenia jego zarobków w Realu nie miał znaczenia. Nie miał nawet specjalnego znaczenia dla dalszej kariery piłkarza. Nie za często się zdarza, żeby w skomercjalizowanym sporcie, jakim niewątpliwie jest piłka nożna, obserwować pragnienia w jakiejś mierze bezinteresowne. Oczywiście, składową była tu osobista ambicja, fascynujący pojedynek korespondencyjny z Leo Messim, któremu właśnie kolejny raz przeszedł koło nosa Puchar Ameryki. Ale też chyba chodziło o grę dla kraju. Dla reprezentacji, która początkowo zdawała się zgrupowaniem wrogo odnoszących się do siebie indywidualności, a pod koniec Euro zaczęła wyglądać na zgrany monolit.

Ciekaw byłem przy tym, czym jest Portugalia bez Ronaldo i mimowolnie zacząłem sprzyjać tym, którzy zdawali się w tym momencie znacznie słabsi. Obawiałem się, że pozbawiona genialnego łowcy bramek drużyna zacznie murować bramkę i modlić się o dotrwanie do rzutów karnych. Z drugiej strony przeleciało mi przez głowę, że nieobecność Ronaldo sprawia paradoksalny kłopot także Francuzom. Nie sądzę, by jakikolwiek zdrowo myślący trener przez chwilę choć rozważał system rozbijania ataku Portugalczyków bez Ronaldo. Kogo w tej sytuacji pilnować?

Pierwsze minuty po zmianie CR7 na Quaresmę zdawały się potwierdzać, że Portugalia stała się bezzębna. Ale potem z każdą minutą mecz robił się coraz bardziej wyrównany. Obie drużyny konsekwentnie broniły dostępu pod swoją bramkę; mecz nie był ładny w sensie efektownych ataków z jednej i drugiej strony, ale dawał satysfakcję jak obserwowanie świetnej partii szachów. Ćmy, czarne znaczki chaosu, zniknęły: coraz klarowniej widać było zaskakującą przewagę Portugalii w umiejętności kontrolowania przebiegu spotkania.

Choć zdarzały się też nieoczekiwane przyspieszenia akcji (i pulsu), gdy któraś ze stron popełniała błąd i gol wisiał w powietrzu. Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry André-Pierre Gignac trafił w słupek (trudno nawet opisać, jak drobna zmiana parametrów lotu piłki przyniosłaby wówczas puchar Francuzom). Potem, już w dogrywce, groteskowy błąd popełnił sędzia: dostrzegł on zagranie ręką w dynamicznym pojedynku zawodnika francuskiego i portugalskiego przed francuskim polem karnym, tylko mylnie określił… kolor tej ręki (Portugalczyk, w odróżnieniu od obrońcy francuskiego, był czarnoskóry) i przyznał rzut wolny Portugalii, po którym Francuzów przed stratą gola ochroniła poprzeczka. Jeszcze później Laurent Koscielny nie zdążył za portugalskim napastnikiem, Ederem, i pozwolił mu oddać strzał na bramkę Llorisa. Piłka zmieściła się w wąskiej przestrzeni między rękami francuskiego golkipera a słupkiem. Ostanie minuty, pełne niewiarygodnego napięcia, nie przyniosły zmiany wyniku. Mistrzami Europy nie zostali gospodarze turnieju.

Euro trwało dokładnie trzydzieści jeden dni. Było jak powieść-rzeka, z której bohaterami najpierw poznawaliśmy się stopniowo, potem napięcie rosło i rosły namiętności, niektórzy – jak nam się wydawało zrazu – statyści okazywali się postaciami pierwszego planu, w końcu zobaczyliśmy zacięty i emocjonujący finał z dramatem wielkiego piłkarza, przeobrażonym w niespodziewany happy end dla jego drużyny: widok kuśtykającego z innymi, uszczęśliwionego CR7 na długo zostanie mi w pamięci.

Co powiedzieć na koniec? Joel Grey w finale filmu „Cabaret” powiada na zakończenie spektaklu: „Auf Wiedersehen!… A bien tôt!…” i znika w ciemnościach kulis. Wracam do rzeczywistości i mam nadzieję, że na tym kończą się podobieństwa między Euro a dziełem Boba Fosse’a, opowiadającym o Europie lat trzydziestych XX wieku.