Najwięksi fani piłki nożnej pokornie płacili za dostęp do pełnych transmisji. Nikt przeciwko temu nie protestował. A przecież chodzi tu o dobro publiczne. 

Euro 2016 to temat licznych komentarzy, nie tylko na łamach rubryk sportowych. Piłkarskie mistrzostwa Europy na dobre zagościły więc także w Laboratorium WIĘZI. Nasi autorzy, ujawniając żyłkę kibicowską, starają się przy tym dostrzec i dookreślić pozasportowe aspekty tego globalnego wydarzenia, przekraczającego swym oddziaływaniem granice Europy, gdziekolwiek one są (w rozgrywkach eliminacyjnych uczestniczyły, choć bez powodzenia, narodowe reprezentacje Gruzji, Azerbejdżanu, Armenii, Kazachstanu i Izraela).

Swoje pięć groszy chciałbym dorzucić i ja, zwracając uwagę na ton licznych komentarzy: manifestowaną radość, że sukces polskiej reprezentacji (mógł być większy, niewiele zabrakło!) nie został, na szczęście, upolityczniony, mimo odosobnionych podejmowanych prób. Że z naszych wygranych z Irlandią i Ukrainą czy korzystnego remisu z Niemcami i zwycięskiego ze Szwajcarią cieszyliśmy się wszyscy. Że drużyna narodowa nie została podzielona na zwolenników poszczególnych obozów politycznych. Że w trakcie wywiadów i mniej formalnych rozmów unikano wymuszania od piłkarzy deklaracji ich politycznych sympatii.

Powiem nawet więcej – doczekaliśmy sytuacji, że biorąc do ręki tytuły prasowe zaliczane do alternatywnych mediów tożsamościowych, można przeczytać podobnie brzmiące komentarze o polskiej reprezentacji na Euro jak mediach głównego nurtu. Oto dziennikarze z redakcji manifestujących określone sympatie polityczne podobnie relacjonują i oceniają fakty, nie tylko w wymiarze czysto sportowym. Ba, nawet ujawniają podobnie przeżywane emocje. Czyli, ujmując to górnolotnie, w kibicowaniu pozostaliśmy – jako Polacy – narodową wspólnotą.

Nowe monopole

Też się z tego cieszę. Jest to jednak zadowolenie umiarkowane. Dlaczego? Bo zauważam silną tendencję produkowania podziału społecznego na innym, pozapolitycznym polu. Chodzi o komercyjny aspekt Euro (i innych sportowych wydarzeń). Dokonująca się na naszych oczach komercjalizacja sportu szybkimi krokami prowadzi, przynajmniej w Polsce (bo nie wszędzie, na szczęście, tak jest) do pełnego utowarowienia transmisji telewizyjnych, z kodowaniem obrazu włącznie. Chcesz oglądać mecz – kup bilet na stadion lub medialny „dostęp do wydarzenia”. Nie chcesz lub nie możesz (nie masz pieniędzy) – nie oglądaj.

Audycje TVN o Euro 2016 przypominają tzw. zastępcze towary w PRL

Owszem, otwarte kanały telewizyjne (Polsat, TVP) pokazały wszystkie mecze Polaków na Euro 2016 i nawet niektóre inne. Ale zdecydowana większość spotkań została objęta ścisłą reglamentacją. Najwięksi fani piłki nożnej pokornie wykupywali więc dostęp do pełnych transmisji. Nikt przeciwko temu nie protestował. W ogólnopolskich stacjach telewizyjnych, które nie wykupiły medialnego produktu pod marką Euro 2016, nie można pokazać z meczów objętych reglamentacją dosłownie nic – można o nich opowiadać, ale bez obrazu, jakby telewizja nie była telewizją. Audycje nowoczesnej TVN o piłkarskich mistrzostwach Europy przypominają więc tzw. zastępcze towary w sklepach z czasów realnego socjalizmu. A przecież mamy gospodarkę dobrobytu, nie zaś niedoboru.

Skojarzeń z realnym socjalizmem jest więcej. Już na polskim Euro 2012 kibic stadionowy mógł kupić piwo tylko jednej marki, mocno przy tym przepłacając. Podobnie jest obecnie na stadionach francuskich. A przecież gospodarka rynkowa to wybór, a brak wyboru to – wydawałoby się – właśnie synonim socjalizmu. Ale to właśnie monopol pozwala zwiększyć zyski monopolisty. Prawo do monopolu w rozprowadzaniu piwa na stadionie słono więc kosztuje, podobnie jak prawo do monopolu na transmisję. A sprzedaż tych praw to czysty zysk organizatorów.

Gdzie są państwa i instytucje międzynarodowe, które – w myśl zasady uczciwej konkurencji – powinny monopole rozbijać? Otóż państwa europejskie nie tylko nie przeciwdziałają okołosportowej monopolizacji, lecz jedno po drugim zwalniają spółkę UEFA z podatku od dochodu z organizacji kolejnych finałów Euro. Polska w 2012 roku zachowała się podobnie.

Futbol jako dobro narodowe

Zaznaczmy, że Euro-biznes nie jest bynajmniej kresem utowarowienia sportu i transmisji sportowych. Odbywający się w 2014 roku w Polsce mundial w piłce siatkowej został zakodowany znacznie bardziej konsekwentnie, z większością meczów polskiej reprezentacji włącznie. Polska wygrywała wówczas kolejne spotkania, ale zbiorowe ich przeżywanie było ograniczone do poziomu prywatnej odpłatnej konsumpcji.

Szczegóły strony finansowej tamtej transakcji objęte zostały, ma się rozumieć, tajemnicą handlową. Wiemy jedynie, że Telewizja Polsat zapłaciła za bycie – wraz z Polską Federacją Piłki Siatkowej – współorganizatorem imprezy i postanowiła to sobie finansowo „odbić”, kodując krajowe transmisje. W rezultacie mecze siatkarskie z udziałem reprezentacji Polski można było oglądać za darmo w telewizji otwartej poza granicami kraju, ale w Polsce nie! A to przecież polski podatnik dołożył się do kosztów organizacji turnieju.

Komercjalizacja to proces odobywatelniania jednostek i segmentacji wspólnoty

Warto zadać pytanie, dlaczego postęp technologiczny w transmitowaniu sportowych wydarzeń nie prowadzi do upowszechnienia kibicowania w trybie live i w formule otwartej dostępności? Przeciwnie, nowe rozwiązania związane z cyfryzacją przekazu audio-wideo wykorzystywane są do ograniczania dostępności transmisji do grona wyłącznie tych, którzy zechcą wnieść dodatkową opłatę. I nie chodzi tu o ograniczanie dostępności dóbr czysto prywatnych, niebędących w dodatku towarami pierwszej potrzeby. Chodzi o dobra noszące istotne znamiona dóbr publicznych. Bo takim dobrem jest narodowa reprezentacja w dyscyplinie sportowej cieszącej się powszechną popularnością.

Czy zdajemy sobie sprawę ze społecznych skutków procederu kodowania ogólnospołecznych wydarzeń, jakimi są sportowe mecze na ważnych turniejach? Że produkujemy w ten sposób podziały społeczne, że ograniczamy – jak w przypadku siatkarskiego mundialu – zasięg jednego z niewielu już zbiorowych doświadczeń budujących naszą wspólną tożsamość?

Następne w kolejce do pełnego utowarowienia i zakodowania są igrzyska olimpijskie. Jeszcze nie tegoroczne w Brazylii, ale zapewne już kolejne. A przecież to państwa-gospodarze są de facto współproducentami wydarzeń sportowych, bo to podatnicy tych krajów w dużej mierze finansują koszty budowy niezbędnej infrastruktury. Z pieniędzy budżetowych dofinansowywane są też w wielu państwach (w tym w Polsce) koszty przygotowań sportowców do międzynarodowych zawodów, zwłaszcza do igrzysk olimpijskich. Rodzi się więc pytanie, dlaczego prywatyzujemy sportowe dobra publiczne, ale już nie koszty ich wytworzenia? Gdzie tu korzyść obywateli i dobro wspólnoty?

Formatowani przez podział

Benjamin Barber w eseju „Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli” zauważa, że komercjalizacja to proces odobywatelniania jednostek. Ale, dodajmy, jest to także proces segmentacji wspólnoty – bo konsumentów należy „stargetować”, a niepłacących zepchnąć na margines uczestnictwa w skomercjalizowanych wydarzeniach.

Jesteśmy zatem obecnie jako naród polityczny (czyli ogół obywateli) poddawani „formatowaniu przez podział” – zarówno przez świat polityki, jak i przez rynek. Każda z tych zbiorowych sił ma inne paliwo napędzające (odpowiednio: władzę i zysk), ale – szczególnie ostatnimi czasy – produkują one podobne skutki uboczne: wywołują i cementują społeczne podziały. I gdy tylko presja jednego z tych światów (jak w przypadku Euro 2016 – polityki) maleje, drugi tym mocniej ujawnia swą siłę.

Wielu Polaków wydaje się akceptować to postępujące segmentowanie. Nie zauważamy, że ulegając emocjom „polityki plemiennej” lub odwracając się od świata polityki (niska frekwencja wyborcza) oraz przyzwalając na „sformatowaną”, sterowaną konsumpcję, oddajemy swe obywatelstwo za jego substytuty.

Zastanawiam się, jak funkcjonować na co dzień, aby ani rynek, ani polityka nie niszczyły i nie wykoślawiały w nas ducha obywatelskości – bycia aktywnymi i świadomymi członkami narodowej wspólnoty? Czy jest możliwe, aby polityka pozostała arystotelesowską rozsądną troską o dobro wspólne, a nie maksymalizowaniem korzyści poszczególnych politycznych obozów? Czy jest możliwe, aby rynek pozostał sprawnym producentem i dystrybutorem dóbr prywatnych, regulowanym jednak i ograniczanym zbiorową troską o Franciszkową „ekologię zintegrowaną”, w której jest miejsce także dla dbałości o więzi społeczne i wspólną tożsamość? Słowem, jak wyjść z polityczno-rynkowego imadła, a przynajmniej postawić granice procesom trwałego segmentowania wspólnoty?